Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rymy-srymy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rymy-srymy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 października 2011

Dzik winny, marchew widziała!
czyli gulasz z dzika w winie

Drodzy czytelnicy, w dzisiejszym odcinku Kącika Poezji Pastewnej przedstawiamy twórczość poety rolniczego, Fiedoruka Walerego. Jego wiersz Dzik winny, marchew widziała z tomu Podlasianka mała wywołał spore poruszenie podczas Festiwalu Wiersza Badziewnego i Niezrozumiałego w Kaźmirówce w sierpniu tego roku.

Podmiot liryczny planuje ugotowanie obiadu. Kawałek polędwicy z dzika zamierza udusić w winie z warzywami, jednak odwołania do kulinariów w świetle sformułowanego wprost wskazania winowajcy, a nawet naocznego świadka w tytule utworu są tylko alegorią; wskazują na zgoła inne, mordercze wręcz zamiary bohatera utworu. Forma i użyte środki stylistyczne charakterystyczne dla nurtu abstrakcyjnego poezji postmodernistycznej wprowadzają niepokój: zaciemniają obraz, mylą tropy, zamazują ścieżki percepcji, aż w końcu pozostawiają bezradnego czytelnika z mętlikiem w głowie i bez obiadu. Rzecz jasna, jest to samograj, przyczynek do ukazania wyobcowania jednostki w industrialnej machinie konsumpcjonizmu albo profetyczna wizja wiecznych sprzeczności w aureoli postulowanej przez Hegla teorii rozwoju absolutnego ducha. Nie zmienia to zasadniczej konstatacji, że do końca nie wiadomo: kto zabił?

Niby proste zadanie — zrobić najzwyczajniejszy gulasz z winem — urasta w utworze do rangi skomplikowanego procesu, wikłającego podmiot liryczny i otaczającą rzeczywistość w gąszczu niedomówień, prostackich metafor i nieudanych onomatopej.

Gdyby za esencję postmodernistycznej poezji kuchennej uznać słowa K. Otleta, który w swoim manifeście mówił:

nie wniknąwszy w głęboko egzystencjalną warstwę tkanki rzeczywistości, w ontyczne mięso; nie urwawszy solidnego kęsa, nie można nazwać samego siebie uczestnikiem procesu poznawczej syntezy absolutu, kiedy pojęcie smaku odpowiadać będzie smakowi pojęcia, 

omawiany utwór należałoby uznać za kalkę formalną idealizmu krytycznego z wszelkimi następstwami fenomenologicznymi. I na tym poprzestańmy, reszta jest jeszcze większym bełkotem. Zapraszamy do lektury.




Weznę z dzika polędwicę,
dwie marchewki poobieram
oraz pewnie w dłoń swą chwycę
trzy łodygi od selera.

Z cebul dwóch z niewinną miną
zerwę szastu-prast ubranie,
potem odkorkuję wino
i rozpocznę szatkowanie.

Marchew grubo, drobniej seler,
a cebule na ćwiarteczki.
Ciach po palcu! A to feler!
Pomknę pędem do apteczki.

Gdy na palcu już z gazikiem
ból ukoję samogonem,
gaz zapalę pod palnikiem,
co podwójną ma koronę.

Kąski mięsa na smalczyku
podrumienię minut siedem.
Smaż się, smaż się, mój ty dziku
żebyś nie był twardym zgredem.

Piękne, złote mięsne grzanki
w butli wina uhołubię,
lecz zostawię tak z pół szklanki
(nie wypiję, bo nie lubię).

Resztę wina na patelnię
burlg burlg burlg burlg burlg! wdrundulę
ciut zamieszam, wrzucę celnie
marchew, seler i cebulę.

Niech tarzają się jarzyny
w rajskiej z wina otulinie.
Niech z patelni wchłoną płyny,
niech się dzika smak rozwinie.

Wszystko razem siup! do garka
niech się wolno w winie dusi.
Teraz wlampić się w zegarka,
bo dochodzić długo musi.

Pod sam koniec gotowania
— cudny smak by został w sosku —
dodam gałąź rozmariana
i gdzieś tak z trzy ząbki czosnku.

Wyjmę mięso i spokojnie
sos czerwony zredukuję.
W szklankę wleję bimbru hojnie,
hojnie palnik podgazuję.

Już na koniec mały myczek,
który w muślin gulasz wprawi:
zmrożonego masła krztyczek
z winnym sosem się zabawi.

Dwie godzinki i gotowe.
Niech klękają tuczne świnie!
Niech świat klęka, wnet już bowiem
winny dzika smak zasłynie!

   
By ma pieśń nie była słodka
(wszak to blog funt kłaków warty),
zgrzytnie niech ostatnia zwrotka,
a rym z rytmem idą w czarty:

Ja tam byłem,
dzika pojadłem, śliwowincją popiłem.
Wszystko to, co zobaczyłem,
mniejwięc dla was tutaj opisałem.
Dwie dziurki w nosie,
wino skończyłosię.
















