Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fasola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fasola. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 grudnia 2010

KUK: Fasolówa bez fasoli




 











Drogie moje sąsiady, przyjaciele, i przyjezdne — póki co — jesienniki, choć już nabór na zimników brać należałoby, tak nasz zasypało na tej naszej podlaskiej bagiennej równinie. Powiem ja dla was, kochanieńkie wy moje koszelewiaki, że jak do mnie ktoś mówi, że nie je fasoli, bo rozdyma, zawsze odpowiadam: a cukierasków mniej jeść! Się nie poje, się nie rozbędzie. To mit, że kartochli rozbędują, czy też inne strączki. Dawniej po wioskach tak myśleli, no i w „Konopielce”, ma się rozumieć. Ale tam było o kartochlach, a nie o fasoli. Aha, to ja nie o tym.

Strączkowe warzywa, sami wiecie: mnóstwo witamin mają. B, C, G, Ź... Podobno, jak mówił dla mnie popod klubokawiarnią Czyprak Antoni, nawet U. A nie, czekajcie, wszak Czyprak to ja! Oj, to sam już nie wiem, jak z tą witaminą U jest, ponieważ w pobliżu klubokawiarni po litrze (a inaczej ja tam nie bywam), to ja jadę chińszczyzną, i to glifami, a w dodatku migowo. Żeby nie okazało się, że to S witamina jest, a nie U. Na wszelki słuczaj jeśli wy strony dietetyczne prowadzicie, wy mnie może nie cytujcie, co?

No ale do rzeczy, czyli do KUKa, znaczy się do Koszelewskiego Uniwersyteta Kuchennego, ale też do fasoli. Skoro wy, moje drogie koszelewiaki, takie wydelikacone zrobiliście się od wejścia do tej Unii, że nie chcecie jak nasz sołtys purkać kiedy popadnie, a już najmniej podczas wykształciuchowej sesji Gminnego Synpozja Atencji dla Gliniewickiej Kurturii i Sztukaterii, zróbcie se fasolówkę bez fasoli.

No co się dziwicie normalnie? Smakuje jak fasolówa. A że bez fasoli, to można rozpoznać że łupinek nima, a nie po smaku. Khem, po prawdzie, to robiwszy tę fasolową, nawet ja to, że o fasoli zabyłem, poznałem po tym, że łupinek nie było, a nie po purkaniu, czy też jego braku. Aha, to już wiecie, jak powstała ta zupa.

Tego, ten, a namoczone ziarenka moczyły się w sionce aż je ciutkę myszki napoczęły, bo one na surowo fasolę też uważają, tylko że wodę rozbryzgują. Jak się potem w ścianach to chrobotanie dobywa, to może one tam purkają, a nie chroboczą? Wiecie coś o tym?

Ot, wybrał se kulinarną tematykę, czort! A nawet, że się tak niewyjściowo wyrażę, semantykę!
  
Składniki:
 25 dkg boczku wędzonego,
 0,5 kg kości,
 1 duża marchew,
 1 pietruszka,
 nie za dużo selera,
 kawałek pora,
 1 duuża cebula,
 4 ząbki czosnku,
 ze 2 łyżki suszonego majranku,
 sól, pieprz.

Robimy bulion. Najlepiej oczywiście upiec najpierw kości na brązowiutko, a potem gotować je w wodzie i ziołach przez kilka godzin na minimalnym gazie. Jak nie ma czasu, a wiem, że w Koszelewie wszyscy się śpieszą się zawsze (chyba do Maciaszczyka), to w ostateczności można w garnek z zimną wodą wrzucić i pogotować. Tylko żeby na mnie nie było, że zabraniałem wpierwej wypiekać, bo to łgarstwo. Najlepszy bulionek z pieczonych kostek i warzyw, taki ciemnawy.

