wtorek, 8 września 2015

Policzki wołowe

Zacznę po szkolnemu: Z każdym mięsem jest tak, że każden jeden woli inną część. Weźmy na ten przykład wołowinę. Sołtys Szuwaśko najwięcej uważa skórę, najlepiej nie do końca opaloną, upieczoną na koksie. Radziulis Czesław z kolei lubi steka z podgardla, ale wkłada go do parnika razem z resztkami dla świnek, i potem napawa się. O starym Pałąku nie wypowiadam się, gdyż dla niego nawet ligawa przypomina sikorki.

Ja takoż konesrem nie jestem, gdyż albowiem ulubiłem sobie wołowe policzki, a nie rozbef, antrykota czy inną ligawę albo dolną łatę.

Można już w sklepach kupić dobrej jakości steki, że nie wspomnę o Sztuce Mięsa, w której to mojej ulubionej restauracji można zaordynować sobie steka 60-dniowego! Jadłem ja na warsztatach stekowych 24-dniowego i dostałem prawie że orgazmu kulinarnego, ale ukrywałem emocje i nikt nie zauważył, że mi ślina cieknie po brodzie i mam rozbiegane oczy, gdyż wszyscy gapili się na moje gumofilcy, albowiem prosto od kurek ja tam pojechałem.

Ale steki stekami. Nie masz nad policzki delikatniejszego i smaczniejszego mięsa z krowy. Chyba że ogon. A jeszcze jak zaprzyjaźniony rzeźnik, Gwizdałczyk Euzebiusz, zadzwoni, że panie Antoni, mam coś dla pana, to ja w te pędy gnam do Białegostoku, nawet pośpiesznym pekaesem, gdyż nie dbam wtenczas o mamonę. Ostatnio zadzwonił.

Wiecie, policzki najczęściej ważą po 40-60 dkg sztuka, i one też wyborne są. Kiedy niedawno Gwizdałczyk dał znać, że nie oddał restauratorom, tylko zostawił mi takie dwudziestodekagramowe, to wsiadłem ja na pożyczony od sołtysa traktorek i pojechałem.

Cielęcinka prawie! Błyszczące, z długimi, grubymi włóknami przetkanymi cieniusieńką warstewką tłuszczu, który po obgotowaniu zamienia się w galaretkę eksplodującą w ustach po rozgryzieniu... Soczyste, przesiąknięte aromatem wina i rozmarynu... Posłuchajcie, tylko uwaga: to nie będzie jakiś nadzwyczajny przepis. Normalka. Z takim mięsem się nie wydziwia.



Składniki:
1 kg policzków wołowych,
2 marchewki,

2 cebule,
2 łyżki klarowanego masła (no dobra, trzy) albo innego znakomitego tłuszczu,
butelka czerwonego wina, ale przynajmniej przyzwoitego,

kwaśne jabłko albo kwaśna pomarańcza,
dwie łyżki miodu,
odrobina octu balsamicznego nie zawadzi,
gałązki rozmarynu.


Takich małych policzków to w ogóle nie trzeba kroić, albo co najwyżej na połowę. Opłukujemy, osuszamy i dajemy na rozgrzany tłuszcz, dokładając kilka gałązek rozmarynu. Lubię policzki na maśle klarowanym. Po krótkim obsmażeniu przekładamy kolejne porcje do garnka z odrobiną gotującej się wody żeby nie przywierały.

Na smak po mięsie wlewamy szklankę wina, a kiedy przysmażone resztki połączą się z płynem i całość prawie odparuje, co Francuzi nazywają deglasowaniem, a moja babcia wyjęciem smaku, wrzucamy marchewkę, cebulę i podsmażamy w tym winie aż zbrązowieją brzegi - cały czas hajcując, gdyż zajmujemy się smażeniem, a nie blanszowaniem na maśle.

Zawartość patelni do garnka, wino (cała butelka, nie podpijać mi tam!), maluśki ogień, 2-2,5 godziny pod przykryciem, i to już prawie wszystko.

Prawie, bo trzeba jeszcze zrobić sos.

Można to zrobić na dwa sposoby: odparowując na modłę francuską do połowy płyn (wpierw wyjmujemy wszystkie części stałe!) i dodając zmrożone masło aby zrobiła się emulsja, albo odparowując aż sos nabierze koloru i konsystencji stopionej czekolady.

Ja wybieram drugą opcję, gdyż albowiem wino z masłem i smakiem, kiedy odparuje, staje się obezwładniająco aromatyczne.

Po odparowaniu, które może trwać i godzinę (w tym czasie trzymamy mięso w cieple), dodajemy soli, pieprzu, łyżkę miodu. Wkładamy z powrotem mięso, i wuala: miękkie, soczyste mięso spowite w gęsty, winny sos, aż się prosi o delektację.

