Sołtys Szuwaśko skończył urzędowanie i uznał, że plan na dziś wykonał z nawiązką. Szedł właśnie do chałupy żeby oddać się pożytecznym zajęciom w rodzaju stukanie łyżkami, sączenie brzoskwiniowej przepalanki, gmeranie w parniku lub sączenie brzoskwiniowej przepalanki, kiedy przed bramkę zajechał piękny, błyszczący samochód.
Czort bierz. Kogo to niesie, pomyślał życzliwie o przybyszu sołtys, toż po nocy nie urzęduję ja. Nie mógł jak człowiek po obiedzie w okieneczko butelką zastukać? A żeb jego, mruczał rozeźlony, a głośno już zahuczał przymilnie przez furtkę: – A czego tam, a?
środa, 7 października 2009
poniedziałek, 5 października 2009
Tatowe biesiady: Kołduny litewskie, po których tęsknota, że tak mało ich było
Zeszłej środy mówi do mnie tatko, przyjdź ty do mnie, synek, w sobotę po obrządku, pomożesz dla mnie marchew i buraki pastewne dla kózek kopcować. Nu, poszedłem, pokopcowaliśmy, dla kurażu przepiliśmy raz czy dwa najnowszym wypuskiem maciaszczykowej agrestówki na miodzie, podeliberowaliśmy, czy nowy wójt da rady unijnych funduszów dla gminy przysporzyć. Jakoś nam do podobiadku zeszło na tym kopcowaniu i politykowaniu, a kiedy nam się agrestówka skończyła, poszli myśmy do chałupy, gdzie naszykowane już byli najprzedniejsze kołduny i nagotowany rosołek wołowy, którego mamula doglądała kiedy myśmy w piwniczce popij... kopcowali kiedy myśmy, ten tego, ten. Zaraz naszykowaliśmy obiad z dań kilku i ja dla was teraz przepowiem, jak to było. Znaczy się, dzisiaj nie będę wam gadał, co sam wyczmoniłem na mojej nowiuśkiej kucheneczce gazowej emailowanej, tylko o tatowych kołdunach tak pysznych, że i teraz jeszcze oczęta moje chabrowe się rozmarzają się na myśl o nich. Posłuchajcie, skoroście łaskawi.Ano kołdun to taki mały pierożek jest, wiecie. Z Litwy on do nas przywędrował, ale taki dobry, że został się na wszystkie czasy. Ważne jest, turkaweczki, ażeby ich, tych kołdunków znaczy się, zbyt dużych nie lepić, bo cała radość z jedzenia jest kiedy cały, niekrojony do gęby się wkłada, bo po rozgryzieniu wspaniały sok rozlewa się w ustach. Kiedy pierożysko wielgachne, przed spożyciem przekroić trzeba i czar pryska, i to dosłownie, i na talerzu zostaje.
Można kołduny podawać same (jak pierogi), albo w rosole. Ja wolę same, gdyż albowiem smak baraniny wyraźniejszy wtedy, nieprzytłumiony wołowiną i warzywami. Bo od razu razu powiedzmy sobie z pełną powagą i szczerością: jak kołduny, to baranina. Namiastki z wołowiny czy wieprzowiny to... no właśnie, namiastki. Ale lećmy dalej. Czy gotowane w rosole, czy w samej wodzie, ważne żeby gotować 7 minut, a nie więcej, bo sok, który przy sparzaniu farszu się wydziela, w ciasto gotów wsiąknąć i z pyszności nici. Do dzieła więc, bo ja tu gadam, a kołdunów ani widu, ani pachu.

Składniki:
Ciasto:
▪ 1 szklanka mleka,
▪ mąka,
▪ sól.
Farsz:
▪ 0,5 kg mielonej tłustowatej baraniny (albo chudej i trochę łoju (albo wołowiny z wieprzowiną i kilka łyżek wody)),
▪ 1 cebula,
▪ 4 ząbki czosnku,
▪ majeranek,
▪ sól, pieprz.
Rosół:
▪ 1 kg wołowiny,
▪ włoszczyzna.
Najpierw rosół, ale co tu pisać. Wołowinę gotujemy z włoszczyzną, i tyle. Mięsko zjadamy potem jako sztukamięs z kartochelkiem, sosem chrzanowym i ogórkiem kiszonym.
Ciasto. Ciasto opisano tutaj. W czasie kiedy nasza mgiełka ciastowa wypoczywa, przygotowujemy farsz.
Farsz jest prosty jak pojęcie Szuwaśki o wykwintnej kuchni. Mięso łączymy ze starkowaną cebulą, zmiażdżonym czosnkiem, najerankiem, solą i pieprzem. Jeśli nie mamy baraniny i robimy kołduny np. z mięsa wołowo-wieprzowego, dodajemy trochę wody żeby zasymulować wytworzenie się soku.