Boczek wysmażamy na patelni na skwareczki (ja miałem sporo skórki od boczku i zlanego onegdaj smalczyku, ale pewnie najlepsiejsze będą kawałki świeżo uwędzone), dodajemy do bulionu, osączywszy z tłuszczu. Wrzucamy też pora i majranek. Na boczkowym smalczyku smażymy na brązowo posiekaną cebulę. Może nawet gdzieniegdzie przypalony kawałek znaleźć się. Doda bigla. Generalnie: nie żadne zeszklone delikatesy, tylko cebula smażona że hej, że już sama na tym boczku smakuje jakby to była przyrumieniona świeżynka z cebulą.

Połowę cebuli dajemy do bulionu i gotujemy, resztę przekładamy do miseczki. Na tłuszczyku, który pozostał na patelni (zapomniałem powiedzieć: tego tłuszczyku nie wypijamy pod maciaszczykową smorodinówkę, tylko kitramy), no więc na resztce tłuszczyku podsmażamy na silnym już teraz gazie pokrojone w średnią kostkę pozostałe warzywa. Kiedy zaczną się ładnie rumienić, rzucamy do gara i gotujemy do bardzo miękkości.

Ostre krawędzie kawałków ziemniaków nie tyle stracą swoją ostrość, ile się wręcz wyoblą kiedy przyjdzie nam uznać, że są wystarczająco rozgotowane. Efekt: od cebuli i kartofelków mamy lekko gęstszą konsystencję i nie musimy używać mąki czy innych śmietan, które spłycają smak.

Kiedy wąchamy, zupa powinna silnie waniać fasolówą, czyli boczeczkiem i majrankiem, i być taka gęstawa. Jeśli tego nie robi, znaczy się za mało majranku, boczeczku albo kartochli. Na koniec przypieczona cebulka, posiekany czosneczek, chwilka gazowania, i do miseczek. Odczekać z minut pięć, bo to rozgrzewająca zupa, długo gorąca pozostaje!

O, i taki to przepis, z którym więcej pisania, niż robienia, przynajmniej w moim wydaniu. Zróbcie sobie, moje wy kochane sąsiedzi, zamiast raczyć się na okrągło słoniną i golonką po szwarcwaldzku albo latać do klubokawiarni podglądać wątpliwe, za to bujne wdzięki bufetowej Danuty i wpaździerzać placki ziemniaczane z proszku. Nu, da i budzie, napijmy się, albowiem gąsiorek roztwarłem.

wtorek, 19 października 2010

Żeberka wołowe z czerwoną fasolą chyba po meksykańsku jak gdyby

















No i znowu wyszło mi coś, co kwalifikuje się do cyklu „Smaczna kupa”. Nie żebym specjalnie tak zrobił, tak jakoś samo wyszło, czyli czytaj kiepskie umiejętności. A co mi tam, u nasz we wiosce ja jako jedyny wiem, co to flambimbryzacja. A może to już jesień, nie ma takich fajnych świeżych warzyw, robi się zimno, to i człowiek zaczyna robić przytulaste jedzenie. Miałem ochotę na fasolę, a fasola kojarzy mi się z kuchnią meksykańską. Wziąłem małą czerwoną i zacząłem kombinować.

Z książkami kucharskimi mam taki problem, że jak je przeglądam, to się zachwycam, że i to, i to fajowe, trzeba będzie kiedyś zrobić. Ale jak przyjdzie co do czego, nie potrafię znaleźć niczego ciekawego w temacie, który mnie pili. Często także na miłych blogach nie znajduję niczego na temat, który akuratnie mnie interesuje. Tym razem się nie dałem i się zadumałem. Aż mnie łeb rozbolał, bo dumałem chyba ze trzy minuty.

W takim jednym hipermarkiecie kupiłem szponder, czyli po naszemu wołowe żeberka z przyległościami. Nawet świeże były, i tłuszczyk miały biały. Duszone wołowe żeberka z fasolą, podumałem mimo bólu czachy. M-hm. Posłuchacie?

Składniki:
1 kg wołowych żeberek,
0,5 kg czerwonej fasoli,
0,5 kg małych czerwonych cebulek,
0,7 l soku pomidorowego,
100 ml brandy,
100 ml octu słodowego,
4 łyżeczki kminu rzymskiego,
1 łyżeczka cynamonu,
pęczek pietruszki albo kolendry,
1 główka czosnku,
sól, chili.