Ja już do tego nie daję żadnej surówki ani sałaty. Szkoda psuć smak. Pęczak żytni albo jęczmienny doskonale uzupełni to cudo.

No i tyle do opowiadania, reszta jest rozkoszą.

A na przyszły tydzień mój rzeźnik obiecał wystarać się o policzki wieprzowe. Na tym też może być niekiepskie używanie. Śpijcie dobrze, sowizdrzałki wrzosowe!

sobota, 15 sierpnia 2015

brytus.pl

Przyszedł do klubokawiarni stary Pałąk, ale odmówił siadać. Pośmieliśmy się w kułak, bo Pałąk to on, wiecie, taki trochę średnio w otaczającym świecie zorientowany jest, choć jenoty z procy ubija bezbłędnie.

Kiedy my jego wypytaliśmy, wyszło, że od bab na targu usłyszał on, że teraz modnie jest posiedzieć na pundelku, to chciał sprawdzić, jak to jest. Akurat Pyrkuć Petronela z pieskiem pekaesem jechała, to Pałąk przysiadł na nim aby światowego życia zaznać i teraz doktor Wądołowski zalecił jemu, aby przez dwie niedziele unikał siadania, aby mu się opatrunek nie zmykał.

Dodatkowo Pyrkuć Petronela na niego wyrzeka, ponieważ jej Brytusowi na miesiąc założyli taki specjalny kołnierz, gdyż silnie dla niego w szyi chrupało. Stary Pałąk to nie jest jakiś brutal - gdyby Brytus nie wyrywał się, to by bez większego szwanku wyszedł! Ale się wyrywał, a Pałąk miał parcie na światowe życie – ot i cała kałabania.

Tylko żebyście nie pomyśleli, że my z bólu naszego kompana naigrawaliśmy się, że jego dupa boli! Nic z tych rzeczy! Nas rozbawiło, że stary Pałąk na pundelku posiedzieć zamiarował, a Brytus Pyrkuciowej to jamnik! 

Sołtys Szuwaśko w każdym razie czeka, aż Brytusowi skończy się kwarantanna, co ją dla niego zasądzili dla stwierdzenia, czy aby nie wściekły, i zamiaruje sprawdzić, czy na jamniczku tak samo fajnie posiedzieć, jak na pundelku.

Biedny Brytus, żeby tylko nie wyrywał się, gdyż sołtys nasz w wyższej wadze chodzi!


PS. Wpis na wyraźne żądanie Komarki, która za pundelkami przepada, a w każdym razie zadeklarowała to w komentarzu o tutaj o ło..

Jeśli i wy chcecie poczytać wpisa o czymkolwiek, choćby o kolorowych serwantkach, przysiaszczych strugoplinach albo o strzymieniu graplonga, naginajcie z nie za małym gąsiorkiem do mnie do chałupy (za gieesem trzecia chałupa na lewo jadący od Przyźmiejek, z kogutkiem na strzesze). Tylko pukajcie nogą i odstąpcie trzy kroki, a nie stójcie jak jakie kołowate pode drzwiami, gdyż u mnie chałupa na gumno roztwiera się! Raz, że ubić mogę jak z rozmachem roztworzę, a dwa, że nie mam psa, co by nagawki wygryzł i ja bym wiedział, że goście idą, a nawet rozpoznałbym po wrzasku, kto.

Kiedyś raz jeden taki ze samego Białegostoku przyjechał ażeby jemu dopomóc roztrząść kwestię strun hiperprzessennych we Wszechświecie, ale stał trzy dni i nie zapukał albo ja nie słyszałem, gdyż akurat odpoczywałem po sukcesie, co ja jego doznałem w piciu barbeluchy na czas podczas Zimowej Spartakiady Samogonkowej. Oj, wystał się on! Jak ja wstałem i wyjrzałem na przestwór, to tak wystały on był, że z jego nosa brałem lód do tej amerykańskiej samogonki, co jej miał pitnaście butelek!

Fakt faktem, nie za dobre to było, źle przepędzoną cukrówą waliło, nawet na zimno. „Fifty years old”, może słyszeliście o tych podróbach Maciaszczykowej przepalanki. Nu, ale jak trzy dni ten okularnik stał, to ja jemu o strunowo-supełkowej strukturze Wszechświata opowiedziałem ażeby na darmo nie jechał z butelkowanym obciążeniem. Nie wiem, czy zapamiętał, gdyż grzał wszystkie części ciała przy piecu (niektóre wykładając na reling) i zajadał się czosnkowo-tymiankową słoniną, a czasem odskakiwał jak się dla niego co przypiekło.