Składniki:
 50 dkg dziczyzny (u mnie polędwiczka z dzika),
 3 łodygi selera naciowego,
 2 marchewki,
 2 cebule,
 1 butelka czerwonego wina,
 3 gałązki rozmarynu,
 1 pęczek natki pietruszki,
 3 ząbki czosnku,
 2 łyżki masła.

Mięso kroimy w duże kawałki, podsmażamy na smalcu na rumiano, wkładamy do garnka z gotującym się winem (zostawiamy pół szklanki, ale nie po to żeby wypić, a do deglasacji patelni). Na patelnię po dziku wrzucamy pokrojone na spore kawałki cebulę, marchew i selera. Trzymamy chwilę na ogniu, potem wlewamy wino i deglasujemy resztki aromatu mięsa. Zawartość patelni wlewamy do garnka, solimy, pieprzymy, minimalizujemy gazowanie i dusimy przez 1-2 godziny w zależności od rodzaju mięsa (moja polędwiczka była gotowa już po godzinie, bo była wyjątkowo delikatna, więc miałem miękkuchne mięso i wcale nie rozgotowaną marchewkę).

Kiedy mięso miękkie, wyjmujemy z garnka składniki stałe i trzymamy w cieple, do sosu dodajemy rozmaryn i posiekany czosnek, gazujemy i redukujemy. Na sam koniec wkładamy schłodzone masło i posiekaną natkę, wyłączamy gaz i podziwiamy jak ciemny sos staje się muślinowy i gęstawy. Wkładamy z powrotem mięso. Podajemy z kaszą. Może być dużo kaszy, bo sos taki dobry, że chce się go jeść i jeść, a kasza dobrze mu towarzyszy. Fajnie do tego pasuje cukinia po żydowsku marynowana na słodko.

O, i tak to. I na co było tyle gadaniny, ja się idę pytać?

środa, 19 października 2011

Lirycznie o jesieni i bigosie

Choć za oknem szaro, buro,
błyszczy świat dżdżu politurą,
ja się smieję, bowiem to wiem,
że se jutro bigos zrobię.

Idź ode mnie precz, jesieni!
Póki lica nie odmienisz
- na nic płacze, na nic żale,
ja spokojnie w piecu palę.

Potem obtkam mchem okienka.
Niech przymrozek z nerwów pęka!
Siądę jak ten pan przy stole
i bigosu gar... spożyję.

sobota, 21 maja 2011

Wietrznie, w porywach

















Nikt tu tego nie czyta, tak ja i zapodam poetyczność.

Znów zamyśliłem. Noc nas kołysze, zegar tykaniem usypia czas.
W oddali miasto od dawna śpiące nie głuszy ciszy w nas.

Gdzieś pies zaszczeka, gdzieś radio gada, noc smyczkiem wiatru gra.
Księżyc gdzieś usnął pod chmur pierzyną — chyba zostałem sam.

Więc siedzę sobie, a cisza piszczy. Ktoś w okno puka. Wiatr.
Wejdź, wietrze, bracie, niech cię przytulę! I tak nie chciałem spać.

piątek, 22 kwietnia 2011

Alleluja!





Pomyć okna, żur nastawić
i rzeżuchę posiać ładnie,
całej chacie połysk sprawić,
potem zabejcować jagnię.

Wziąć do prania worek proszku,
do umycia pięt — pumeksu
oraz z kurzu przetrzeć troszku
szkło rodowe z duraleksu.

Jedno ciasto, potem drugie,
trzecie, czwarte — ciast bez liku.
Pęta kiełbas taakie długie
oraz pasztet na króliku.

Teraz kompot z suchych skórek...
Wrrróć, gdzie kompot? Nie te święta!
Życie straci wiele kurek,
kaczki, krowy i prosięta.

Jeszcze tylko trzy pieczenie,
dwie rolady, moc wędzonek...
Pięknie pachnie to jedzenie!
Ups, nie przyniósł nikt święconek.

„Nic nie szkodzi, wszak są święta
— macha ręką gospodyni —
w tym rejwachu kto spamięta
pójść w sobotę do świątyni!

Niechaj znika żywność cała,
zwłaszcza śledzie i sałatki.
Może mało zgotowałam,
ale więcej, niż sąsiadki.”

Tu kieliszek, tam szklaneczka,
cytrynówka, wiśnióweczka.
Chichra ciotka się z Janeczka,
że mu lico pała z deczka.


W tych pozorach, w tym pośpiechu
i pogoni za fortuną
tak nieśmiało i po cichu
chyba sens się w kąt usunął.

No więc wam (i sobie) życzę,
by to całe zabieganie
nie rozmyło nam w harmidrze,
jakie świąt tych jest przesłanie.