Fasolę moczymy na noc, po czym gotujemy w tej samej wodzie. Jedni mówią żeby w tej samej, drudzy żeby zmienić, mnie od tego wszystkiego już głowa boli.

Kiedy fasola półmiękka, wyłączamy gazowanie, a wywar od gotowania wlewamy do garnka, w którym się będzie dusiło. Dolewamy sok pomidorowy i podgrzewamy.

Na mocno rozgrzanej patelni z oliwą podsmażamy żeberka. Znowu: niektórzy mówią, że to zbędna czynność. Może i tak, może i tak. Ale jaka przyjemna! Przyrumienione solidnie mięso wkładamy do garka z sosem pomidorowym i wywarem od fasoli, stawiamy na maluśkim gaziku. Takim, powiedzmy, na dwa kelyszeczki. Na patelnię zaś wrzucamy obłupione cebulki, ale w całości, będą potem uroczyście słodziuchne. Pozwalamy się im przypiec w smaku po żeberkach, na koniec wrzucamy całe ząbki czosnku. Kiedy czosnek zacznie się brązowić, wlewamy 50 ml brandy i walimy ognicho. Uuch, jak to pachnie!

Cebule w całości podpatrzyłem u któregoś kuchennego magika w telewizorze. Myślałem, że lepiej robi pokrojona, bo się zespala z resztą, a tu wcale bo nie. Jemy sobie tę ostrą, słodką kwaskawość, ale trafiamy na cebulkę. I to jest dopiero emanacja słodyczy!














W temacie brandy to ja jestem laicki więcej, bo jakoś nie każda mi smakuje. Ale mam swojego typa, w dodatku nie za drogiego. Węgierski Budafok, delikatny jak na brandy, ale o zdecydowanym smaku i wyraźnym aromacie tokaju. Niezła rzecz, a w gieesie stoi po 19 zł za pół litra.

Obrandowioną cebulę dodajemy do mięsa, dolewamy resztę brandy, i rozpoczynamy 2-3-godzinny proces powolnego duszenia. Jeszcze tylko kmin rzymski, którego obawiać się nie należy. Dajmy go dużo, po gotowaniu nie będzie już taki wyrazisty. Tylko skupcie się, powiedziałem kmin. Nie kminek, jak chcą tłumacze programów kulinarnych. Gościu mówi "kjumin", a lektor beztrosko czyta "kminek". No ludzie, toż gdzież! Ja tam z angielskiego umię tylko "gutmorgen" a także "dijo elenikos kafedes parakalo", ale i tak wiem, że kminek u nich chodzi inaczej. Pomylić kminek z kminem rzymskim, czyli kuminem, to jest coś jakby pomylić rzepkę w kolanie z rzepą, co ją dziadek ciągł. Albo kultywator z kultywowaniem.

Kiedy mięso dochodzi, a cebulki robią się uroczo mięciuchne, możemy rozpocząć wykańczanie. Solimy, sypiemy cynamon, chili albo posiekaną świeżą papryczkę (ja dałem suszoną i plastry marynowanej jalapeno), dodajemy ocet. Ocet wymyśliłem dlatego, że danie było słodkie od cebuli i fasoli, ale jakieś takie bez jaja. Cytryna dodałaby chyba nastroju, na którym mi nie zależało, więc ocet. Mógłby być balsamiczny, ale ja wybrałem słodowy. Ocet słodowy jest robiony ze słodu jęczmiennego, ma posmak łyskaczowy i znakomicie pasuje do aromatu brandy. Co więcej, uzupełnia się z kminem rzymskim i cynamonem tak, że ojejuniu, tworząc ślinotokową kombinację. Papryczki czili, fasola, cebuleczki, sok pomidorowy dopełniają radości i osiągamy luz na zawiasach.

