piątek, 8 stycznia 2010

Fasolka szparagowa, ale prędziutko!













Pozawczoraj jak z witania Trzech Króli wróciłem, strasznie zimno mi było. Kościół ludźmi napchany jak tłusta gęś kaszą, stać na dworze trzeba było, a ja szarmancko w letnich gumiakach poszedłem, gdyż myślałem, że kościelny Koszelewski zajmie mi miejsce na chórze. Nie zajął, bo ksiądz proboszcz naganę jemu wtuchlił za kupczenie miejscami siedzącymi. Po prawdzie, trochę racji miał, bo co innego kurtkę albo czapkę na siedzeniu położyć, a co innego bilety sprzedawać. Tak, czy siak, wróciłem szczękając zębami i musiałem szybko się rozgrzać. Zrobiłem przegląd kuchni, a tam boczek i zamrożona fasolka. Fajnie.

Składniki
▪ 0,5 kg fasolki szparagowej,
▪ 3 plastry boczku,
▪ 2 ząbki czosnku,
▪ natka pietruszki,
▪ sól, pieprz, ziółka.

Z racji zmarźcia, musiało być szybko. Żadnych slołfudów. Minut siedem i jemy. Jak kto lubi fasolkę oczywiście. I boczek. Czosnek też. Znaczy się jak kto lubi wszystkie te składniki, bo przecież gdyby któregoś nie lubił, na przykład fasolki... oj, bo się zapętlę i będzie!

Zrobiłem ją w woku, bo było jej sporo, a mój wok jest wielki jak balia Szuwaśki. Fajny on, żeliwny, a kiedy się rozgrzeje to za koksiak w stanie wojennym mógłby robić. Po rozgrzaniu i poolejowaniu wkładamy fasolkę. Ciągle mieszając na silnym gazie, doprowadzamy ją do aldentości. Dodajemy oddzielnie podsmażony boczek, zmiażdżony czosnek, ulubione zioła, sól, pieprz i natkę. Jeszcze chwila żeby czosnek nie był surowy i silnie waniający, i już.

Ot, szybkie chłopskie pożywienie. Smakowe musiało być, bo wyjadłem do denka. Jak Grzyb Waleria przyszła kowadło pożyczyć, to już tylko zapach został. No, idę. Sprawdzę co jest, że nie oddaje. Niech się nie przyzwyczaja. Co ona tam na tym kowadle, replikę bramy oświęcimskiej wykuwa na handel?

czwartek, 7 stycznia 2010

Nieplumkający plumtop

Ambitny ten nasz sołtys, jejbohu! Napatrzył się jak ja tu po klawiszkach przebieram i dla niego zachciało się komputera mieć. Służbowego on - nie powiem - ma, ale ustawił go w sionce dla podparcia worka z burakami, bo do tego najwięcej nadaje się. Tak się namolił, że nabył wczoraj w supermarkecie „Turkuć podjadek” w Gliniewicach takie nowoczesne maleństwo. Telewizorek i komputerek, dwa w jednym; nawet pisadło tam jest. Szuwaśko mówi, że „palmtop”, czy „plamtop” na niego w tym sklepie gadali. Znaczy się na tego plamtopa, a nie na Szuwaśkę. Słyszeliście wy coś o tym? A skąd taka nazwa, że i do czorta niepodobna?

Kościelny Koszelewski, który u nas za wykształciucha robi, ponieważ za piątym razem zdał on maturę w Technikum Rehabilitancji i Ondulancji... czy może Rekonwalescencji i Ortodoncji... oj, nie pomnę, dawno temu to było; no więc ten nasz kościelny, poliglotem wioskowym będąc, mówi, że gdyby tego plamtopa bez „u” napisać, to „plum” by wyszło, znaczy się po hamerykańsku „śliwka”.

- Dla mnie zdaje się, kochanieńki, że oczadział ty ze wszystkim - zahuczał przyjaźnie Szuwaśko, wywołując drżenie szyb pocieraniem łapy o niedogoloną brodę. - Jaka śliwka kiedy tu, o, patrzaj się, masz jabłko namalowane, i to nadgryzione. Musi bez to wysprzedaż była, że niekompletne ono.

- Oczadział nie oczadział, ale swoje wiem - naburmuszył się Koszelewski i pociągnął łyk ze stakańczyka.

W końcu, po dwóch gąsiorkach czasu i burzy mózgu, ustaliliśmy, że „plum” w nazwie dali temu plumtopu z tej przyczyny, że na wilgotność wytrzymały może on być. Że niby jak plumknie we wodę, to nic a nic dla niego nie dzieje się. Coś jak absolutnie wodoszczelny zegarek firmy Plum Elektroniks, co to wójt z Gliniewic bez niego do kibla nie idzie. „Albo jak kaczka, co pływa, a jednakowoż nie namaka”, rozpromienił się stary Pałąk, ale dostał w ucho.

Szuwaśko się ucieszył, że będzie mógł stawiać pasjanse podczas comiesięcznej kąpieli w balii, jednak testów nie wykonaliśmy, gdyż ponieważ akuratnie drelichy robocze w tej balii odmakali. Szczęściem wiadro z wodą stało w sionce, tak i wrzucili myśmy tam sołtysowy nabytek.

PLUM.

Jutro Szuwaśko pierwszym pekaesem jechać ma do Gliniewic z zażaleniem, że plumtop aktywność utracił i kopie prądem przez wiadro. Mam nadzieję, że ludzie w „Turkuciu podjadku” jakiś instynkt samozachowawczy mają. Olaboga, przecież jak go wnerwią, gotów im zrobić to samo, co inkasentowi Boruszko Anatolowi, który odmówił zeszłej wiosny przestawienia licznika na zero!

środa, 6 stycznia 2010

Wesołych Świąt!











   



Myśleliście może, że skołowaciałem po rozgrzewaniu jednego takiego traktorzysty i wszystko się dla mnie pomieszało? Nic z tych rzeczy. Toż dziś prawosławna Wigilia! Chcę więc z tego tu oto zydelka wam, moi sąsiedzi, znajomi i nieznajomi wyznawcy prawosławnego wyznania życzyć wszystkiego, co dla was dobre i niechaj na was Dziecinka łaskawie spogląda. Co ja tu będę po próżnicy gadał, przecie życzę wam tego samego, czego już tu życzyłem onegdaj.

Dziś nawet sołtys nasz, Szuwaśko Grzegorz we własnej osobie, aby powagi sobie i urzędowi swojemu dodać, od spożywania maciaszczykowego dobra odstąpić zamiaruje i w chałupie ogarnąć z grubsza. I dobrze, wbrew jego obawom, zaszkodzić to dla niego nie zaszkodzi, a szacunek innym okazać to rzecz ku spolęgliwości wiodąca. Zdążym jeszcze poradować się z naszymi sąsiadami jak przystało na prawdziwnych koszelewiaków z dziada i baby. Czego i wam, jemiołuszki szczebiotliwe, życzę.

Nu, nic tu po mnie, biegnę sprawdzić, czy Kościanko Barbara kutii już narobiła, to se podkradnę, prowadząc dyskurs o ontycznych aspektach dywersyfikacji tradycji, wierzeń i religii współczesnego świata. Albo jakoś tak. Wesołych Świąt.