Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryż. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 stycznia 2011

Puchata zapiekanka z jabłkami

















No już dobrze, dobrze. Ja wiem, tort ma mieć mnóstwo kalorii, masła, śmietany, kremów i polew. Ale czego się tak wnerwiać? Sołtys pod gieesem powiedział dzisiaj, że jak ja takie torty robię, to on mnie znać nie chce, bo nazywanie tego czegoś tortem jest jak nazwanie kawałka soi kotletem schabowym. Ale przebłagać się dał i zapiekankę z jabłkami zjadł, pomrukując. Olaboga, co to będzie jak on się dowie, że tam ani grama tłuszczu nie było! Na bunicję mnie wyprawi, inaczej nie widzę.

Zostało mi z wczoraj trochę makaronu ryżowego (to znaczy makaronu w kształcie ryżu, a nie z ryżu) i zastanawiałem się, co z nim zrobić. Puszysta zapiekanka jabłkowa to było to, na co miałem ochotę, nie wspominając o możliwości udobruchania naszego sołtysa, który jak się zaweźnie, to nie popuści. Dotacje unijne na trzymanie pola odłogiem wiadomo kto przydziela, co nie? Pomysł podkradłem ze znienacka Ewce Noblevce. Nie sądziłem, że piana z białek ma taką moc. No, ale ze słodkości to najlepiej mi wychodzi golonka, więc mogłem nie wiedzieć. Posłuchajcie.

Składniki:
 15 dkg ryżu ugotowanego na mleku albo drobnego makaronu,
 2 jajka,
 3 jabłka,
 sól, cukier, cymamon.

Jabłka obieramy, kroimy w cienkie plasterki. Do ryżu dodajemy żółtka, trochę soli, cukru (ja dałem brązowy), mieszamy. Ubijamy pianę z białek, dodajemy do ryżu i delikatnie mieszamy. Powstanie puszysta masa.

W naczyniu żaroodpornym posmarowanym tłuszczem układamy warstwę jabłek, posypujemy cukrem, cymamonem i solą (słodycze lubią sól). Jeśli jabłka bardzo słodkie, można pokropić sokiem z cytryny. Na to kładziemy 1/3 masy, znowu przykrywamy jabłkami, solimy, cukrzymy, cymamonujemy, znowuż ryż, i tak dalej. Ostatnią warstwą są jabłka, które także posypujemy pysznościami. Można oczywiście położyć na wierzch kawałek masła, wtedy karmel będzie ładniejszy.

Zapiekankę wkładamy do piekarnika z nastawionym termoobiegiem i podziwiamy, jak pięknie brązowi się powierzchnia. A potem, wiadomo: kosztowanie. Mówię wam, jeszcze nie jadłem tak puszystej zapiekanki z jabłkami. Na zdjęciu wygląda na suchą, w rzeczywistości jest niezwykle soczysta i delikatna. Hej, widelce w dłoń! Resztki zapiekanki goń, goń, goń! Łajdaczka, kończy się szybko.

wtorek, 28 września 2010

Ryżotto z łosia. Powiedzmy to głośno: gwiazdozbiór misia Lę jest nasz!

















Był tu ostatnio jakiś przepis? A, może i nie było. No to pięknie, brakowało jeszcze żeby mnie z Durszlaków i Mikserów relegowali za niemanie papu. Albo z Gildii Szamających Inaczej, do której należę ponieważ oferowali bony na bezpłatne rodzynki ze śliwek jak się kupi serwetki z ceraty. Zamiast więc — jak to zwykle bywa — jeść ser ze słoniną (bo sołtys Szuwaśko często u mnie bywa), dziś zrobiłem uklejki z klajstrowatym ryżem w torebkach. Posłuchacie jak to się robi, czy mam zakolebać baniakiem?


Składniki:
30 dkg uklejek z rzeczki, ale tych ciemniejszych,
1 szklanka ryżu z gieesu (nie mylić z kaszą perłową ani z pasztetową),
2 garści natki pietruchy i koperku,
1 garść suszonych pomidorów z zalewy,
ciutka szafranu, czyli po naszemu kurkumy,
2/3 szklanki dobrego taniego wina marki „Ochrona przed kacem” lub podobnego białego owocowego, niezbyt kwaśnego,
0,7 l bulionu,
3 łyżki masła,
2 łyżki starkowanego sera, ale raczej nie twarogu,
3 ząbki czosnku,
sól, pieprz, kombinerki.

