Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cebula. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cebula. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 października 2010

Żeberka wołowe z czerwoną fasolą chyba po meksykańsku jak gdyby

















No i znowu wyszło mi coś, co kwalifikuje się do cyklu „Smaczna kupa”. Nie żebym specjalnie tak zrobił, tak jakoś samo wyszło, czyli czytaj kiepskie umiejętności. A co mi tam, u nasz we wiosce ja jako jedyny wiem, co to flambimbryzacja. A może to już jesień, nie ma takich fajnych świeżych warzyw, robi się zimno, to i człowiek zaczyna robić przytulaste jedzenie. Miałem ochotę na fasolę, a fasola kojarzy mi się z kuchnią meksykańską. Wziąłem małą czerwoną i zacząłem kombinować.

Z książkami kucharskimi mam taki problem, że jak je przeglądam, to się zachwycam, że i to, i to fajowe, trzeba będzie kiedyś zrobić. Ale jak przyjdzie co do czego, nie potrafię znaleźć niczego ciekawego w temacie, który mnie pili. Często także na miłych blogach nie znajduję niczego na temat, który akuratnie mnie interesuje. Tym razem się nie dałem i się zadumałem. Aż mnie łeb rozbolał, bo dumałem chyba ze trzy minuty.

W takim jednym hipermarkiecie kupiłem szponder, czyli po naszemu wołowe żeberka z przyległościami. Nawet świeże były, i tłuszczyk miały biały. Duszone wołowe żeberka z fasolą, podumałem mimo bólu czachy. M-hm. Posłuchacie?

Składniki:
1 kg wołowych żeberek,
0,5 kg czerwonej fasoli,
0,5 kg małych czerwonych cebulek,
0,7 l soku pomidorowego,
100 ml brandy,
100 ml octu słodowego,
4 łyżeczki kminu rzymskiego,
1 łyżeczka cynamonu,
pęczek pietruszki albo kolendry,
1 główka czosnku,
sól, chili.

Fasolę moczymy na noc, po czym gotujemy w tej samej wodzie. Jedni mówią żeby w tej samej, drudzy żeby zmienić, mnie od tego wszystkiego już głowa boli.

Kiedy fasola półmiękka, wyłączamy gazowanie, a wywar od gotowania wlewamy do garnka, w którym się będzie dusiło. Dolewamy sok pomidorowy i podgrzewamy.

Na mocno rozgrzanej patelni z oliwą podsmażamy żeberka. Znowu: niektórzy mówią, że to zbędna czynność. Może i tak, może i tak. Ale jaka przyjemna! Przyrumienione solidnie mięso wkładamy do garka z sosem pomidorowym i wywarem od fasoli, stawiamy na maluśkim gaziku. Takim, powiedzmy, na dwa kelyszeczki. Na patelnię zaś wrzucamy obłupione cebulki, ale w całości, będą potem uroczyście słodziuchne. Pozwalamy się im przypiec w smaku po żeberkach, na koniec wrzucamy całe ząbki czosnku. Kiedy czosnek zacznie się brązowić, wlewamy 50 ml brandy i walimy ognicho. Uuch, jak to pachnie!

Cebule w całości podpatrzyłem u któregoś kuchennego magika w telewizorze. Myślałem, że lepiej robi pokrojona, bo się zespala z resztą, a tu wcale bo nie. Jemy sobie tę ostrą, słodką kwaskawość, ale trafiamy na cebulkę. I to jest dopiero emanacja słodyczy!














W temacie brandy to ja jestem laicki więcej, bo jakoś nie każda mi smakuje. Ale mam swojego typa, w dodatku nie za drogiego. Węgierski Budafok, delikatny jak na brandy, ale o zdecydowanym smaku i wyraźnym aromacie tokaju. Niezła rzecz, a w gieesie stoi po 19 zł za pół litra.