Radosnych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego! Do uwidzenia, skowronki podniebne!

sobota, 18 grudnia 2010

O Baciuku, co grał zucha, czyli Stefek Burczymucha w wersji niezbyt abstynenckiej

O większego trudno zucha,
jak był Wacuś, syn Baciuka.
Czego on nie wygadywał!
W jakich krajach nie przebywał!
w jakim porsche ma kolorze,
ile skwarek na raz zmoże,
w których restauracjach jadał,
o czym z prezydentem gadał...
I jak wraził raz kozika
w żebra chłopa, co mu fikał.
Jakby tego było mało,
rozpowiadał, jak udało
mu się zrobić czołg z łazika,
Z tego czołgu ubił dzika,
trzy bażanty, dwa borsuki
i zajęcy cztery sztuki.
Mówił po wsi: Chłopy moje,
i teściowej ja dostoję!
Nawet, gdyby było trzeba,
bym podrzucił ją do nieba
żeby więcej nie skrzeczała.
Krzepkim niby wół bez mała!
Co mówicie? Dwa kwintale?
Bym się nie zasapał wcale!
Raz-dwa na garb bym zarzucił,
jeszcze przy tym bym se nucił.
(Trzeba wiedzieć wam, chłopaki,
żem jest bas nie byle jaki.)

Taki był wymowny Wacuś:
jaki chwat on, jaki pracuś!
Jednak przyszła na Matyska...
nie, nie myszka, tylko kryska.

Raz siedzieliśmy na schodkach
sącząc bimber na wysłodkach.
Wacuś szedł, no i miał pecha,
bowiem krzywo się uśmiechał.
Rzekł mu sołtys: chodź, kruszyno,
mamy flaszkę oraz wino.
Bierz gąsiorka i pij duszkiem,
wnet zakąsisz chleba kruszkiem.
Tą metodą się dowiemy,
czy nie walisz nam tu ściemy.
Bo sam wszak wiesz: kiedy ciało
silne, wtenczas by się zdało
by się głowa nie kiwała
kiedy pęknie butla mała.

Upił deczko. Po stakanie
patrzym, co się z czortem stanie.
Nie powiedział nic. Zmiarkował,
że w przechwałkach przeholował.
Drugiej szklanki już nie dopił.
W dali mętny wzrok zatopił,
jął się kiwać i gaworzyć.
Trzeba było mu otworzyć
wino marki „Chuch sierściucha”
żeby spiryt się przepłukał.

Morał będzie, więc uważać,
bym nie musiał się powtarzać:
Na nic na swą cześć peany
kiedy łeb nie trenowany.

czwartek, 25 listopada 2010

Choinkowy falstart

Pada śnieg, pada śnieg,
skrzaty cieszą się.
Mimo że się ściemnia, one
wciąż chcą w zaspy leźć!
Raz i dwa, bałwan ma
oczka z węgla, lecz
szkoda bardzo,
że do jutra raczej stopi się...

Pada śnieg? Ano pada. W hipermarkietach oraz w delikutasach w Gliniewicach grają „dżingyl bels, dżingyl bels”? Ano grają. To co się dziwicie, że poszedłem pozawczoraj do lasu po chojaka? Kartki w kalendarzu się dla mnie posklejały, wielkie mi mecyje. Swoją szosą, mogę zrozumieć Baciuka, bo to swołocz niesłychana, ale że Szuwaśko Grzegorz, nasz sołtys, znacie może, śmiał się ze mnie tak, że aż kucał i popuścił w galoty, to już naprawdę. A może ja chciałem dobawić jedliny do pigwówki Maciaszczyka ażeby nadać jej głębokiego, żywicznego aromatu, a?

Dzisiaj polazłem do gieesu po ochrę i topinambur. W drodze powrotnej, z chałupy Piszczykowskiej Aldony słychać było jak ćwiczy nasz gminny chór „Kociewycie”. Ćwiczyli tego Dżingylbelsa, bo się najęli do Delikatesów „Stonka” umilać zakupy. Czorty, dodali nową zwrotkę:

Pada śnieg, pada śnieg,
Czyprak polazł w las,
wyciął sosnę, sieje wioskę,
wszak jeszcze nie czas!

Ech, żyzń, bladź ty parchata...

środa, 13 października 2010

Zachód słońca nad Serwami

















No tak, jesień mamy, nie? Aj tam, zima tu już! Kiedy w słońcu 3 stopnie, to co to jest? Toć nie szachy! Szron za chałupą leży, aż go aby słonko swoim ciepłem było zdjęło.

Na tę przedzimną okoliczność mam ja dla was, zimnołuszki moje miodne, takie oto diktum: a srać na mrozy! Wracam do lata. Do Suchej Rzeczki, do śledzenia lotu motyla na tle ciemnych słupowych augustowskich sosen, do liczenia zmarszczek na Studzienicznym. Do obierania z mięsa świeżo uwędzonych, jeszcze ciepłych sielawek z Płaskiej, jagodzianek od baby (że i Kuroń by takich nie upiekł), indyka z bazylią duszonego nad ogniskiem w starodawnej menażce, zapachu lasu, wody, do beztroskiego przekomarzania się z biedronką na leśnej drodze.

