O większego trudno zucha,
jak był Wacuś, syn Baciuka.
Czego on nie wygadywał!
W jakich krajach nie przebywał!
w jakim porsche ma kolorze,
ile skwarek na raz zmoże,
w których restauracjach jadał,
o czym z prezydentem gadał...
I jak wraził raz kozika
w żebra chłopa, co mu fikał.
Jakby tego było mało,
rozpowiadał, jak udało
mu się zrobić czołg z łazika,
Z tego czołgu ubił dzika,
trzy bażanty, dwa borsuki
i zajęcy cztery sztuki.
Mówił po wsi: Chłopy moje,
i teściowej ja dostoję!
Nawet, gdyby było trzeba,
bym podrzucił ją do nieba
żeby więcej nie skrzeczała.
Krzepkim niby wół bez mała!
Co mówicie? Dwa kwintale?
Bym się nie zasapał wcale!
Raz-dwa na garb bym zarzucił,
jeszcze przy tym bym se nucił.
(Trzeba wiedzieć wam, chłopaki,
żem jest bas nie byle jaki.)
Taki był wymowny Wacuś:
jaki chwat on, jaki pracuś!
Jednak przyszła na Matyska...
nie, nie myszka, tylko kryska.
Raz siedzieliśmy na schodkach
sącząc bimber na wysłodkach.
Wacuś szedł, no i miał pecha,
bowiem krzywo się uśmiechał.
Rzekł mu sołtys: chodź, kruszyno,
mamy flaszkę oraz wino.
Bierz gąsiorka i pij duszkiem,
wnet zakąsisz chleba kruszkiem.
Tą metodą się dowiemy,
czy nie walisz nam tu ściemy.
Bo sam wszak wiesz: kiedy ciało
silne, wtenczas by się zdało
by się głowa nie kiwała
kiedy pęknie butla mała.
Upił deczko. Po stakanie
patrzym, co się z czortem stanie.
Nie powiedział nic. Zmiarkował,
że w przechwałkach przeholował.
Drugiej szklanki już nie dopił.
W dali mętny wzrok zatopił,
jął się kiwać i gaworzyć.
Trzeba było mu otworzyć
wino marki „Chuch sierściucha”
żeby spiryt się przepłukał.
Morał będzie, więc uważać,
bym nie musiał się powtarzać:
Na nic na swą cześć peany
kiedy łeb nie trenowany.
sobota, 18 grudnia 2010
piątek, 17 grudnia 2010
Gadka w klubokawiarni
— Napijem się jeszcze, Tolku, co nie? Panie starszy, tego ten, jeszcze raz to samo trzy razy dla dwióch!
— Co tak milczysz że bałboczesz pod nosem, Anatoleńku?
— A, dumam sobie.
— Dumasz, a jakbyś mruczał.
— Bo, rozumiesz, se sam ze sobą gadam se.
— Aha. I co?
— Bo ja wiem, nie rozumiem zbyt wiele.
— To kto ma rozumieć, czort?
— Jakoś dykcyjność dla mnie siada, jejbohu.
— Ja to ze sobą rozmawiam głośno, ponieważ słabo słyszę.
— A, głośno żeby zrozumieć?
— No toż właśnie. Ale też nie zawsze przyczajam, gdyż zazwyczaj jakoś tak plotę bez tołku.
— I dla mnie zdarza się, nie powiem. Ale jak ty pojmujesz, co gadasz, kiedy nie słyszysz?
— Nauczyłem się czytać z ruchu ust.
— Co tak milczysz że bałboczesz pod nosem, Anatoleńku?
— A, dumam sobie.
— Dumasz, a jakbyś mruczał.
— Bo, rozumiesz, se sam ze sobą gadam se.
— Aha. I co?
— Bo ja wiem, nie rozumiem zbyt wiele.
— To kto ma rozumieć, czort?
— Jakoś dykcyjność dla mnie siada, jejbohu.
— Ja to ze sobą rozmawiam głośno, ponieważ słabo słyszę.
— A, głośno żeby zrozumieć?
— No toż właśnie. Ale też nie zawsze przyczajam, gdyż zazwyczaj jakoś tak plotę bez tołku.
— I dla mnie zdarza się, nie powiem. Ale jak ty pojmujesz, co gadasz, kiedy nie słyszysz?
— Nauczyłem się czytać z ruchu ust.
poniedziałek, 6 grudnia 2010
KUK: Fasolówa bez fasoli
Drogie moje sąsiady, przyjaciele, i przyjezdne — póki co — jesienniki, choć już nabór na zimników brać należałoby, tak nasz zasypało na tej naszej podlaskiej bagiennej równinie. Powiem ja dla was, kochanieńkie wy moje koszelewiaki, że jak do mnie ktoś mówi, że nie je fasoli, bo rozdyma, zawsze odpowiadam: a cukierasków mniej jeść! Się nie poje, się nie rozbędzie. To mit, że kartochli rozbędują, czy też inne strączki. Dawniej po wioskach tak myśleli, no i w „Konopielce”, ma się rozumieć. Ale tam było o kartochlach, a nie o fasoli. Aha, to ja nie o tym.
