wtorek, 2 marca 2010

Słonina























Było ekskluzywnie blinowo, to teraz schodzimy na padół ażeby powiedzieć, że słonina już nie taka, jak kiedyś. Prosiaki pędzone na sztucznej paszy, czy jaka cholera. Nie zdanżają obrosnąć tłuszczem zanim pójdą pod nóż. U rzeźnika, nawet na hali mięsnej połcie na palec grube. Co to było?! Dlatego jak się uda znaleźć dobry, gruby, z dziesięćcentymetrowy kawałek, jest to okazja żeby napisać o tym na blogu. A taki właśnie do opisania dostałem od Pałąk Haliny, bo świniobicie przedświąteczne uskuteczniła.

Taka słonina to jest dobra rzecz. Bieluśka, aksamitna. Mówią, że choresteror uszami wycieka jak się jej podje. A niech se gadają. Człowiek dziewięciuch żyć nie ma jak kot, więc trzeba nadogadzać sobie póki sztuczna szczęka nie wylata. Obtacza się ją (ale słoninę, sztuczna szczęka niechaj odmaka w szklance) w dużej ilości soli, tłuczonego pieprzu, czili, tymianku, rozmarynu albo innego zioła, które się nam uwidzi, obkłada się plasterkami czosnku i zostawia na trzy dni w lodówce. Potem na tydzień do zamrażalki. Jak przyjdzie kto na rzeczy znający się (a do chałupy wpuszczamy tylko konesrów wszak), wyjmujemy ją i nożem strugamy cieniutkie, skręcające się płatki, które kładziemy na chleb, najlepiej razowy własnej roboty, i szamiemy pod szklaneczkę czystej zmrożonej tak, że w zęby zachodzi. Można posypać pieprzem, dać ogórca i jest normalny czad. Ooo mój ty rozmarynieee, ty rozwijaj dla mnie się natentychmiast...

poniedziałek, 1 marca 2010

Tatowe biesiady: Bliny
















 
Bliny kojarzą się często z ekskluzywnym jedzeniem. Kawior, łosoś, elegancka restauracja w centrum Moskwy, zmrożona wódka, te rzeczy. Z drugiej strony, gdyby nie te kawiory, można by powiedzieć: ot, placki. Może i tak, ale jakie! Pięknie szarobrązowe od mąki gryczanej, w przekroju chlebowe, no i świetnie pasujące do tych wielkopańskich kawiorów. Można je zresztą podawać z różnymi dodatkami. Odsmażane na masełku także są świetne, więc można zrobić więcej. Podarujcie sobie odrobinę luksusu.

— Przyjdź ty, synek, w sobotę, blinów narobim — zagaił w tygodniu tatko. — Przy okazji drewek narąbiesz, bo zima długa i skończyli się. Zajdź ty tylko do Maciaszczyka ażeby pragnienie nam nie doskwierało, gdyż jak ty sam może już życiowo nauczyłeś się, okrutnie niekorzystnie jest dla organizmu w stanie odwodnionym przebywać.

Tatko kazali, nie poradzisz. Zajrzałem po drodze do naszego przełamywacza monopolizacji państwowej, w gieesie kupiłem łososia, śmietanę i niemiecki kawior (najlepszy jest prawdziwny, ruski, ale te pajace z sejmowego cyrku granice zamkli z nieodpowiedniej strony i teraz dobrego kawioru nie uświadczysz: albo sztuczny, albo hamerykański o rozmiarze i smaku ziarenek piasku). Te bliny robi się dość czasochłonnie, ale za to są to takie bliny, które dostaniecie jak w Jewropiejskoj Gastinicy powiecie „Bliny, pażałsta”. Tatulo wie, co mówi, bo w świecie bywały. Gotowiście? To posłuchajcie.

piątek, 26 lutego 2010

Na przyjście wiosny - omlet radosny
















Radosny, radosny. Łosoś się raczej nie cieszy, bo go uwędzili. Ale co by nie mówić, to takie danko na letnie lub wiosenne śniadanko, kiedy słonko, ptaszęta i te rzeczy. U nas zima jeszcze nie odtrąbiła odwrotu, ale już nie taka zadziorna. No to co, na nadejście wiosny przygotować się raczej trzeba, czy nie tak? Ja się przygotowałem szykując złocisty omlet posypany tym, co się walało po lodówce: papryką, oliwkami, pomidorami, kaparami, łososiem i cebulą. Fajny zestawik. Fajna lodówka, co się po niej łosoś wala. Kalafiory łońskiego roku udali się.

Składniki
4 jajka,
2 łyżki mąki,
pół szklanki mleka,
szklanka (lepiej dwie) śliwowincji,
po pół zielonej i czerwonej papryki,
1 cebula,
kawałek podwędzonego łososia, 
1 pomidor,
2 garści oliwek,
2 łyżki kaparów,
kilka suszonych pomidorów z zalewy, 
sok z cytryny,
parmezan,
garść posiekanej pietruszki,
sól, pieprz, tymianek.

[Listonic]

Paprykę i pół cebuli kroimy w drobną kostkę, podsmażamy z tymiankiem na oliwie aż warzywa trochę zmiękną. Zdejmujemy do przestudzenia, osączając z tłuszczu. Upijamy trochę śliwowincji ze szklanki. Jajka, mąkę i mleko łączymy, bełtamy żeby nie zostały kluchi, troszku solimy i pieprzymy. Dodajemy przestudzone warzywka i pietruchę, energicznie wymieszywujemy i wlewamy na gorącą patelnię z oliwą. Smażymy na niedużym gazie pod przykryciem, popijając śliwowincję aż płynny zostanie tylko wierzch. Odkrywamy, wkładamy do piekarnika ustawionego na grzanie od góry i czekamy aż się zetnie. Dopijamy śliwowincję, bo to i koniec naszego kucharzenia. Na omlecie układamy mieszankę posiekanych oliwek, kaparów, pokrojonego wędzonego łososia, pomidorów świeżych i suszonych, posiekanej połówki cybuli, posypujemy wiórkowanym parmezanem, skrapiamy sokiem z cytryny, polewamy jeszcze oliwą dla smaku i koloru, i miszmasz gotowy. Wejdź, wiosno.

A, i dopiero teraz wydało się, dlaczego w składnikach pisałem o dwóch szklankach śliwowincji. No bo przecież gdybyśmy wzięli jedną - tę, którą właśnie dopiliśmy kiedy omlet się nam dokańczał - to co byśmy mieli do niego na zapojkę? Musi tylko wodę z wiadra. A tak proszsz, siadamy jak pany i się delektujemy omletem i śliwowincją, omletem i śliwowincją. Wiosno, polać i dla ciebie, kochanieńka?