Że mógł nie zakorbić, to musowo, albowiem kiedy się te naukowce wgłębią w memłony, kaprony, plarki i gryptony, to zawsze tracą orientację. Jednakowoż po mojej prelekcji wypił duszkiem pół tej swojej cukrówki i z okrzykiem „nauko, nigdy więcej cię nie zdradzę!” wybiegł z chałupy. Znakiem mówiąc, może i co zrozumiał...

Ale wróćmy do tematu PeeSa. No więc gdybyście chcieli o czymś poczytać, albo czego dowiedzieć się, to koniecznie pukajcie, a potem zróbcie trzy kroki wstecz.

A na jamniku Pyrkuciowej nie przesiadujcie, gdyż nerwowy.

piątek, 7 sierpnia 2015

O dżogingowaniu, kalisonach i gumiakach sportowych

Kontynuując onegdejszą relację, aby obświadomić was, że u nas w Koszelewie wszystko na swoich dobrych torach jest, a tylko ja obowiązków kronikarskich zaniedbałem, opowiem ja dla was, jak u nas życie toczy się. To będzie szło tak, tylko się skupcie, moje świdrygałki podniebne.

Tak po prawdzie, to ja nie tylko guzików nie obrębiam, ale taki więcej energiczny zrobiłem się. Zacząłem nawet dżogingiować się, wzorowawszy się na letnikach, co to jak tylko na wywczas przyjadą, okularki prostokątne dla fasonu zakładają, gietry i frotowe opaski na czoło nakładają, a także fikuśne spodenki z krokodylem, i popindalają jak kurki u Pałąków na gumnie. No więc ja też światowy jestem. Płuca się wypluwa, wraca do chałupy na czworaka, no i fajnie, tylko Bura Baciuka spokoju nie daje – z łańcucha urywa się i życiowe rekordy bić mnie pomaga. Schytrzyłem się jednakowoż i w kalisony dżogingowe wkładam pokrywki od garków dla ochrony neuralgicznych części fizjognomii, a w nagawki utykam stare gazety i drewka na rozpałkę. Teraz Bura może mi naskoczyć, co zresztą ze skwapliwością czyni.

Kalisony dżogingowe sołtys mnie podarował. Fajne, barchanowe, od Sowietów szmuglowane w stanie wojennym. Na niego za małe, a na mnie, po związaniu pod pachami sznurkiem do snopowiązałki, jak ulał, już i koszuliny po dziadźku nie potrzeba. Tylko ramiona gołe, to je łopianem przykrywam aby od słońca nie zjarać się. Pałąkowa mówi, że ślicznie mięsień czworogłowy dla mnie uwidacznia się w tych kalisonach, ale co ona ma na myśli, to nie wiem. Raczej nie o bandziuk jej idzie, bo on jednorodny i ślicznie zaokrąglony jest, a nie w czteruch częściach. Może dla niej rozchodzi się, że ja piersióweczki litrowe z samogonem za ten sznurek pod brodą zatykam aby nie odwadniać się zanadto, i one tak jej uwagę przykuwają? Ooo, Pałąkowa cwana gapa jest; niby alkoholizować się nie alkoholizuje i staremu swojemu nie daje, ale jak co do czego przyjdzie, zanim się człowiek obejrzy, pół gąsiorka wytrąbione!

Ślizgi w nich materiał, w kalisonach znaczy się, bez co, jak mnie Szuwaśko obświadomił, odpływowy kształt mają i oporu dla powietrza nie stawiają. „Prafiessjanalnaja sportiwnaja alimpijskaja adzieżda 1980” na metce stoi jak wół. Co się tłumaczy, jakby kto po rusku nie dawał rady, że to barchany najwyższej klasy światowej są. 

Ale kalisony kalisonami, gorzej z obuwiem. Czort podkusił, że do rekreacji kupiłem najnowszy model gumofilców, wersja sportowa, Young Fircyk z wyłogami Pro. Znaczy że kupiłem, to nawet dobrze, ale że jak zawsze o trzy numery za duże, to już nie bardzawo. Normalnie za duże się kupuje, bo to drugie onuce zimą się nawinie, gazetą wypcha aby nie gwiździło, albo i gąsiorek nie za wielki za cholewkę się zatknie; tyle że do dżogingowania to niezanadto końfortowe jest. Ciężko biega się, gdyż zlatają. 