Piszę to, bo się rozwojażyłem, ale też dlatego, że pewnie teraz, kiedy czytacie te literki, siedzę radośnie na brzegu Wigier, przycupuję na pomoście nad Serwami, albo też wypatruję uklejek w Czarnej Hańczy nieopodal Głębokiego Brodu. Suwalszczyzna, Augustowszczyzna, jesień... I jak tu się nie uromantyczniać? Popatrzcie sami, jak było w lipcu.


czwartek, 2 września 2010

Dzień Blogiera. Po ptakach, ale zawsze

Czego to ludzie nie wymyślą. Dzień Blogiera zrobili. Najwpierw myślałem, że Blagiera, co by do mnie pasowało jak ulał, ale nie. Blogiera. Skupcie się, „o” tam jest. Oczywiście nie ma w tym nic złego, okazuje się tylko, że jest to sto siedymdziesiąty ósmy dzień w roku kiedy jest okazja wypić cokolek, podczas gdy wątroba jedna jest, jako i matka. Ale co by nie mówić, jest Dzień Ślusarza i Walcownika, jest Dzień Przemytnika Pokostu, Ładowacza Traulerów, Dzień Skrzypienia Grzebieniem i Święto Ludzi z Jeszcze Zdrową Śledzioną (tego akurat nie obchodzę). To co, blogier ma być gorszy?

Pech chciał, że wczoraj i przedwczoraj, i przedprzedwczoraj miałem trochę zajęć i jakoś nie składało się ażeby uczciwie dzień ten uczcić i napisać małe co nieco. Nadrabiam niniejszym, ale i przepraszam. Bywa, że dobrzy ludzie okazują mi sympatię wyróżniając podczas miłych zabaw. Wiecie, jak na przykład ostatnio z tym Dniem Blogiera: a to poleć pięć blogów, a to napisz o dziesięciuch rzeczach, które lubisz, czy wcześniej pokaż pierwsze zdjęcie na blogu albo dziesiąte w ogóle. Fajnie, co nie? Tyle że ja, czort, nie naskrobię nic, nie okażę wdzięczności podsyłając jajków od kurek albo mleka od Łaciatej czy tam jakiego gąsioreczka nie za małego, nie wspominając o podpięciu się do zabawy. Ot, pomorek.

Dzisiaj więc nie imiennie, ale zbiorowo: senkju ogromnie za to, że zagaszczam ja u was, że wspominacie czasem, co musi oznaczać, że i w was umiłowanie dla rolnictwa drzemie, a czasem pewnie nawet ryczy. Dla zadośćuczynienia i podziękowania, wszystkim życzliwym koszelewskiej ziemi zdradzam dziś, co lubię najwięc (takie jest założenie tej ostatniej zabawy). Może nie najwięc, tylko co ślina pierwsze na język nawinie. Sami rozumiecie, jaka gmina, taka ślina. Jadę, nie?

Lubię kiedy deszcz popada,
kiedy w słońcu śnieg się skrzy,
kiedy wiosna w sadzie siada
i świergoli trzy po trzy.

Lubię w smaku śliwowincji
swojską, przaśną nutę czuć:
posmak lasu i prowincji
co się każe w chmurach snuć.

Bardzom kontent gdy w piwniczce
jest rozmaryn, czosnek i
gdy w oliwie, tej księżniczce
stek z jagniątka pysznie lśni.

Wręcz uwielbiam gdy dziewczynie
pukiel włosów muska twarz.
Jakby mówił „w tej godzinie
ty mnie także pieść i głaszcz”.

Lecz czekajcie, żeb nie było,
że to jest poważny wiersz!
Baciukowi prasnąć w ryło
ooo, to strasznie lubię też!

Lubiłbym pójść do galerii
by kultury chapsnąć łyk,
lecz nie mogę po prób serii
obrotowych minąć drzwi.

Tu powyżej rym koślawy,
więc przepraszać was ja chcę.
Oko mrużę. Dla zabawy
lubię czasem droczyć się.

Bardzo cenię dobrą książkę,
zwłaszcza gdy okładki ma.
Sprytnie wiążę ją na wstążkę
i w bardaszki wieszam drzwiach.

Do dziesięciu już nie zliczę,
gdyż żywina mordy drze.
Lecz kto lubi, czego życzę,
niech tu ze mną chichra się.

sobota, 24 lipca 2010

Jeż

Spotkałem wczoraj jeża. Chyba zjadł coś bardziej nieświeżego niż zwykle, bo najpierw go poczułem, a dopiero potem zobaczyłem. No i co? No i nie mogłem się powstrzymać. Był co prawda wierszyk onegdaj, a w kolejce czeka kilka tekstów i przepisów, ale co poradzisz, grafomania swoje prawa ma i egzekwuje je bezlitośnie. Chciałem puścić to w przyszłym tygodniu i byłbym dokonał planu, ale niecny persymitywizm, czy jak jemu tam, czortowi, wczmonił w moje ucho przyśpiewkę „dam ja ci posłuchać Zbycha, Zbycho śpiewa lub nie dycha” i to był koniec. Może usłyszałem to w wyłączonym radiu? Posłuchajcie jeśli nie chcecie. To chyba rap taki jak tamten, w każdym razie ten sam bit. Gdyby ktoś mógł zabrać ode mnie tę durną melodię, byłbym wdzięczny. To co, jadę.

