To ile pierogów zjecie, śmigiełki rośmialne? Dziesięć? Piętnaście? Góra dwadzieście? No więc kiedy was zapytają, ile chcecie czebureków, nie mówcie, że więcej niż trzy. Góra cztery. Bo to nie są jakieś tam pierożki, tylko wielgachne pierożyska. Dobre tak, że aż dziw, że coś tak prostego może być tak rewelacyjne. Dobre tak, że szkoda do nich podawać surówkę czy kapkę śmietany; lepiej żeby nic, ale to nic nie psuło ich własnego smaku. Za chwilę, kiedy powiem, jak je robić, będziecie się pacać w czoło i pohukiwać, że że też sami na to nie wpadliście. Ja się pacałem i pohukiwałem.

Przepis tatowy, bo to Tatowe biesiady są ze śpiewami i lataniem do piwniczki po więcej. Jak ja wam już mówiłem, tatulo zjeżdżał był pustacie bywszego Sowieckiego Sojuza, pługi śnieżne sprzedając. No i kiedyś zapultał się w okolice krymskie, na Zaporoże, gdzie zapoznał żyjących tam Greków. Piotr I, taki car, ich tam sprowadził żeby winiucho i raki dla niego pędzili, i tak zostali. Dobrzy to ludzie, gościnni i szczerzy, ale receptur żywnościowych skąpili. Uraczyli oni tatula czeburekami, a te posmakowały dla niego tak bardzo, że zakradł się nocą do kuchni, ukrył się w kotle na krochmal i bez szparę podglądał, jak te pierogi się robią. Byłoby się dla niego udało, ale kiedy zobaczył, jakie to proste, zaraz pacnął się w czoło i zahuczał „no że też ja sam na to nie wpadł, psia matula”. Kocioł huczenie wzmógł, Grek tatula znajszedł i skrzynka łyskacza poooszłaa! za zdradzenie przepisa, choć on nawet nie grecki, tylko tatarski. Chociaż, może i Grek coś tam majstrował, bo w internacie znalazłem tylko klapnięte cosie z grubego ciasta, a te są cieniutkie, uroczo okrąglutkie, chrupiące, napęczniałe sokiem i aromatami. Może to dlatego, że ciasto jak na pierogi (można jak na filo, z oliwą zamiast mleka), a nie drożdżowe?