Obrandowioną cebulę dodajemy do mięsa, dolewamy resztę brandy, i rozpoczynamy 2-3-godzinny proces powolnego duszenia. Jeszcze tylko kmin rzymski, którego obawiać się nie należy. Dajmy go dużo, po gotowaniu nie będzie już taki wyrazisty. Tylko skupcie się, powiedziałem kmin. Nie kminek, jak chcą tłumacze programów kulinarnych. Gościu mówi "kjumin", a lektor beztrosko czyta "kminek". No ludzie, toż gdzież! Ja tam z angielskiego umię tylko "gutmorgen" a także "dijo elenikos kafedes parakalo", ale i tak wiem, że kminek u nich chodzi inaczej. Pomylić kminek z kminem rzymskim, czyli kuminem, to jest coś jakby pomylić rzepkę w kolanie z rzepą, co ją dziadek ciągł. Albo kultywator z kultywowaniem.

Kiedy mięso dochodzi, a cebulki robią się uroczo mięciuchne, możemy rozpocząć wykańczanie. Solimy, sypiemy cynamon, chili albo posiekaną świeżą papryczkę (ja dałem suszoną i plastry marynowanej jalapeno), dodajemy ocet. Ocet wymyśliłem dlatego, że danie było słodkie od cebuli i fasoli, ale jakieś takie bez jaja. Cytryna dodałaby chyba nastroju, na którym mi nie zależało, więc ocet. Mógłby być balsamiczny, ale ja wybrałem słodowy. Ocet słodowy jest robiony ze słodu jęczmiennego, ma posmak łyskaczowy i znakomicie pasuje do aromatu brandy. Co więcej, uzupełnia się z kminem rzymskim i cynamonem tak, że ojejuniu, tworząc ślinotokową kombinację. Papryczki czili, fasola, cebuleczki, sok pomidorowy dopełniają radości i osiągamy luz na zawiasach.

Napisałem, że octu 100 ml. Ocet słodowy jest bardziej jak balsamiczny, nie ma ostrości octu winnego czy - Panie Boże broń - spirytusowego. Ja nie lubię kwaśnego smaku, po prostu dolewałem po trochu i kosztowałem, i wyszło mi coś koło 100 ml kiedy słodycz zrównała się z kwaskiem i pikantnością.

Po dodaniu octu dodajemy też półtwardą fasolę i dalej gotujemy aż wszystko zmięknie, przemiesza się i przejdzie sobą nawzajem, a także odparuje tworząc głęboko czerwoną guzkowatą od fasoli strukturę. Ja chyba odparowałem za bardzo. Jestem przekonany, że ktoś bardziej zdolny albo posiadający wiedzę zrobiłby z tego coś, co wygląda ładnie, ale powiem wam, że nawet sołtys Szuwaśko jadł i chrumkał, choć słoniny w tym nie było.

Na koniec zrobiłem błąd, sypiąc, co widać na focie, tymianek. To nie ta bajka. Lepiej było wwalić pęczek pietruchy albo kolendry. Ale i tak, biorąc pod uwagę, że był to obiad z palca, wyszło nieźle. Taka kupa czerwonych różności, która smakuje fantastycznie i trudno się od niej oderwać. A jeszcze mi jej zostało, aha! I widziałem jedną kostkę, która wyglądała jakby szpik w sobie miała, aha!

Podjedzcie dobrze, moje pustułeczki, i pamiętajcie: las płonie szybko, ale szybciej bierze w łapę wójt.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Jam cebula session

















Ten wpis opublikowałem w ubiegłą sobotę około godziny 9. Potem włączyłem radio i wiadomo, co było dalej. No to jeszcze raz. Aha, i nie lećcie do obrządku zanim nie doczytacie do końca, bo na końcu losuje się aromatyczności.

Szukałem tej cebulki dość długo, bo i Durszlak, i Gugle nie zeznawali niczego, co można poczytać za dowód rzeczowy. Widziałem ją na którymś blogu, ale gdzie, kiedy, u kogo? Już miałem zamiar sam kombinować na podstawie tego, co zapamiętałem, aż tu nagle Hanka-Pisanka zapodała. Recepturę nazmieniałem, wiadomo. Jak kiedyś zrobię coś według przepisu, to... no, to wtedy będzie ten pierwszy raz.