Napisałem, że octu 100 ml. Ocet słodowy jest bardziej jak balsamiczny, nie ma ostrości octu winnego czy - Panie Boże broń - spirytusowego. Ja nie lubię kwaśnego smaku, po prostu dolewałem po trochu i kosztowałem, i wyszło mi coś koło 100 ml kiedy słodycz zrównała się z kwaskiem i pikantnością.

Po dodaniu octu dodajemy też półtwardą fasolę i dalej gotujemy aż wszystko zmięknie, przemiesza się i przejdzie sobą nawzajem, a także odparuje tworząc głęboko czerwoną guzkowatą od fasoli strukturę. Ja chyba odparowałem za bardzo. Jestem przekonany, że ktoś bardziej zdolny albo posiadający wiedzę zrobiłby z tego coś, co wygląda ładnie, ale powiem wam, że nawet sołtys Szuwaśko jadł i chrumkał, choć słoniny w tym nie było.

Na koniec zrobiłem błąd, sypiąc, co widać na focie, tymianek. To nie ta bajka. Lepiej było wwalić pęczek pietruchy albo kolendry. Ale i tak, biorąc pod uwagę, że był to obiad z palca, wyszło nieźle. Taka kupa czerwonych różności, która smakuje fantastycznie i trudno się od niej oderwać. A jeszcze mi jej zostało, aha! I widziałem jedną kostkę, która wyglądała jakby szpik w sobie miała, aha!

Podjedzcie dobrze, moje pustułeczki, i pamiętajcie: las płonie szybko, ale szybciej bierze w łapę wójt.

piątek, 8 stycznia 2010

Fasolka szparagowa, ale prędziutko!













Pozawczoraj jak z witania Trzech Króli wróciłem, strasznie zimno mi było. Kościół ludźmi napchany jak tłusta gęś kaszą, stać na dworze trzeba było, a ja szarmancko w letnich gumiakach poszedłem, gdyż myślałem, że kościelny Koszelewski zajmie mi miejsce na chórze. Nie zajął, bo ksiądz proboszcz naganę jemu wtuchlił za kupczenie miejscami siedzącymi. Po prawdzie, trochę racji miał, bo co innego kurtkę albo czapkę na siedzeniu położyć, a co innego bilety sprzedawać. Tak, czy siak, wróciłem szczękając zębami i musiałem szybko się rozgrzać. Zrobiłem przegląd kuchni, a tam boczek i zamrożona fasolka. Fajnie.

Składniki
0,5 kg fasolki szparagowej,
3 plastry boczku,
2 ząbki czosnku,
natka pietruszki,
sól, pieprz, ziółka.

Z racji zmarźcia, musiało być szybko. Żadnych slołfudów. Minut siedem i jemy. Jak kto lubi fasolkę oczywiście. I boczek. Czosnek też. Znaczy się jak kto lubi wszystkie te składniki, bo przecież gdyby któregoś nie lubił, na przykład fasolki... oj, bo się zapętlę i będzie!

Zrobiłem ją w woku, bo było jej sporo, a mój wok jest wielki jak balia Szuwaśki. Fajny on, żeliwny, a kiedy się rozgrzeje to za koksiak w stanie wojennym mógłby robić. Po rozgrzaniu i poolejowaniu wkładamy fasolkę. Ciągle mieszając na silnym gazie, doprowadzamy ją do aldentości. Dodajemy oddzielnie podsmażony boczek, zmiażdżony czosnek, ulubione zioła, sól, pieprz i natkę. Jeszcze chwila żeby czosnek nie był surowy i silnie waniający, i już.