Dam ja ci posłuchać Zbycha
Zbycho śpiewa lub nie dycha
Zbycha światem jest śpiewanie
Zginie Zbycho nim przestanie

Dam popatrzeć ci na Jolkę
Dziką, smagłą, jak Kreolkę
Jolki cały świat to taniec
Umrze Jolka, nie ustanie

Jeszcze chciej powąchać jeża
W jeża smród nikt nie dowierza
Lecz nie musi umrzeć jeż
Byś ty jego smród czuł też

Dalej rymu już nie będzie
Bo jeż smrodem sieje wszędzie
Uciekajmy więc kto żyw
Bo jutro nie będzie komu zrobić śniadania

Ostatni rym trochę mi nie wyszedł, ale liczę na wybaczenie. Poza tym uprzedzałem wszak.

czwartek, 15 lipca 2010

Lista zakupów (poezja miłosna typu kulinarna)

A co byś powiedziała, miła,
gdybym ci bigos zrobił dzisiaj?
Czy bardziej byś mnie polubiła
od tego Ryśka, co ma liszaj?

A gdybym zrobił ci kaszanki
krwistej jak pole maków w słońcu,
czy mógłbym iść do ciebie w szranki
przed Włodkiem, co ma wrzód na końcu?

Zdradź mi, ma muzo, co się stanie,
jeśli cię poczęstuję kiślem?
Czy w sercu twym ustanie łkanie
za z przetrąconą łapą Ździśkiem?

Oświeć mnie, luba, szepnij słowo:
boczek, czy może flaki lepiej?
Na co masz chęć, moja królowo? 
Bo nie wiem, co mam kupić w sklepie.

niedziela, 4 lipca 2010

Wyborcza tablica ogłoszeń przy gieesie donasza

Na tablicy przy gieesie, 
gdzie się wiesza ogłoszenia, 
plik karteluch kagan* niesie 
dla narodu oświecenia. 
Więc czytają starzy, młodzi
(prędko, gdyż wójt niusy wciąż podmienia), 
o co w tych wyborach chodzi.
Poza chęcią omamienia.

„Polaku! Obywatelu wszelkiej proweniencji, ludu różnej maści, a niechże ci służy, a naści!” — tak do głosowania na swoją osobę zachęcał kandydat Porozumienia Otępiałych, Bolesław Konarowski. Widzowie podkreślali, że miód, który serwował przy tej okazji, był smaczny mimo że sztuczny.


Jak twierdzi listonosz z Kaźmirówki, Wiciołuszko Edward, który przypadkowo przebywał pod stołem podczas liczenia głosów, w okręgu gliniewickim siedmioma głosami wygrał (pardą) członek Partii Identycznych Sowizdrzałów, Jaromir Kuszyński. Istnieją podejrzenia, że to zasługa posklejanych jakąś klejącą substancją kart do głosowania jego konkurenta. Mieszkańcu powiatu gliniewickiego, dbaj o czystość, myj ręce po jedzeniu!


Hitem następnej kampanii może się stać wódka wyborcza: nie jest słodka, więc klei się po niej gadka, a nie karty. Spodziewane są jednak utrudnienia w wydawaniu naczyń z prezentami wyborczymi. Trudności miałyby być spowodowane obecnością  wyborców z pętami kiełbasy przewieszonymi przez ramię, wielokrotnie ustawiających się w ogonku aby tym dobitniej zadeklarować swoje poparcie, dodatkowo entuzjazm wyrażających wyborczymi okrzykami: „Hu hu ha”, „Niech żyje i umacnia się” „Na pohybel temu drugiemu, jakże mu tam” oraz „Pan szanowny tu nie stał”.


Cycata dnia: Zagwozdka tkwi w tym, kochanieńki, że kandydatów dwóch, a stołek jeden, do tego twardowaty. Mus jednego ubić albo po litra lecieć, gdyż inaczej my tego supła gordyńskiego nie rozetniem. To co, ściepa?
sołtys Koszelewa, Grzegorz Szuwaśko
w wywiadzie dla „Gliniewickich Nowości”


W Okręgu Wyborczym Nr 1 mieszczącym się w Szkole Podstawowej Nr 1 w Paździerzownicy Kościelnej przy ul. Gliniewickiej 1, stwierdzono naruszenie banderol i pieczęci lakowych na urnie do głosowania. Sprawcą okazał się woźny, Walery Maria Kurdygier-Lutosławski. W czasie trwania głosowania zajrzał on do urny w poszukiwaniu środków czystości, które przechowywał w niej w okresie międzywyborczym w obawie, że etanol oraz osad z drożdży zawarty w detergencie mogłyby wywołać nieoczekiwane następstwa w rękach uczniów. Woźny, przejawiający oznaki wyczerpania, został odwieziony do domu, a urna zaklejona taśmą klejącą. Dla niepoznaki przybito pieczątkę z napisem „Zapłacono gotówką”, bo tylko taką dysponowali mężowie zaufania (zasadniczo to żony zaufania, ponieważ służbę społeczną w tym lokalu pełniły pracownice Urzędu Pocztowego Nr 1). Korzystając z okazji wszyscy zgromadzeni w lokalu wyborczym odśpiewali hymn narodowy, który jednak nie zostanie publicznie odtworzony nie tylko podczas kolejnych piłkarskich mistrzostw, ale chyba w ogóle ze względu na zasadnicze zmiany tekstu w stosunku do obowiązującego brzmienia, jak na przykład „Buaaaa!” zamiast „O mój rozmarynie”.