Składniki
1 kg cebuli czerwonej (wyjdzie z tego nie za duży słoik),
3 łyżki miodu,
1 szklanka czerwonego wina,
6 łyżek octu balsamicznego,
1 łyżka
brązowego cukru,
1 kciuk imbiru,
4 ząbki czosnku,
rozmaryn, tymianek.


[Listonic]

Teraz się skupcie, bo zapach będzie śliczny i żebyście mi nie odpłynęli gdzieś tam w doliny konia Poszepszona. Cebulkę kroimy drobno albo trochę grubiej, i na oliwę. Smażymy, dusimy na wolnym ogniu aż zmięknie. Na minimalnym, u mnie to potrwało ze dwie godzinki. Ale nie idźcie wtenczas siać salsefii, bo często trzeba mieszać. Cebula uroczo zmięknie i skarmelizuje się, ciemniejąc. Można poszczypać solą.

Mmm,  przypalony lekko zapach i pomarańczowiejąca cebulka wskazują, że czas dodać wina, posiekanego imbiru i czosnku. Jakoś mi to wino do konfitury pasowało, może przez Polkowe buraczki, które za mną chodzą i muszę się opędzać od nich bardziej, niż od wygłodniałych kaczek z rana. Chlust zażegnuje spory na patelni choć na chwilę. I dobrze.

Kiedy wino doszczętnie wyparuje, dodajemy miód, ocet balsamiczny, czekamy kilka chwil żeby kwas odparował, i kosztujemy. Regulujemy smak cytryną, cukrem i octem. Mimo że mam awersję do podgrzewanego miodu i kwaśnego smaku, ta cebulka wzbudza we mnie opiekuńcze uczucia. Na zimno do tatulowych wędlinek - proszsz! Do pasztetów - mmmmr. A do ciepłych mięs! Jutro wam opowiem o maślankowej jagnięcince, kluskach śląskich i cebulce. O żesz, jak pysznie!

Kiedy podawana na ciepło, podczas podgrzewania dobrze jest włożyć masła dla nabłysku i ogólnej maślanej aparycji. Czy mi przypadkiem nie wyszło ciemne zdjęcie? No, po cebuli już nawet zapach nie został, więc lepszego póki co nie zrobię. Wszystkiego dobrego i pamiętajcie żeby wyłączyć żelazko, bo będzie bieda.

PeeS. Przez całe to ubiegłotygodniowe zamieszanie zapomniałem o losowaniu nagród. Z radością stwierdzam, że wszystkie odpowiedzi komisja konkursowa w składzie: ja, lustro i gąsiorek, uznała za celujące. Bęben maszyny losującej w postaci sierotki Ludwiczak Jadwigi jest już gotowy. Rozpoczynamy losowanie. Sierotka niedomytymi paluchami wyciągła karteczki z nabazgranymi napisikami: KucharzyTrzech i Zemfiroczka! Czyli w sumie zwycięzców jest czteruch, bo Zemfi to raz, Kucharze to trzy, czyli razem będzie cztery. Ale zestawy są dwa, żeby nie było. Wiecie, żeby następnym razem nie zgłosił się ktoś o nazwaniu JaZCałąWioską-PoNagrodyWyślęTira.


Uszczęśliwionych zwycięzców, po ochłonięciu, oblaniu sukcesu i rozprzestrzenieniu życzeń dla rozmaryna, uprasza się o zapodanie do mnie ma emalię adresów, które przekażę nagrododawcom. Jak kto obawia się, że jego adresa sprzedam którejś sieci spożywczej do wysyłki cotygodniowej kompletnej oferty handlowej, może chyba wysłać swoje namiary od razu do Łukasza, którego adres emaliowy jest na stronie głównej serwisu Na 1000 sposobów.