Uklejki, dalej zwane łosiem, pozbawiamy płetw, skrapiamy płynnym lodem z niedomkniętego zamrażarnika, ościujemy pod mikroskopem i nadal uskuteczniając kuchnię morenkurarną, przy pomocy natki marchewki, dwóch liści klonu japońskiego, łupin cybuli zmiksowanych w reaktorze bozonowym, trzyamonu potasowego rozgrzanego glinianem cynku w kolbie z wichajstrem (tej, która wygląda jak przegubowy helikopter, bo ta druga, jakby gruszka po ospie, to do osmozy krzemowej jest), formujemy coś, co wygląda jak... te... no... jak coś komuś nie ułoży się po biesiadzie, wiecie. Układamy to w kształt raczkującego albatrosa, zużywając dużo probówek i pęcet oraz wykonując gesty prześcigitadorskie i robiąc tajemnicze miny, jakbyśmy próbowali wmówić inkasentowi, że ta gazeta to właściwie jest opłacony tydzień temu rachunek za prąd. O, i kuchnię morenkurarną mamy opanowaną. Tylko pamiętajcie żeby porcje miały nie więcej niż 15 gram, gdyż w przeciwnym przypadku będzie to zwykła breja.

Pierwsza gwiazdka chińskiego misia Lę jest nasza. Drugą i trzecią dostaniemy za podtrzymanie absurdu, ale łosia musimy zastąpić awokado ufajdanym sproszkowanym chloromiedzianem boru pod ciśnieniem.

To może póki jeszcze miś Lę nam w gary nie zagląda, zrobimy jedzenie do jedzenia, a nie podśmiechujkowe dekadenckie popierdułki dla zdegrengoladowanych snobów. Ale trzyamon potasowy zostawiamy! Posmarujemy nim Baciuka, będzie ładnie się świecił i pyłgał na Święta. Gdyby mu jeszcze petardę podłożyć, to będzie się też gibał.

Do rzeczy. No więc kiedy już te uklejki ułożymy w coś, co może przypominać łosia (albo przynajmniej zmiażdżonego bakłażana spadającego ze schodków przed klubokawiarnią po bójce), solimy go, opieprzamy, skrapiamy sokiem z cytryny i odstawiamy na chwilę ażeby przemyślał, co chce robić w życiu przez najbliższe sekundy, o ile będzie miał tak długą perspektywę. Rozumiecie, koty czujne bywają. Najwięcej gorące pytanie na tym etapie jest takie: co powie dochtor Kanciejuk Władysław z gminnego ośrodka zdrowia kiedy przeczyta, co ja tu wypisuję, a ja przyjdę do niego na cotygodniową przymusową kontrol. No, zdaje się dla mnie, pochwały to to nie będą.

Nadrabiamy, bo my tu gadu gadu, a kot rybę wcina: sofritto, tostatura, cottura, all’onda i mantecare (najlepiej na świecie prelekcjonuje to Arek), w międzyczasie posiekane pomidory, czosnek, pod koniec sporo pietruchy i koperku, a na koniec ser, masło i podgotowane na parze na różowo płatki bajecznego łososia. Tfu, uklejek. Przykrywamy przykrywką i pozwalamy tłuszczykom napawać danie (minut pińć).


Tu u mnie ryżotto wyszło dość zwarte, bo się śpieszyłem na spotkanie Klubu Kośców Trzciny Ręcznie i za szybko odparowałem, ale normalnie jak zajdziecie do baru Mleczak w Gliniewicach to dla was łychą wleją takie normalne, dwa dni gotowane i lejkie. Z gotowaną słoniną! No to smacznego.

PeeS. Gdyby ktoś się nie zorientował, była to próba zapodania przepisu na risotto z łososiem i suszonymi pomidorami, ale słowotok poooo-szedł w szkodę zanim jeszcze się zaczął. Ubolewam nad treścią tego wpisu, jednakowoż głupawka, która mię dopadła wczoraj, ani myśli odpuścić. Proszę o odrobinę współczucia. Wy możecie po prostu popukać się w czoło, ja muszę z tym żyć. Jeśli do jutra mi się polepszy, opowiem wam, jak z krochmalu zrobić uciechę uczestnikom balu. Do uwidzenia się z kochanieńkimi.

poniedziałek, 12 lipca 2010

Moje nie za wielkie greckie robaki

















Może nie zdegustowany, ale jednakowoż wszelako nieeuforyczny wobec płazich nóg, następnego dnia dla odreagowania i zresetowania smaku zrobiłem krewetki. Też niewyjściowe (gadajcie co chcecie, ale za ładnie to one nie wyglądają, doić się ich nie da, a na skupie trzody w Gliniewicach można dostać po ryju za podrzucanie świństwa do paszy dla żywiny), ale jakieś takie smaczne. 