Strączkowe warzywa, sami wiecie: mnóstwo witamin mają. B, C, G, Ź... Podobno, jak mówił dla mnie popod klubokawiarnią Czyprak Antoni, nawet U. A nie, czekajcie, wszak Czyprak to ja! Oj, to sam już nie wiem, jak z tą witaminą U jest, ponieważ w pobliżu klubokawiarni po litrze (a inaczej ja tam nie bywam), to ja jadę chińszczyzną, i to glifami, a w dodatku migowo. Żeby nie okazało się, że to S witamina jest, a nie U. Na wszelki słuczaj jeśli wy strony dietetyczne prowadzicie, wy mnie może nie cytujcie, co?
No ale do rzeczy, czyli do KUKa, znaczy się do Koszelewskiego Uniwersyteta Kuchennego, ale też do fasoli. Skoro wy, moje drogie koszelewiaki, takie wydelikacone zrobiliście się od wejścia do tej Unii, że nie chcecie jak nasz sołtys purkać kiedy popadnie, a już najmniej podczas wykształciuchowej sesji Gminnego Synpozja Atencji dla Gliniewickiej Kurturii i Sztukaterii, zróbcie se fasolówkę bez fasoli.
No co się dziwicie normalnie? Smakuje jak fasolówa. A że bez fasoli, to można rozpoznać że łupinek nima, a nie po smaku. Khem, po prawdzie, to robiwszy tę fasolową, nawet ja to, że o fasoli zabyłem, poznałem po tym, że łupinek nie było, a nie po purkaniu, czy też jego braku. Aha, to już wiecie, jak powstała ta zupa.
Tego, ten, a namoczone ziarenka moczyły się w sionce aż je ciutkę myszki napoczęły, bo one na surowo fasolę też uważają, tylko że wodę rozbryzgują. Jak się potem w ścianach to chrobotanie dobywa, to może one tam purkają, a nie chroboczą? Wiecie coś o tym?
Ot, wybrał se kulinarną tematykę, czort! A nawet, że się tak niewyjściowo wyrażę, semantykę!
Składniki:
▪ 25 dkg boczku wędzonego,▪ 0,5 kg kości,
▪ 1 duża marchew,
▪ 1 pietruszka,
▪ nie za dużo selera,
▪ kawałek pora,
▪ 1 duuża cebula,
▪ 4 ząbki czosnku,
▪ ze 2 łyżki suszonego majranku,
▪ sól, pieprz.
Robimy bulion. Najlepiej oczywiście upiec najpierw kości na brązowiutko, a potem gotować je w wodzie i ziołach przez kilka godzin na minimalnym gazie. Jak nie ma czasu, a wiem, że w Koszelewie wszyscy się śpieszą się zawsze (chyba do Maciaszczyka), to w ostateczności można w garnek z zimną wodą wrzucić i pogotować. Tylko żeby na mnie nie było, że zabraniałem wpierwej wypiekać, bo to łgarstwo. Najlepszy bulionek z pieczonych kostek i warzyw, taki ciemnawy.
Boczek wysmażamy na patelni na skwareczki (ja miałem sporo skórki od boczku i zlanego onegdaj smalczyku, ale pewnie najlepsiejsze będą kawałki świeżo uwędzone), dodajemy do bulionu, osączywszy z tłuszczu. Wrzucamy też pora i majranek. Na boczkowym smalczyku smażymy na brązowo posiekaną cebulę. Może nawet gdzieniegdzie przypalony kawałek znaleźć się. Doda bigla. Generalnie: nie żadne zeszklone delikatesy, tylko cebula smażona że hej, że już sama na tym boczku smakuje jakby to była przyrumieniona świeżynka z cebulą.
Połowę cebuli dajemy do bulionu i gotujemy, resztę przekładamy do miseczki. Na tłuszczyku, który pozostał na patelni (zapomniałem powiedzieć: tego tłuszczyku nie wypijamy pod maciaszczykową smorodinówkę, tylko kitramy), no więc na resztce tłuszczyku podsmażamy na silnym już teraz gazie pokrojone w średnią kostkę pozostałe warzywa. Kiedy zaczną się ładnie rumienić, rzucamy do gara i gotujemy do bardzo miękkości.
Ostre krawędzie kawałków ziemniaków nie tyle stracą swoją ostrość, ile się wręcz wyoblą kiedy przyjdzie nam uznać, że są wystarczająco rozgotowane. Efekt: od cebuli i kartofelków mamy lekko gęstszą konsystencję i nie musimy używać mąki czy innych śmietan, które spłycają smak.
Kiedy wąchamy, zupa powinna silnie waniać fasolówą, czyli boczeczkiem i majrankiem, i być taka gęstawa. Jeśli tego nie robi, znaczy się za mało majranku, boczeczku albo kartochli. Na koniec przypieczona cebulka, posiekany czosneczek, chwilka gazowania, i do miseczek. Odczekać z minut pięć, bo to rozgrzewająca zupa, długo gorąca pozostaje!
O, i taki to przepis, z którym więcej pisania, niż robienia, przynajmniej w moim wydaniu. Zróbcie sobie, moje wy kochane sąsiedzi, zamiast raczyć się na okrągło słoniną i golonką po szwarcwaldzku albo latać do klubokawiarni podglądać wątpliwe, za to bujne wdzięki bufetowej Danuty i wpaździerzać placki ziemniaczane z proszku. Nu, da i budzie, napijmy się, albowiem gąsiorek roztwarłem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
