sobota, 30 października 2010

Helołiny sryny. W samoo poo-hoho-łuudnieee!

Świat durnieje, nie widzę inaczej. Ludziska same na własne życzenie hamerykanizują się. Jak nie popierdułkowate burdelaste walentynki, to helołiny organizują. Ciekawość: czy naprawdę dla nich te anglosasy tak imponią, czy też jest to zwykłe odmóżdżenie i małpowanie bez tołku jak popadnie tego, co zagramaniczne, bo pewnikiem lepsiejsze.

Najśmieszniejsze są walentynki. Święto miziania w lutym, moiściewy! Z koniem na ogony się pomieniali, czy jak? Powiedzieć babie „Chodź, Halyna, idziem w zaspy obściskiwać się, gdyż święto jest”, to prędzej można bez łeb reklamówką z golonką wieprzową oberwać, niż beneficjentem wdzięków zostać! Gdybyśmy jeszcze nie mieli upojnej, pachnącej kwieciem nocy świętojańskiej, andrzejek, katarzynek... no, to niechaj tam. Ale mając swoje własne okazje nie korzystać z nich, tylko brać od innych, to naprawdę trzeba mieć nieźle pod kopułą namiętolono. Ot, siła markietinga. I to zimą, i to pod nazwaniem patrona epileptyków! Moiściewy!

Helołiny nie lepsze, choć tu już nie jest tak zabawnie. W dzień, jak by nie patrzeć, całkiem poważnego święta organizuje się zombiastyczne wydumki. Tak wesoło? To weź przyklepnij w albumie rodzinnym na pożółkłym zdjęciu babuni zielone gluty samoprzyklepne, albo dziadziusiowi leżącemu na łożu śmierci nasadź dynię na łeb. No baki zrywać po prostu. Koniecznie trzeba wszystko strywializować, sprowadzić do bezrefleksyjnej zabawy. Hulaj dusza, śmierci nie ma? No więc jest, i wcale nie wygląda jak przygłupia czarownica z burchlem na łypie. Są granice robienia podśmiechujek, ale przebiegają one raczej daleko od Święta Zmarłych.

Dla tych, którzy obchodzą dyniowiskowe pośmiewiskowe niby-że-święta, życzę z okazji zbliżającego się niby-że-święta, żeby z tego śmiacia i swawoli zrobili się dla nich przy oczach kurze łapki. O, takie:

















Przy okazji: wszystkim identyfikującym się z kulturą anglosaską życzę smacznego indyka na Święto Dziękczynienia, bo to zdaje się niezadługo, co nie? Podzielcie się przepisami. Niech Ojciec Narodu będzie z wami. Si ju lejter.

.

czwartek, 28 października 2010

Na pohybel zimie: klopsiki indycze w winno-pomidorowym sosie

















Zima będzie wczesna, kuchenni blogierzy zaczęli gotować jesienne potrawy. Gotuję i ja ażeby ktoś nie pomyślał, że jakaś popierdułka jestem, a nie prawdziwny kuchenny blagier. Tfu, blogier. No to dzisiaj kontynuuję jesiennienie kuchni. Będzie solidnie, choć zwiewnie. Gdybym miał zgadywać, po włosku więcej. Albo po angolańsku, bo czy to wiadomo, co w takiej Angoli warzą? Może i kulki z indyka. Przepis skradłem Grzesiowi z Mniammniama.

Składniki:
0,5 kg mielonej piersi indyka,
15 dkg wędzonego boczku,
0,5 l soku pomidorowego,
100 ml czerwonego wina,
2 cebule,
10 dkg sera topionego,
10 dkg sera pleśniowego (ja wziąłem niebiewski Lazur, bo lubię),
10 dkg czarnych oliwek,
1 jajko,
po garści natki pietruszki i tymianku,
3 ząbki czosnku lub 3 łyżeczki pasty włoskiej,
sól, pieprz.

[Listonic]

Boczek drobno siekamy lub międlimy w blenderze. Siekamy oliwki. Łączymy mięso indycze z boczkiem, oliwkami, jajkiem, ziołami, połową czosnku, połową serów. Solimy, pieprzymy, ładnie wyrabiamy (ale serów nie wgniatamy w masę zbyt dokładnie, białe oczka fajnie wyglądają) i odstawiamy żeby czosnek i zioła zrobiły swoje.