Ciasto już się przegryzło i jest elastyczne jak barchanowe gacie Pałąkowej, więc dalej postępujemy jak opisano w przepisie na ciasto pierogowe, tylko bierzemy pierożnicę do kołdunów, z której pierożki tyle co na jeden kęs. Gdybyście nie wiedzieli, można ją kupić na Allegro (nie zapodaję konkretnej aukcji, bo za miesiąc będzie nieaktualna, ale wystarczy w wyszukiwajce wpisać „pierożnica”), a wygląda ona tak:
Jak już kołduny nalepione, do rosołu bęc. 7 minut i gotowe. Podawać zalane rosołem, albo i nie, jak kto woli.
Tak to smakowicie po kopcowaniu nam się jadło jadło. Uch, dobre to było, czort. I ta sztuka mięsa też wyborna była. Ciasta na deser już nie miałem siły skosztować, bo zjadłem ja tych kołdunów tyle, ile Litwin przykazał: żeby ostatni w przełyku był i dalej nie miał gdzie iść, a na pierwszym siedzieć. Wybaczcie nieapetyczną krotochwilę. I jakość zdjęć wybaczcie. Smieny swojej nie wziąłem, a u tatula na stryszku tylko kamera obskura była, dołączana niegdyś jako akcesorium do aparatów telefonicznych z tarczą i ebonitową słuchawką.
Nu, rozwojażyłem się na letkie wspomnienie tych błogosławionych pyszności. A niech to licho porwie. Popytam ja tatkę i jeśli dla niego pomoc moja potrzebna przy agrestówce... znaczy się przy szatkowaniu kapusty, to znoweś ja w sobotę do niego potruchtam i zrobimy my równą znakomitość, a to znaczy się zupę z soczewicy, do której smażone pierożki z kartochlami pasują jak Radziulis Czesław do swojej kasztanki. Ostańcie w zdrowiu i naróbcie sobie kołdunów.
sobota, 3 października 2009
Światowy luksus popod strzechami
Ludzie jedzą stuletnie jaja, zgniłe ryby, spleśniałe sery, robaki, wnętrzności zwierząt. Ludzie miewają odpały i spożywają najdziwniejsze rzeczy zamiast porządnego mięska z krówki albo ślicznego jagniątka. Ba, ludzie się tym chwalą! Koniec świata i harmagegon.
Koszelewo małą wioską jest, światowe ludzie tu u nas na popas nawet nie stają, ale odstawać od awangardy światowej nie chciałem – a więc żeby w falandze znaleźć się, umyśliłem zabłysnąć czym oryginalnym. Jak mówi ksiądz proboszcz, niekopiastym. Czy nietuzinkowym, nie pomnę. Zjem, postanowiłem, coś niebywałego żeby na karty historii przedostać się. Nu, tyle że robaki u nas nie za dobre i mgli po nich, a coponiektórymi serami się brzydzę, bo śmierdzą jak szuwaśkowe onuce po tygodniu orki. Okruszek Bazyli, jak jemu o idei fiks mojej nowej powiedziałem, zaraz do mnie gada, że w telewizorni wszystkie najnowsze durnowate durnoty obglądnąć można. Szeroki świat, Doda, behema, rozumiecie. W telewizora, od razu mówię, nie pogapiłem się, bo ten w klubokawiarni już całkiem stary był i zepsuł się zeszłej niedzieli jak dla niego chłopy pomogły rzucając w niego skwarkami ze świeżynki w czasie koncertu regionalnego zespołu pleśni i grzańca.
Nic to, myślę, pora dla poszerzenia horyzontów umysłowych prasę przejrzeć, przypomnieć sobie, jak bukwy wyglądają, bo to na co dzień człowiek ich widzi tylko jak w piecu rozpala albo jak cygareta skręca. Radziulis Czesław jeszcze w bardaszce poczyta małowiele, bo na drucie podarte książki trzyma. Ale on to bardziej mało, niż wiele, bo ciemnica u niego w miejscu odosobnienia, a baterejka w latarce skończyła się będzie z piętnaście lat temu.
Ale o czym to ja. A, wiem już. Jak tylko najnowsze wydanie „Gliniewickich Nowości” zanabyłem, to zaraz pomyślałem, że starą gazetę mnie w gieesie wtuchlili. Ale patrzę, data jakby akuratna, sprzed tygodnia – znakiem mówiąc w mediach naszych sezon ogórkowy cały rok obowiązuje, a nie tylko w lato. Ot, pomorek. No i patrzę, a tam napisali, że nowa moda kulinarna ze Szwecji nadchodzi. Wymyśliły te potopowce, że mięso dobre jest, i owszem, ale najlepiej jak ma z lat 25 albo i lepiej. Nasze biznesmeny to sami wiecie, że i światowe, i tryndy przewidywać umiejące są, bo zaodraz pomysła podchwyciły i dawaj to mięso do nas chapać żeby się Chińczyk nie obejrzał, że tu u nas konkurencja dla jego starych jajek rodzi się. Ooo, swoimi maczanymi w szuwaśkowych onucach serami to niech się Francuzy wypchają i wystawią za drzwi na zsiadłe. Teraz u nasz światowa kuchenna stolica dziwactw znachodzić się będzie.