Ot, szybkie chłopskie pożywienie. Smakowe musiało być, bo wyjadłem do denka. Jak Grzyb Waleria przyszła kowadło pożyczyć, to już tylko zapach został. No, idę. Sprawdzę co jest, że nie oddaje. Niech się nie przyzwyczaja. Co ona tam na tym kowadle, replikę bramy oświęcimskiej wykuwa na handel?

niedziela, 15 listopada 2009

Sałatka farmerska























Przyjechali przyjaciele. W południe jakoś, bośmy się dawno nie widzieli i do pogadania mieliśmy że hej. Wznieśliśmy toast za spotkanie, pogadaliśmy, pojedliśmy obiad, zapiliśmy, opowiedzieliśmy sobie niusy sprzed pięciu lat, popiliśmy, zrobiliśmy kolację, a potem to już było normalnie: gadaliśmy i wznosiliśmy toasty. Nagle patrzymy, a tu jasno i w kościele na Anioł Pański biją. Wydało się, dlaczego byliśmy głodni. Ja do lodówki, a tam nie za bardzo. Jak nie kombinowałem, i do kaczki po pekińsku, i do przepiórki w sosie truflowym czegoś brakowało. Wziąłem, co znalazłem i tak powstała ta sałatka. Było to z dziesięć lat temu, a sałatka nadal cieszy się uznaniem. Podaję wersję podstawową; można z niej tworzyć dziesiątki kombinacji. 

Składniki:  
20 dkg wędzonego boczku,
20 dkg zwykłej kiełbasy,
1 czerwona papryka, 
1 puszka czerwonej fasoli,
1 mała puszka kukurydzy,
1 cebula,
1 łyżka majonezu, 
pęczek szczypiorku,
pęczek pietruszki,
1 ząbek czosnku,
odrobina soku z cytryny,
pieprz, ulubione zioła.

 
Paprykę podsmażamy na oliwie, a najlepiej prędziutko marynujemy. Boczek kroimy w niezbyt drobną kostkę i podsmażamy na ciasteczko, czyli żeby był twardawy, pięknie chrupał i był ciemnobrązowy. Tak samo postępujemy z kiełbasą.

Z patelni, na której smażyliśmy, odlewamy nadmiar tłuszczu zostawiając mniej więcej łyżkę. Rozgrzewamy mocno i wrzucamy pokrojoną w piórka cebulę. Ciągle mieszając smażymy na silnym gazie, ale króciutko: tyle tylko żeby cebula straciła ostrość, a zachowała jędrność. Minuta wystarczy. Teraz w misce łączymy podsmażone mięso, cebulę, odsączoną z zalewy fasolę i kukurydzę, dodajemy majonez (ma tylko złączyć składniki, żadnej zbędnej taplaniny), posiekany czosnek, pieprz i zioła (pasują chyba wszystkie, więc do wyboru, do koloru). Posypujemy siekaną zieleniną, skrapiamy odrobinką soku cytrynowego (nie za dużo, bo papryka już kwaśnowata) i gotowe.

To jest taka sałatka do pojedzenia, a nie gapienia się. Chociaż nie powiem, ładnie wygląda: brązowe boczkowe ciasteczka, czerwień papryki, żółć qqrydzy, zieleń szczypioru i pietruszki. Smakiem także odpowiada polskiemu podniebieniu, bo ta kiełbasa z boczkiem...

Jak wspomniałem, to jest wersja podstawowa. Do tego możemy teraz dodawać, co nam się żywnie podoba, albo co znajdziemy w lodówce. A nie, surową wątróbkę zostawmy na jutro. Tak więc można dodać trochę świeżego szpinaku albo sałaty lodowej, jakiejś rukoli, brokuła, ser żółty, marchewkę, oliwki, selera naciowego, pieczarki, smażone talarki ziemniaczane. Zamiast kiełbasy można dać szynkę, wtedy mamy wersję dietetyczną. Kiełbasę można też wymienić np. na bejcowaną i grillowaną pierś kurczaka. Oprócz kiełbasy można by też zabrać boczek, cebulę i fasolę, ale wtedy wyjdzie inna sałatka.

Z powodzeniem można tę sałatkę przygotować wcześniej, wtedy w ostatniej chwili dodajemy tylko szczypiorek i pietruszkę. Taka to tolerancyjna sałatka, którą tworzy świetne połączenie boczku, fasoli i cebuli.

Życzę smacznego i pozdrówcie ode mnie Radziulisa Czesława gdybyście go spotkali.

niedziela, 16 sierpnia 2009

Och, mój ty rozmarynie!