Cebulę podduszamy na oliwie, a kiedy zmięknie wlewamy sok pomidorowy i wino (sok wykombinowałem w ostatniej chwili, bo zostało mi pół kartonu po tym jak robiłem żeberka z fasolą), dusimy z 15 minut żeby płyn nieco odparował. Przyprawiamy, blendujemy na gładką masę, dodajemy małe klopsiki uformowane z masy mięsnej, dusimy ok. 10 minut. Kulki wyjmujemy z czerwonego sosu pachnącego winem i pomidorami, odparowujemy go do uzyskania gęstości lejkiej śmietany, dodajemy resztę serów, które dadzą nie tylko znakomity smak, ale też przyjemną konsystencję. Dokładamy pozostały czosnek lub przechodzoną pastę włoską. Wkładamy z powrotem klopsiki, wuala.

Oczywiście kulki można upanierować w bułce tartej i usmażyć przed włożeniem do sosu, wtedy są brązowiutkie i też smakowite, ale ja miałem lenia i ochotę na coś delikatnego, więc wciepłem do gara surowiznę. 

Podajemy z makaronem albo z kartochlami lub też z kaszą albo z ryżem, ewentualnie z bagietką albo bez nic. Ja zrobiłem z makaronem razowym. No i co? No i zima może mi... nafiurkać, o.

Tak  se myślę, że takie klopsiki byłyby też dobre z rybą zamiast indyczyny. Mus spróbować.

A kiedyś, jak nie miałem lenia i obsmażyłem pulpeciki (ale miałem innego lenia, bo to były raczej wielkie pulpeciska, żeby nie powiedzieć kotleciuchy), to wtenczas wyglądały tak:

sobota, 23 października 2010

Ursus, znaczy się traktor

Gęstą ciemność przeszyło mruczenie rozgrzewających się reflektorów. Ostry snop światła strzelił spod sufitu i, rozmywając się i wtapiając w czerń, precyzyjnie trafił w deski podłogi rozganiając drobinki kurzu, które tańczyły teraz w jego blasku na podobieństwo płatków śniegu w zawierusze. Rozpierzchłe światło musnęło ściany, wydobywając kontury kurtyny.

— Pójdźże w tan, kwiecie miodny, kochanko ma w wieńcu rozkoszy, abym nacieszył tobą swe zmysły!

Pójdę za tobą w pląsach na kraj świata, rycerzu mój!

Raduje się me oko widząc cię jak łania powabną, i ucho cieszy szelestem twych kroków o zmierzchu!

Bądź mi ostoją w utrapieniu, miły, strzeż mnie od zawieruchy!

Będę ci jak Ursus dla Ligii, jak... * a idźcież wy w kibieni maciery z takimi popierdułkami!

Czerwony na pysku sołtys Szuwaśko ciepnął na deski tekst, wzuł gumiaki i koślawo zeskiknął ze sceny. Zdezorientowana Pałąkowa pozostała na swoim miejscu ze splątanymi nogami, gotowa zakończyć pląs finałowym pocałunkiem. Zastygła z dziubkiem ułożonym z ust i łypała dookoła oczami.

Czy ja mam trzymać? wychylił się zza kaskad udrapowanej materii Radziulis Czesław. Trzymał dzielnie posterunek za kurtyną. Dzierżył linę z figurką anioła, która miała w finale spłynąć na kochanków.

Nie, już nie trzeba krzyknął robiący za rezyszera kościelny Koszelewski, pędząc udobruchiwać amanta. Tylko ostro...

Łups!

...żnie kościelny obrócił się i popatrzył na resztki gipsowej figurki ścielące się po całej scenie jak zaspy na koszelewskiej szutrówce zimową porą zanim przejdą pługi.

Ojojoj zatroskał się linowy, klękając nad kupą gipsowego gruzu. Czekajcie, klej gdzieś, zdaje się, miałem.

Czort bierz kościelny zrezygnował z roztrząsania profesjonalizmu Radziulisa, uznając bunt aktorski za ważniejszy. Janiołka zastąpi się Bazylukiem Władysławem. Aby tylko liny wytrzymały. Grzegorzu, a co dla ciebie nie pasuje, a?

Toż gdzie rozum żeb chłop dla baby był jak traktor! grzmiał sołtys, łupiąc się w czoło wielkimi łapskami aż mu zsunęła się czapka z kozyrkiem. Żyłka na szyi dla niego wyszła i o, tak o, pyłgała. Szuwaśko z uniesionymi rękami wyglądał jeszcze komiczniej, gdyż krew, która napłynęła mu do twarzy sprawiła, że wyglądał na bardziej napuchniętego. A dodatkowo Pałąkową całować dla mnie tam na tej bumadze napisali. A dla mnie życie miłe jeszcze! Przynajmniej do końca kadencji!