Poczytałem, co one biznesmeny z tym wiekowym ekskluzywnym mięsem robią i gdzie jego znajść możno, po czym wziąłem od Szuwaśki rowerka (mój na stojaku stoi i wieczorami kręcę ja na dymamie prąd do chlewika, bo maciora prosić się będzie) i pojechałem do gieesu. Bo to, wiecie, ta nowa moda popod strzechy trafiła już. A po prawdzie to popod papy, bo gieesowy dach papą kryty jest.
I tak to zdarzyło się, moje wy mgiełki muślinowe, że w awangardzie światowej osobą swoją nieodmiennie znajszedłem się, i wyżyłem z bożą i maciaszczykowej śliwowincji pomocą. Jadłem ja to nowoczesne mięsko. Nienajgorsze w smaku, choć zdaje się, majeranku dodać można by, bo pilśnią zaiwania. Nazywa się to „Pyzy ziemniaczane z mięsem”. Nie powiem, kto ich narobił, bo wykupicie i z lansiku nici. Ale gadają, że teraz we wszystkim, co zmielone, te nowinki znajdują się raczej. Tak to nam przyszło się mordować w luksusie. W zmiędlonym luksusie. Dwudziestoipięcioletnim.
Koszelewo małą wioską jest, światowe ludzie tu u nas na popas nawet nie stają, ale odstawać od awangardy światowej nie chciałem – a więc żeby w falandze znaleźć się, umyśliłem zabłysnąć czym oryginalnym. Jak mówi ksiądz proboszcz, niekopiastym. Czy nietuzinkowym, nie pomnę. Zjem, postanowiłem, coś niebywałego żeby na karty historii przedostać się. Nu, tyle że robaki u nas nie za dobre i mgli po nich, a coponiektórymi serami się brzydzę, bo śmierdzą jak szuwaśkowe onuce po tygodniu orki. Okruszek Bazyli, jak jemu o idei fiks mojej nowej powiedziałem, zaraz do mnie gada, że w telewizorni wszystkie najnowsze durnowate durnoty obglądnąć można. Szeroki świat, Doda, behema, rozumiecie. W telewizora, od razu mówię, nie pogapiłem się, bo ten w klubokawiarni już całkiem stary był i zepsuł się zeszłej niedzieli jak dla niego chłopy pomogły rzucając w niego skwarkami ze świeżynki w czasie koncertu regionalnego zespołu pleśni i grzańca.
Nic to, myślę, pora dla poszerzenia horyzontów umysłowych prasę przejrzeć, przypomnieć sobie, jak bukwy wyglądają, bo to na co dzień człowiek ich widzi tylko jak w piecu rozpala albo jak cygareta skręca. Radziulis Czesław jeszcze w bardaszce poczyta małowiele, bo na drucie podarte książki trzyma. Ale on to bardziej mało, niż wiele, bo ciemnica u niego w miejscu odosobnienia, a baterejka w latarce skończyła się będzie z piętnaście lat temu.
Ale o czym to ja. A, wiem już. Jak tylko najnowsze wydanie „Gliniewickich Nowości” zanabyłem, to zaraz pomyślałem, że starą gazetę mnie w gieesie wtuchlili. Ale patrzę, data jakby akuratna, sprzed tygodnia – znakiem mówiąc w mediach naszych sezon ogórkowy cały rok obowiązuje, a nie tylko w lato. Ot, pomorek. No i patrzę, a tam napisali, że nowa moda kulinarna ze Szwecji nadchodzi. Wymyśliły te potopowce, że mięso dobre jest, i owszem, ale najlepiej jak ma z lat 25 albo i lepiej. Nasze biznesmeny to sami wiecie, że i światowe, i tryndy przewidywać umiejące są, bo zaodraz pomysła podchwyciły i dawaj to mięso do nas chapać żeby się Chińczyk nie obejrzał, że tu u nas konkurencja dla jego starych jajek rodzi się. Ooo, swoimi maczanymi w szuwaśkowych onucach serami to niech się Francuzy wypchają i wystawią za drzwi na zsiadłe. Teraz u nasz światowa kuchenna stolica dziwactw znachodzić się będzie.
Poczytałem, co one biznesmeny z tym wiekowym ekskluzywnym mięsem robią i gdzie jego znajść możno, po czym wziąłem od Szuwaśki rowerka (mój na stojaku stoi i wieczorami kręcę ja na dymamie prąd do chlewika, bo maciora prosić się będzie) i pojechałem do gieesu. Bo to, wiecie, ta nowa moda popod strzechy trafiła już. A po prawdzie to popod papy, bo gieesowy dach papą kryty jest.
I tak to zdarzyło się, moje wy mgiełki muślinowe, że w awangardzie światowej osobą swoją nieodmiennie znajszedłem się, i wyżyłem z bożą i maciaszczykowej śliwowincji pomocą. Jadłem ja to nowoczesne mięsko. Nienajgorsze w smaku, choć zdaje się, majeranku dodać można by, bo pilśnią zaiwania. Nazywa się to „Pyzy ziemniaczane z mięsem”. Nie powiem, kto ich narobił, bo wykupicie i z lansiku nici. Ale gadają, że teraz we wszystkim, co zmielone, te nowinki znajdują się raczej. Tak to nam przyszło się mordować w luksusie. W zmiędlonym luksusie. Dwudziestoipięcioletnim.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