Rozmarynowy dzień wczoraj był. Nawiedzili mnie Radziulis Czesław i Skrzypczyk Witold wracając z delegacji, bo w gminie oni dorabiają latem i jeżdżą po powiatach oszustów podatkowych ścigać. Po drodze zatrzymali się na si... nieważne. Dość, że kurków nazbierali. Będąc uprzedzonym o przyjeździe, ja też mięso i warzywa w piwniczce miałem naszykowane, i biesiadowaliśmy my. A rozmaryn wszędobylski był, nawet na deserze. Posłuchajcie.

Najsamprzód tych kurków narobiłem. Prościutko, w wodzie ich byle jak opłukałem, czerwonej cebuli na przedniej oliwie nasmażyłem i dawaj te kurki na patelnię. Radziulis Czesław, co jego o pomoc poprosiłem, skrzętnie dla mnie one grzybki oczyścił i pokroił. Króciuśko ja ich dusiłem żeby świeżości nie straciły. Na koniec łyżka masła, tymianek i już. A po wierzchu - wesoły, zieloniuchny rozmarynek, miłość moja i skarb największy. Zaraz po czosnku. I po Konońko Władysławie. I po chałwie.

Potem była fasolka śparagowa, Czesławową reką krojona równiusieńko, a zrobiłem ja ją z dupą świńską - pociętą, zamarynowaną na chińską modłę z dużą ilością czosnku, świeżego imbiru, sosu rybnego i ostrygowego, gruzińską adżyką i - a jakże - rozmarynem. Smażyłem krótko, bo miętką i soczystą ją chciałem mieć. Tylko tyle żeby czerwona być przestała. Po ukąszeniu sok z niej szedł, aż miło. Po zdjęciu jej, na tej samej patelni z resztą sosu od szynki na kuchence mojej gazowej nadusiłem fasolkę śparagową, uprzednio do póchrupkości na parze podgotowaną. Wiecie, parnik ja dla świnków kupiłem, to szkoda żeby marnował się. Posypałem tę żółtą wyborność rozmarynem, i wydałem.

Na deser narobiłem sosu do lodów. Wiecie wy już chyba, że desery lodowe robić lubię, i wciąż nowe sosy do nich karmelowe wymyślam. Wczoraj był z żurawiny. Namoczyłem ja ją, ale teraz skupcie się, w whisky. Na patelni nagrzanej skarmelizowałem cukier brązowy z odrobinką masła i wrzuciłem te żurawiny i sutą szczyptę cymamonu. Zawołałem wcześniej Radziulisa Czesława i Skrzypczyka Witolda do kuchni, bo dzięki tej whisky widowiskowa flambiryzacja odbywała się. Niby że taki niebiewsko-żółtawy płomyczek się chełchał. Poniżej to jest NP (No Photoshop). Pięknie się chełchało.























Uj, dobra whisky, bo aż do powały ten ogieniek szedł. Od Czerpaka Jana ja ją, tę whisky, dostałem żeby Skrzypczakowi Witoldowi przekazać jako wotum za pomoc w tej kwestii, że familianta mojego Skrzypczak Witold do ślubu traktorkiem swoim woził. Bo brat mój pociotkowy, o czym mówiłem ja dla was musi, ślubował dwie niedzieli temu nazad, i - swojakiem będąc - trunków przednich z Angolii nawiózł.

Nie powiem, złożyło się tak, że Witoldowi ja buteleczkę przekazałem, a zaraz my ją już piliśmy. Dobre to było, czort.

Zboczyłem z tematu. A co tam, teraz zboczenia modne są i uznawane więcej, niż normalność, to i dla mnie wolno chyba, czy nie tak, co?