No właśnie mruknął stojący w cieniu stary Pałąk, wyraźnie zadowolony z rozwoju wypadków. Schował głębiej za pazuchą sztachetkę z płotu i zaczął wydłubywać brud zza paznokci.

Ale Grzegorzu kochany, toż to tylko gra aktorska jest! To całowanie to nie jest jak w życiu normalnie! zapewniał rezyszer.

Nie jest? zaciekawił się życzliwie Pałąk i dla pewności sięgnął ręką w kierunku sztachetki.

A co więcej, Ursus to postać mityczna. No, może nie mityczna, ale u tego, jak mu tam, Sienkiewicza, za bohatera nieustraszonego we w „Kfowadis robił!

Traktor? Radziulis przestał dopasowywać nos aniołka do policzka.

Sam jesteś traktor! Ursus przecie! Wrrróćć! Ursus to bohater literacki był, a od jego imienia wziął się traktorek, że niby mocny taki.

To tak jak z napoleonką Pałąkowa rozmasowywała zdrętwiałe od czekania na finał usta. Słyszała ja, zdaje się Krzeszczot Jadwiga dla mnie mówiła, że taki jeden konusek nazwał się Napolion, ponieważ  słodycze lubiał.

Kościelny Koszelewski wzniósł oczy pod sufit remizy i opuścił w rezygnacji ramiona.

To może i z sołtysem naszym tak było uradował się stary Pałąk. Toż przecie nasza Natalka bardzo ogląda taką jedną bajeczkę! „Wodnik Szuwaśko się nazywa.

Dam ja ci zaraz wodnika, ochłaptusie jeden, ty! Jak cię spiorę, to cię własne kurki nie rozpoznają!

Spokój ma mnie być! rozdarł się kościelny. Już wy o litraturze i o filmografii nie rozprawiajcie lepiej, gdyż to jest jakby chmura gradowa poloneza tańczyła.

Radziulis właśnie miał dodać coś w temacie dwóch cylindrów polskiej motoryzacji, ale napotkał wlepiony w siebie niewybredny wzrok Koszelewskiego.

Ty mnie, kochanieńki, nie bałakaj, gdyż ja za żadnych Ursusów robił nie będę. I Pałąkowej odbierać względów starego Pałąka takoż nie zamiaruję! zaperzał się Szuwaśko.

Zlitujcie się nade mną, sąsiedzi moje kochani! zaszlochał rezyszer. Andrzejki za pasem, dla wójta premierę obiecaliśmy ażeby udobruchać jego za te napisy obraźliwe, co my dla niego na urzędzie wymalowaliśmy po dożynkach!

Oj, byli wtenczas dożynki, hoho! zamyślił się Radziulis.

A niechaj mnie do ciurmy wsadzą, a pośmiewiska z siebie robić nie będę. Urzędową osobą jestem wszak. Może zainsc... nu, zapodać dla niego cuś inne?

Niby co?

Może jasełka? Pałąk podniósł rękę do góry, a sztachetka pizgła o glebę.

Durnowaty ty! Jasełka w andrzejki?! Moglibyśmy niby przenieść premierę na po Świętach, ale sami wiecie lepiej ode mnie, że jak tylko w Wigilię pasterka się skończy, to do samej Środy Popielcowej nikogo trzeźwego w całej wiosce nie uświadczysz! To by dopiero jasełka byli, nie ma co!

Ja od swojego nie odstąpię  wychrzęścił sołtys Szuwaśko siadając na odwróconej skrzynce po winie „Luz w pekaesie”.

I wtedy to, jak dla mnie potem opowiadali, wszedłem do remizy ja.

A właściwie wtelepałem się, bo targałem nie za mały gąsiorek maciaszczykowej morelówki z arcydzięglem. Szedłem jak raz do chałupy, a że w remizie paliło się, to umyśliłem zaglądnąć, czy może potańcówka z mordobiciem się nie szykuje.

Łany rozmarynu rozścieliły się wkrótce szeroko i głęboko. Rozwijał się on bujnie w miarę jak pieśń z naszych gardeł dobywała się coraz gromsza. Jakoś po północku Maciaszczyk przyjechał dwukółką z nowym  gąsiorkiem, więc obrady toczyły się gładko. Nu, dramatycznej premiery być to nie będzie, ale za to umyśliliśmy w ramach rekompensaty dla wójta namalować na urzędzie janiołka i Ursusa. Znaczy się traktor.

———————————
* Wykorzystano fragmenty sztuki Eleonory Papłuki „Kasztany i żuki”, wyd. Kaziuki