środa, 13 października 2010

Zachód słońca nad Serwami

















No tak, jesień mamy, nie? Aj tam, zima tu już! Kiedy w słońcu 3 stopnie, to co to jest? Toć nie szachy! Szron za chałupą leży, aż go aby słonko swoim ciepłem było zdjęło.

Na tę przedzimną okoliczność mam ja dla was, zimnołuszki moje miodne, takie oto diktum: a srać na mrozy! Wracam do lata. Do Suchej Rzeczki, do śledzenia lotu motyla na tle ciemnych słupowych augustowskich sosen, do liczenia zmarszczek na Studzienicznym. Do obierania z mięsa świeżo uwędzonych, jeszcze ciepłych sielawek z Płaskiej, jagodzianek od baby (że i Kuroń by takich nie upiekł), indyka z bazylią duszonego nad ogniskiem w starodawnej menażce, zapachu lasu, wody, do beztroskiego przekomarzania się z biedronką na leśnej drodze.

Piszę to, bo się rozwojażyłem, ale też dlatego, że pewnie teraz, kiedy czytacie te literki, siedzę radośnie na brzegu Wigier, przycupuję na pomoście nad Serwami, albo też wypatruję uklejek w Czarnej Hańczy nieopodal Głębokiego Brodu. Suwalszczyzna, Augustowszczyzna, jesień... I jak tu się nie uromantyczniać? Popatrzcie sami, jak było w lipcu.



















Serwy. Ale nie żeby rakietką napaździerzać! Jezioro takie.















 

Jagodzianki. Mistrzostwo świata. Może i blade, ale genialne. Delikatne, leciutkie, pachnące latem. A z mlekiem!


















Stół. Biwakowy stół, bo na przaśnym domowym ceraty nima. I plastiki rodowe tu są! Nu, po prawdzie, w chałupie też się ostali, ale zielone.
















Patrzajcie, jak bazylia się w słonku mizia! I rodowe blachi się pysznią.

















Indyk z oliwą na razie...

















 ... a tu z kartochlami, bazylią, czosneczkiem i smakiem. Obiadek gotowy, ale fota nie wyszła.


















Nikt się nie spodziewa grylowanego szaszłyka! Aha!

















Zwłaszcza nadzianego na noża. Nazajutrz, w pyle wczorajszego żaru.



















Kartochelek. Może i Maciaszczyk robi z niego lepsiejszy użytek, ale co tam! Brokuły sprzedałem, stać mię! Jeszcze tylko mokra sólka z morza.
















 



Niewinna ćma się nocą winie,
plącze się, smuży aż do rana, 

kiedy z promieniem światła zginie
olśnieniem blasku omotana.


To jeszcze na koniec: ażeby wspominkom było dalej do końca, wierszyk Kadłubika Anatola „Pójdźmy, bracia, na jabola” z tomu „Nie powiem nikomu”. Nu, z Bogiem. Idę, bo pole leży odłogiem. I niech mi będzie wybaczona nieudolna próba naśladowania Mistrza, ale to wszystko przez te Serwy!

Znów wędrujemy lasu skrajem,
w jeziora lustrze wzrok topimy.
Wplątani w płochych myśli gaje
nie doroślejąc, wciąż marzymy.

Jagodowiska słońce głaszcze
koronką, cieniem i cierniami.
Chmur stalaktyty kryją płaszczem
niebiosa popod niebiosami.

Burozielona sosen grzywa
zacisza mgły próbuje ukraść:
oddala się, to znów napływa
pieśnią poczętą w zgasłych ustach.

Wiatrem pieszczone leśne nisze
bliźnią się w gęstwy i rozstaje.
Brodząc w igliwiu, rwiemy ciszę.
Znów wędrujemy lasu skrajem.

Piernaszak Wincenty „Olaboga, moja noga”, wyd. Bzdety z Krety 2009

9 komentarzy:

  1. Witaj ! Dobrze się odzywasz cały i zdrów, bo już się bałem żeś zaniemógł np po Maciaszczykowym jakimś wyrobie... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pod jagodzianki krupnik jest bardz podchodzący, sie wi, a i piwko do przepicia tego bimberku z plastikowego kasterka w tle tyż jest podchodzące!
    Całuski - Mamcia

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie zaniemogłem, Gutku, jeno mię wena wzięła i odeszła. A wracaj mi tu zaraz, weno jedna! :D

    NA biwaku wszystko podchodzi, Mamamarzyniu, nawet kalwados do pączka. Nie ma co marudzić, się je, co natura da albo baba przytaska :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj, lato... Jak ja za nim tęsknię...

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja myslalam, ze mnie sie to wszystko sni Tosku, a snilo mi sie ze opublikowales ten wiersz :)

    Pozdrowienia sle w dal, nad Serwy i Cz. Hancze...

    OdpowiedzUsuń
  6. Znam to... francowata ta wena okropnie! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. W końcu, żeś się odezwał Antoni.
    A ja właśnie dzisiaj sobie kupiłem Łomżę i będę ją testował. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak się nam pięknie uromantyczniłeś Drogi Tośku :-)

    i ach, nad wszystko świeże jagodzianki :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Grażynko, a tu zima za pasem. Dziś był taki szron, że z traktorka łopatą skrobałem.

    Buruuś, to się nazywa pryknogincja :)

    Żebyś wiedział, Gutku! Francowata, psia jej mać!

    Ojcze Dyrektorze, mam nadzieję, że smakowała. Dla mnie jest członkiem piwnej trójki: Kasztelan niepasteryzowany, Łomża, Ciechan. Widziałem ostatnio reklamę: Łomża mocna niepasteryzowana. Mus pokosztować.

    Nooo, Przemijanie, się :) Chociaż jak kiedyś, usiłując wkupić się we względy i pomiętosić nieco, powiedziałem dla Płócienniczak Amelii, że romantyczny jestem, to dostałem torebką bez łeb i z miziania były nici. Wiszczała, że niby co ja wygaduję, że oszust jestem, i że powinienem się zdecydować, czy ja Antoni Czyprak się nazywam, czy Roman Tyczny :D

    OdpowiedzUsuń