Nic to, do opowieści wracam. To teraz do misek lody z owoców leśnych letko kwaskawe kładłem, lałem na to sos karmelowy cymamonowy żurawinowy (a piękny on był, bo żurawinki napęczniały i soczyście czerwone były, jakby dumne, że ich łyskaczem potraktowano, a nie zwyczajowo winem czy wodą; z karmelowym karmelem prezentowało się to tak, że aż uklęknąłem). To wszystko posypywałem - uwierzycie? - rozmarynem. Jak już wydałem, to każdemu po wierzchu nasypywałem świeżo zmielonej soli, melasowego cukru i lałem kilka kropel soku z cytryny. Oj, słodycze sól lubią, oj.






















Tak to gościom moim smakowało, że drugi raz ten deser musiałem robić. Mam teraz dwa czarne ślady na powale nad moją kuchenką gazową, bo flambiryzację drugi raz ja uskuteczniłem.










Na koniec przyszła dla mnie do łba taka myśl, żeby nasionek nasmażyć. Wziąłem więc pestki dyniowe, słonecznikowe, orzechy nerkowe i suszone śliwki. Na patelni ja ich na mojej nowiuśkiej emailowanej kucheneczce uprażyłem na łyżce oleju ze słonecznika, dodałem resztę tego karmelu żurawinowego co go dla mnie zostało się, a na koniec, ale już w misce, spryskałem sokiem z cytryny i obsypałem solą i brązowym cukrem. Na wierzch - wiem, wiem, nudny jestem - poszedł rozmaryn.

I tak to, żurawinki wy moje, na rozmarynie nam wczoraj dzień upływał. I na solonych wetach. Pamiętajcie, że słodkości lubieją sól i odrobinę kwasku, a najlepiej - cytrynowego. Sypnąć sól do sosu możecie też, ale najlepiej będzie posypać po talerzu na oczach gościów, bo kiedy sól chrupnie dla nich w zębach, to wtedy mają feerię smaków, a nie po prostu słodki słony deser.

No, bądźcie grzeczne i nie zaprawiajcie sosów mąką. Bywajcie.

czwartek, 9 lipca 2009

Roladki rybne w boczku z fasolą mung, z sosem paprykowo-chrzanowym
















Kiedy dacie zwartą rybę, będzie smakować jak schab. Kiedy dacie marną rybę, będzie pyszna. Kiedy dacie naprawdę dobrą rybę... Niee, naprawdę naprawdę dobrą rybę zrobiliście na grillu polaną oliwą i posypaną bazylią, z pieczonym pomidorem i bagietką potraktowaną grecką oliwą. Cóż, to nie jest odcinek o naprawdę dobrej rybie. Ale o smacznej.

Składniki
filet z ryby,

2 szerokie, ale za to cieniuśkie plastry wędzonego boczku,
czerwone pesto z suszonych pomidorów,
dratwa ;)
0,5 szklanki fasoli mung,
1 zielona papryka,
1 ząbek czosnku,
garść zielonej pietruszki, bazylii,
łyżka chrzanu,
cząber, tymianek, sól, pieprz.

Na
plastrach boczku układamy filety (jeśli były mrożone, rozmrażamy). Ja użyłem jakiejś ryby o gęstym mięsie, ale lepszy byłby dorsz, mintaj albo panga, bo nie miałby konsystencji schabowego. Ryba powinna być na tyle cienka, żeby się zwinęła. Ale jeśli macie grube płaty, też nicht szisen: przekrajacie wzdłuż na cieńsze i już. A nie muszą one być równe, ani nawet w jednym kawałku. Hmmm... a gdyby je wcześniej posiekać i połączyć z czosnkiem i ziołami? Ciekawe.

Tak przygotowaną układankę smarujemy czerwonym pesto z suszonych pomidorów. Chcecie przepis? A puknijcie do mnie w okieneczko, albo i w futrynkę, to dam. No, i zwijamy. Ciaśniutko, ale żeby środek nie wycisnął się. W środek można jeszcze dać siekaną bazylię albo piórka szczypioru. No. Obwiązujemy z dwóch stron dratwą i na patelnię. Smażymy ze wszech stron na uroczo brązowiutki, apetyczny kolor. Ryba przechodzi wędzonką i pesto z pomidorów, a więc pomidorami, bazylią, pietruszką i czosnkiem. Nieźle.