Próbowałem kroku łyżwowego, takiego, rozumiecie, bez odrywania nóg od podłoża, ale nasza szutrówka kurzy niemiłosiernie i sąsiedzi wyrzekali, a poza tym trzeba więcej ręcami machać, a wtedy łopian spada. Jednakowoż nie od parady ja tytuł Najtęższego Łba powiatu gliniewickiego zdobyłem podczas Dorocznych Zawodów Trąbienia Barbeluchy Duszkiem dwa lata temu nazad, co to ja po nich trzy dni tyłem naprzód przemieszczałem się, żebym nie sprostał wyzwaniu! Poutykałem w cholewkach drewka smolne, co je miałem na podpałkę, dobawiłem trochę silikonu, i już nie zlatają. Nie zlatają tak bardzo, że musiałem podstawić za łóżkiem zydelek i na nim opieram nogi jak się kładnę spać, aby kapy z leleniami na leleniowisku nie kalać. Nawet wygodne to, bo jak zrania się do obrządku idzie, to buty już odziane. Tylko swędzi jak czort odkąd nie pocelowałem, nawóz kurzęcy ślauchem rozpryskując na pólku. No i wania nie za ładnie, nie wspomniawszy, że do kościoła brzydziej ubrany chodzę. Kościołowe gumiaki, te zielone w różowne żabki, za którymi tak przepada Bimbadło Ludmiła, nie dają się nałożyć na wierzch, więc chodzę w tych sportowych.

W sumie, letnicze dżogingowanie wychodzi na dobre, bo jak sołtys zoczył, że one tak napaździerzają po naszej szutrówce, to znalazł dla nich zajęcie. Prędziutko uchwalił sołecką uchwałę, że nie można biegać w te i nazad bezproduktywnie, znakiem mówiąc, że jak który chce ponaginać jakby jego sraczka pod Pajacem Kultury dopadła, to niechaj sobie biega, ale niechajże przebiegów pustych nie robi. No to one teraz naginają z pustymi plecakami do Maciaszczyka, a potem, już z obciążeniem gąsiorkowanym, jakby na Czomolumgmę wdrapywali się, do sołtysa. Jeden letnik podobnież we w Strit Łorsoł Maraton pobiegł potem i nawet prawie dobiegł, tyle że pięć kilometrów przed metą zabrakło mu tego gąsiorka na grzbiecie i czuł się nieswojo. Zboczył na Powiśle po towar i słuch o nim zaginął.

Nie powiem, sołtys ich rozlicza, więc opóźnień nie ma i nie ma, że który poleci na Trupi Wygon czy na Słodkie Błota, że potem tylko te okularki walają się na skraju bagna. Szuwaśko im trasę wytycza metodą giepeesową. Kiedyś, jak one biegały samopas, to można było poznać, gdzie bagno zaczyna się, bo te okularki letkie, plajstikowe, bagno nie wchłonie.

Powiem ja dla was na zwanym marginesie, że tych letniczych okularków z rowu na skraju Trupiego Wygonu i dalej przez Czarci Ols po Ruską Topiel, to nawet Kubelik Włodzimierz nie bierze, choć porcelanowymi łabądkami handluje, a ponadto liderem diskopolowej kapeli jest, która zdobyła laur „Najbadziewniejszy Zespół Wszechczasów” w plebiscycie Gliniewickich Nowości, i z niejednego bagna on swoją sławę i bogactwo, że tak powiem, czerpie. Nie sprzedają się, i nie dlatego, że waniają. U nas ludzie nie obświadomione, nie idą z duchem czasu – przez okularki ma być widać, a gumofilce mają nie przeciekać.

To teraz rozumiecie, jak mniemam, że kiedy ja zobaczyłem tych, co dla zdrowia popindalają w te i nazad i orenżadę dla sołtysa donaszają, to zapał u mnie wzrósł. Bo one po dwóch tygodniach noszenia w plecaku czterdziestolitrowych gąsiorków takich mułów nabywały, że aż miło było popatrzeć, jak się przy wyjeździe czołgały do swoich samochodów. Chciałem i ja, tyle że bez czołgania do samochodu, gdyż zaposiadywam jedynie traktorek, a i to niezbyt sprawny.

No i dobra. Wójt zadowolniony, bo letników przybywa; sołtys zadowolniony, bo sam po gąsiorki chadzać nie musi, a i ksiądz proboszcz cieszy się, że się kultura fizyczna w parafii rozszerza. Dobrze, że nie wie on, że zawsze na koniec treningu nie omieszkam zajrzeć do Maciaszczyka, czy nie ma jakiego napoju izotonicznego celem uzupełnienia mojego mięśnia czworogłowego. Zazwyczaj ma.

O, i tak to jest. Nihil, że tak powiem, nowi. To tego, pójdę ja chyba, obstukam gumiaki, aby do alkierza błota nie nanieść. Jutro opowiem wam, jak z litra wody i pierza z poduchy zrobić trzy litry przedniej barbeluchy. Do uwidzenia się z nimi aczkolwiek.

PS. Macie jakiś rozpuszczalnik do silikonu?