— Nigdy, przenigdy nie zrezygnuję z realizacji swoich wybiórczych haseł! Żywotnym interesem Polski jest zwiększenie wydobycia kapusty oraz innych warzyw bulwiastych! — grzmiał na wiecu poprzedzającym ciszę wyborczą  kandydat Partii Identycznych Sowizdrzałów. Dał w ten sposób wyraz swojemu umiłowaniu ludu rolniczego miast i wsi oraz chęci wprowadzenia w szkołach o profilu artystycznym nowego przedmiotu: Modelowanie Kapuścianych Ludków.


Wybory przebiegały nadspodziewanie spokojnie. Jedyny incydent miał miejsce w Paździerzownicy Kościelnej. Na ulicy Gliniewickiej patrol policji zatrzymał wczesnym wieczorem dwóch jegomościów dźwigających dużą skrzynię. Utrzymywali oni, że towar nabyli legalnie, czego dowodem miała być pieczątka „Zapłacono gotówką”. Stróże prawa, w obliczu braku paragonu fiskalnego, nie dali wiary wyjaśnieniom obywateli. Prewencyjnie odesłano ich do Izby Wytrzeźwień, a zawartość pojemnika komisyjnie spalono razem z protokołem komisyjnego spalenia.


Znany ze swojej sympatii do rolników i działkowców kandydat PIS podczas wiecu w Gliniewicach wykopał dół w ziemi dla zasadzenia symbolicznego Dębu Pokoju i Poszanowania Wielowiekowej Tradycji Kopania Dołów Dla Zasadzenia Symbolicznych Dębów Pokoju i Poszanowania Wielowiekowej Tradycji Kopania Dołów Dla Zasadzenia Symbolicznych Dębów Pokoju. Przewodniczący ceremonii wójt powiatu gliniewickiego wyjął sadzonkę z ziemi, włożył ją z powrotem, tym razem korzeniami w dół, i wygłosił utrzymaną w patriotycznym tonie mowę. Pięć godzin później obudzono kandydata na prezydenta i zaproszono go na poczęstunek do Klubu Rolnika w pobliskim Koszelewie. Pięć godzin później ze śpiewem na ustach zaniesiono kandydata po kobiercu z gałązek rozmarynu do limuzyny. Limuzyna odjechała o świcie jak tylko udało się ocucić kierowcę, który po aperitifie doznał ataku śpiączki i gulgotał.


Ogłoszenia drobne: Znaleziono pudło obciągnięte białym i czerwonym ortalionem czy tam brezentem. Pudło puste, letko nadpalone, wania samogonem. W jednej ściance wyrezana podłużna dziura jakby się komu siekiera omskła. Wygląda jak skrzynia do przechowywania środków czystości. Jak kto zgubił, niechaj wbija do mnie z litrem, pomogę zabić dziurę deską żeby śmieci się nie dostawały. Radziulis Czesław, druga chałupa za gieesem po lewo.


Podczas koncertu z okazji siedemdziesięciu trzech dni działania zespołu Szutki-Nutki z Koszelewa, przewidując wynik wyborów zespół Szutki-Nutki Koszelewa odśpiewał nowy przyszły hymn powiatu gliniewickiego, który już jutro być może będzie brzmiał:

Pan Bogusław Konaroski został królem naszej wioski.
Bardzo cieszy się, raduje, gra na skrzypcach i żongluje.
Wziął małżonkę swą, Bożenę i zaciągnął ją na scenę,
gdzie zatańczył z nią fokstrota, bowiem naszła go ochota.

Wszyscy w wiosce się radują, na cześć króla wiwatują,
a niektórzy już od rana samogończyk piją z dzbana.
Jak więc widać, w naszej wiosce są nastroje raczej boskie.
Wszak nie co dzień się wybiera króla, choćby i blagiera.


————————————————————————————

* Temu „kagan” napisałem.
że on duży jest, wszak wiecie:
gdyby malca mieć tu chciałem,
bym „kaganek” pisał przecie.


Wszystkie informacje zostały wyssane z gąsiorka. Wszelkie podobieństwo do autentycznych postaci (w tym przypadku kandydatów) lub organizacji (w tym przypadku partii politycznych), jest zamierzone i w żadnym wypadku absolutnie nieprzypadkowe. Autor (w tym przypadku ja) nie ponosi odpowiedzialności z tytułu następstw wykorzystania w przyszłych kampaniach wyborczych pomysłów zaczerpniętych z treści niniejszego (ani żadnego innego) wpisu ze szczególnym uwzględnieniem zapisów Ustawy o Wychowaniu w Trzeźwości oraz Dekretu o Szamaniu Kalarepy.

————————————————————————————
Poprzednie wybory relacjonowano tu.
————————————————————————————
 

czwartek, 17 czerwca 2010

Przedżniwna refleksja

Byłem ja dziś na mej roli,
sądząc, że wzrost idzie gładko.
Lecz się spóźnia plon, międoli,
a sąsiad — z nową dzierlatką.