W międzyczasie, albo wcześniej, trzeba nam przyrządzić fasolę i sos. Tylko nie sugerujcie się fotą poniżej: zagapiłem się Linuksa zgłębiając, i fasola mi się rozgotowała, więc zrobiłem jakieś takie siakie piure aby ukryć porażkę.

Powiem, jak miało być. Więc tak: fasolę mung gotujemy na małym gazie. Wiecie, fasola mung to są takie ziarenka, oliwkowe maleństwa wielkości ziaren ryżu, tylko uroczo okrąglutkie, słodkie i delikatne. Jak nasza Pyza Wędrowniczka. (Nie trzeba jej moczyć, tylko pilnować kiedy miękka, ty głupia pałko.) To było do mnie. Ona nawet sama z siebie słonowata w smaku jest, więc z solą ostrożnie albo w ogóle. No, i jak się ugotuje szczęśliwie, to na koniec wysypujemy na talerz i wszyscy pytają "ojejku, a co to takie pyszne?".

Sos. Sos nam połączy delikatność fasoli z boczkiem i pesto. Zieloną paprykę pozbawiamy w wiadomy sposób skóry i wnętrzności (kto nie wie jak, puka) i miksujemy z chrzanem, dorzucając czosnek i zieleninę (bazylia, pietrucha, dużo). Soląc i pieprząc ile komu fantazja przyda. Pamiętajmy tylko, że fasola delikatna, ale boczek i pesto - nie.

Na koniec usuwamy dratwę z roladek, przekrajamy na pół pod skosem nowomodną metodą, wykładamy na talerz, lekko sypiemy obok fasolkę, dookoła soskiem paprykowo-chrzanowym, posypujemy zieleniną (bazylia, oregano, szczypior, ale i rozmaryn, a co? co tam kto ma).

A jak kto nie umie fasoli dopilnować, to wygląda tak, jak niżej (z czapką czerwonego pesto).














Tytułem PS.: W jak różny sposób można sfotografować tę samą potrawę, na tym samym talerzu ;)

czwartek, 28 maja 2009

Sos hoi-sin

4 kroki do oświecenia kubków smakowych, czyli sos do zadań wszelkich. Niezwykle wyrazista mieszanka smaków - od słodkiego przez słony, kwaśny do ostrego - podkreślona aromatem czosnku. Znakomity jako smarowidło do kanapek zamiast keczupu. Można podać jako dip do grilla lub pieczystego, albo do maczania warzyw pokrojonych w słupki. Nieodzowny w kuchni chińskiej - od zupy Nefryt i smażonej fasolki po pieczone żeberka i kaczkę po pekińsku. Jest niesamowicie uniwersalny: do quesadillas też będzie świetnie pasował. Zresztą, sprawdźcie sami.

Składniki
1 puszka czerwonej fasoli z puszki
8 łyżek cukru
4 łyżki octu
6 ząbków czosnku
6 plasterków imbiru lub 3 łyżeczki imbiru w proszku
2-3 łyżeczki chili lub ostrej papryki w proszku
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka „5 przypraw”
2 łyżki sosu sojowego


1. Wszystkie składniki zmiksować łącznie z zalewą z fasoli. Tylko nie oszczędzać mi tam octu, cukru, chili i czosnku.
2. Podgrzewać w rondlu na emailowanej kuchence na średnim gazie ;) ciągle mieszając, aż do zagotowania.
3. Rondel przykryć, ustawić na płytce żaroodpornej i podgrzewać na minimalnym gazie ;) przez ok. 30 minut (lub do uzyskania konsystencji śmietany - po ostygnięciu zgęstnieje). Często mieszać, zgarniając gęstsze kawałki z dna - lubią się przypalać. Pod koniec przyprawić do smaku. Ma być i kwaskowaty, i słodki, i pikantny.
4. Przełożyć do słoiczków. Można przechowywać w lodówce nawet przez rok.

Co ciekawe, sos hoi-sin wcale nie smakuje fasolą. I smakiem, i kolorem przypomina raczej śliwki.