Zazwyczaj robię je najprościej, po chińsku bez nic. Znaczy się takie do pogryzania jak ciasteczka z niespodziewajką ze samym sosem sojowym, imbirem, czosnkiem, cytryną i kolendrą oraz szczypiorem i ogóraskiem rzuconymi od niechcenia po misze, na co szczególnie wrażliwa bywa Grzybieńczyk Bronisława (ona lubi te władcze ruchy). Pamiętacie ją może, to ona za Gierka zapodawała w klubokawiarni desery Elmir z prawdziwą czekoladą. To znaczy z brązowym klajstrem, ale nazwa jest nazwa, a w tamtych czasach nazwa habilitowała każdego, nawet pierwszego, z przeproszeniem, sekretarza. I nie chodziło o pierwsze tłoczenie, niestety.

O czym to ja? A, o kolendrze. No więc krewetki zapiekane w sosie pomidorowym pod mozarellą z koperkiem i pietruszką  robi się tak:

Składniki:
30 krewetek,
1 cebula,
5 ząbków czosnku,
1 marchewka,
0,5 papryki czerwonej,
0,5 papryki zielonej,
1 puszka pomidorów,
białego wina ile nie będzie szkoda,
mozarella dla przykrycia i uwznioślenia,
pęczek albo i dwa natki pietruszki,
sól, pieprz , koperek, oregano czy co tam macie, byle nie gumoleum, bo w zęby włazi.

Cebulę, papryki i marchewkę kroimy w jolantę, czy tam żuliannę, w każdym bądź razie po naszemu to będzie że niezagrubo. Gdybyście dla koszelewiaków przepowiadali, powiedzcie "jak bądź", wtenczas pojmią. No i te jak bądź warzywka podsmażamy na oliwce. Nie powiem, dusi się, jakby samego Baciuka dorwało się, ale niezadługo, by dychał jeszcze. Wiadomo, świeża chrupka żywność — zdrowa żywność. Choć nie zawsze, wszak Kadłubiak Bolesław narzekał na chrzęszczenie karbidu w zębach. "Ekhhhheee, ekhheee", i tyle go było. Dwa zastępy straży pożarnej nie odratowały jego, a szkoda, ponieważ w kieszeniu litra miał.

Ale to nie wpis o litraturze, zatem lecim dalej. Kiedy warzywa się zaldentują, polewamy winem, wkładamy pociapane pomidory i odparowujemy, po czym dodajemy posiekany czosnek i pietruszkę. Oczywiście solimy, pieprzymy, dodajemy ziółka.

Krewetki przysmażamy na maśle i dodajemy do sosu. Wszystko przekładamy do naczynia żaroodpornego, przykrywamy plajstrami mozarelli i dajemy do pieca pod grill, przypiekając ser.

O, i to tyle. Lekko kwaskawe od wina i pomidorów krewetki. Aromatyczne. Dobre z ryżem. A, byłbym zapomniał: ten przepis ścignąłem z MniamMniama od Pulsacji.

PS. Tytuł miał być nawiązaniem do filmu „Moje wielkie greckie wesele”, ale mam dziwne wrażenie, że byłbym bardziej zadowolony gdyby mi wyszło lepiej. No ale z drugiej mańki, coś mi nie wyszło i niech się bufetowa Danuta uczy,  ponieważ koktajle czereśniowe w klubokawiarni zazwyczaj jej wychodzą. I to już przed południem.

środa, 16 września 2009

Ryż smażony z kurczakiem i warzywami, prawie po chińsku













Kilka dni temu nazad przyszedł był do mnie Garłuszko Kazimierz, wiecie, ten, co naprawia kultywatory. Przyszedł i mówi, że zgryza ma. Jak na polu robi, to głodny od południa orutnie. Kanapek leni się codziennie robić, a do klubokawiarni daleko. Zresztą, jakby on na obiad do klubokawiarni pojechał z pola, to sami rozumiecie, i kolacja by się z tego zrobiła, a i śniadanie może. Nu, dość tego, że chętnie on dla mnie przegląd kultywatora zrobi, ale żebym ja jemu takie jedzenie wymyślił, żeby on w niedzielę sobie uwarzył i potem po trochu przez cały tydzień na pole zabierał w charakterze podobiadku w puszce po oleju silnikowym. Stawiałby tę puszkę na silniku traktorka żeb się podgrzało się i o, jaka wyżerka. Co zrobisz, pomóc sąsiadowi obowiązkiem każdego jednego człowieka jest. Przypomniałem ja sobie jak kiedyś robiłem takie jedno danie, że ono na następne dni lepsze jeszcze było i można było odgrzewać i odgrzewać. Opowiem jeśli pozwolicie. Senkju.

Składniki:
1 szklanka ryżu,
1 pierś kurzęca,
20-30 dkg fasolki szparagowej,
1 cebula,
1 czerwona papryka,
2 garści czarnych oliwek,
3 ząbki czosnku,
pół pęczka pietruszki,
pęczek szczypiorku,
1/2 cytryny,
sos sojowy,
sól, pieprz.