Dumam ja sobie: chromolę!
Czym żem ja podpadł w niebiosach,
że bida w mym chlewie, w stodole
gdy Baciuk tonie w kokosach.

Naszła mnie jednak myśl taka
(bo rzecz przemyślałem jak trzeba):
ten Baciuk to kawał buraka,
więc raczej nie pójdzie do nieba.

Uspokojony pewnością,
że w niebie nie spotkam łotrzyka,
udałem się zaraz z godnością
zagadnąć o gin Maciaszczyka.

sobota, 29 maja 2010

Wiosna, wiosna! Ach, to ty!

















Bocian ją przepędził,
zgasła z pierwszą burzą;
poszła zima w czorty.
Wiosna pachnie różą.

Słonko świeci mocniej
i tak bardziej z góry
- można wypić flaszkę
na łonie natury.

Kurki wciąż ganiają
w kółko bez przyczyny.
Zdjęły już barchany
niektóre dziewczyny.

Motyl wnet się skradnie
zza łanu kaczeńcy
i nawet ciut ładniej
śmierdzi gnój krowięcy.

Wszystkim czytelnikom tego bloga przekornie życzę smacznego obiadu.

sobota, 3 kwietnia 2010

Święta idą, Święta!

















Wielkanocna święta pora.
Zgasić mus telewizora,
napiec ciast i natrzeć chrzanu
żeby się podobać Panu.
Więc umyjcie się, rodacy,
byście byli tacy cacy.
Teraz już możecie godnie
biesiadować dwa tygodnie:
pojeść szynki, popić wódki...
Och, czas świąt jest taki krótki!

I masz, a raz jeden przy Wielkanocy miało być na poważnie. No ale co zrobić, żywność taka (w dodatku kocia). Życzę wam, konwalijki urocze, żeby cały ten blichtr, szamotanie, nie przysłoniły tego, co w tych Świętach najważniejsze. Amen.

wtorek, 23 marca 2010

Wieczorek poezji gadanej

Cisza! Ciiszaa! Jak gęby nie rozedrzesz, to i nie posłuchają. Siadać mnie tam, tera ja gadam. Witam ja was wszystkich, drogie wy moje sąsiedzi i was, panie wójcie... a dzie on zapodział się, a? Co za podśmiechujki tam z tyłu? Że co? Ot, kołowate, jak żonka dla niego zakazać mogła kiedy on tu służbowo miał być, wstążkę nożycami rezać, szampionem ruskim delektować się? A co Kazberuk Leokadia ma do tego? Aaa, widzisz, to takie buty!

 No dobra, ja wstążkę potnę. Jak by nie patrzeć, sołtys też szycha. Sam jesteś szyszunia, Kownacki. Wyszczekane to, a ledwo wąs puścił się. Jak ja już napomkłem uprzednio, witam ja was, drogie moje sąsiedzi, na dokulturalniającym spotkaniu poetycznym pod hasłem „Uniesiona poezja gadana w służbie rolnictwa”... Kultury wy tu przyszliście zażywać, a nie z gwinta pociągać! Czyprak, Radziulis, jak wy myślicie, że ja nie widzę, oo, to wy srogo mylicie się. A i gąsiorka poznaję, wszakże to ten sam, a o ło, szyjkę ubitą ma, co my jego razem na spółkę u Maciaszczyka zakupiliśmy ażeby delektować się, ale po wieczorku poetycznym, a nie w trakcie, wy szmajduny jedne, wy! Za moją krwawicę wy się tam teraz chichracie. Żeby nie publiczny obowiązek, inaczej ja bym was wyfasował.

Cieszę się ogromnie, że wy tak licznie do przybytku sztuki garniecie się, bo dzięki temu w województwie poważanie większe ja mam, że kulturalność rozkrzaczam. Wiem po prawdzie, że żeby nie zapowiedziałem ja, że jak kto marchew i kartochli zakontraktować na przyszły rok chce, obecnością swoją potwierdzić tu to musi, to wy byście teraz z czerwonymi nosami przy trzecim gąsiorku rozśpiewywali się. Zeszłej niedzieli, jak dobrowolność ja nieopatrznie dopuściłem na podwieczorku prozy siermiężnej, to tylko Filipiak Władysław i Kucia Stefan przyszli, a i to bez to tylko, że w karty grać nie mieli gdzie, bo w klubokawiarni kredyt zaufania wyczerpali. Dobrowolność nie dla was jeszcze, pomorki. A tak, ja na ordera zasługi wyrabiam, wy kontraktację uzyskacie być może, a wszystkie razem jak jeden mąż z babą odchamimy się ździebko.

Tak mi się tylko powiedziało, Samusikowa, że być może. Już kto jak kto, ale wy dostaniecie na pewno, bo wasz Jasiek dla mnie ładnie nowy dach zrobił, to ja wywdzięczyć się muszę. No ale co z tego, że ja jego do tego dachu szantażem przymusiłem, co? No powiedzcie, Samusikowa, co z tego? Zrobił? Zrobił. Szantaż pożyteczny bywa o ile w sprawie słusznej stosowany. A tak, tak. Moja sprawa słuszna była, bo żebym ja nie kazał dla niego ten dach robić, tylko do posterunkowego Guzika zawiadomienie złożył, to wasz Jasiek z ciurmy za swojego życia nie wyszedłby. Toż wszystkie wiedzą, że zadusił on buciorem wiciołuszka drabiniaczka, w obronie którego te okologi z kołtunem na łbie trzy niedzieli w przyczepach keńpingowych do sosen poprzypinane siedzieli i tylko na noc do hotelu Relax do Gliniewic albo do menikiurzystki jechali. A ten szast-prast, i wiciołuszek co? W trypiz... Znakiem mówiąc, na marmeladę rozduszony. Dobro narodowe, Samusikowa, dziedzictwo nasze i wasze!

Ale dajcie wy mi już spokój! Co wy, myślicie, że dla mnie przyjemnie siedzieć tu kiedy bibiokarka machorki kurzyć nie kazała? W książki dym wchodzi, moiściewy! Dawajcie, odbębnim prędziutko i na mecza do bufetowej Danuty pójdziem. Na początek, koszelewska ty, wyrafinowana inaczej publiczności, dziecki z pierwszej B klasy z paździerzownickiej szkoły podstawowej powiedzą własną twórczość ludową. Marysia, Witoldzik, a pójdźcie tu.

Na góze lóze, na dole konicyna,
nie chcemy sela, tylko wina.
Na góze poksywa, na dole ldest,
pan wójt z Gliniewic to bałwan jest.

Oj, jak dobrze złożyło się, że wójt zaniemógł i Kazberuk Leokadia nalewkami ziołowymi jego leczy w alkierzu. Toż ja by popłyynąął, że i Wisła tak nie płynie! No, biegnijcie dzieciaczki i powiedzcie pani uczycielce, że pogadankę ja dla niej zrobić muszę obświadamiającą. No, a tera, na zakończenie uroczystości... no gdzie lezą do drzwi, nie koniec jeszcze, no więc teraz kościelny nasz, Koszelewski Zygmunt, jako że w całej naszej wiosce najbieglejszy w dukaniu, przeczyta poemata Grzegorza Psubrata z tomiszcza „Obornik i zgliszcza”. Tytuł jego to Szwożere... Szlowieżo... Szwożeżeżewo... No kto to widział nazwanie takie durnowate nadawać! Bez tytułu ta poemata jest. I nie gadać mnie tu o cenach na skupie, bo nie pora po temu! No, Zygmuncie, przyjacielu mój, zapodawaj, ale nie wczuwaj się zanadto tylko rach-ciach — tak jak ty psalm na roratach śpiewasz, że ksiądz proboszcz, bywa, nie zauważy, że zacząłeś, a nawet już skończyłeś — bo jak ty zwlekać będziesz, to tamte dwa bejce w tylnim rzędzie wysączą śliwowincję do samego denka i przyjdzie mi spędzić wieczór przy herbacie. No, jedziesz, jedziesz.

Dotyk się wtulał w oczu nisze,
W żyłach się krew wzburzona wiła,
Zmierzchy czerwienią cięły ciszę.
I były świty. Młodość była.

Paliła żądza w noc szeptana,
Serce o zachwyt grało z głową,
Błyszczała myśl nieskołatana
I każde się żarzyło słowo.

Było jak wcześniej nic nie było,
Wciąż nowe słońca grzały skórę,
W nurt coraz nowy się wchodziło.
W olśnienia pierwsze, potem wtóre.

Nie było jeszcze nic stracone,
Horyzont malał, coraz bliższy.
A teraz... włosy przerzedzone
I człowiek bledszy, jakby niższy.

Żądze odeszły w inne strony,
Sieć zmarszczek jak sieć ulic gęsta,
W tym labiryncie żar stłamszony
Lecz tli się jeszcze, nie chce przestać.

Wszak czas nasz wciąż niedokonany,
Choć się przydawek ogon pręży.
Przedrostków naszych nie poddamy.
Tryb warunkowy nie zwycięży.

Jeszcze nie przyszedł czas, co rani
Bruzdami smutku trakt pamięci.
Przybędą w sukurs zawezwani
Szwoleżerowie w snach zaklęci.  1 

No i co zacichli tak, a? O masz, toż i ja nie pojąłem nic, ale to tak ma być! Na to poetyczność wymyślona została, żeb zrozumieć nie dała się. Żeby ona zrozumiała była, to by się nazywała instrukcja obsługi ciągnika, a nie poetyczność. Ot, niewyrobione wioskowe społeczeństwo. No dobra, możecie iść. Na następną niedzielę po sumie przyjdźcie znoweś kto dopłatę do opału na zimę chce dostać, będziem szanty śpiewać. Radziulis, zamknij dziób! Za tydzień, powiedziałem! A idźcie wy z moich oczów, wy kulturalna posucho, wy.

  1  Andrzej Gryczan, „Szwoleżerowie”

wtorek, 23 lutego 2010

Em Si Czyprak - wioskowy rap

Znalazłem na stryszku galoty robocze. Zdaje się, jeszcze dziadźko z UNRY dostał przydziałowo. Wielgachne takie, że na nikogo nie pasowały, to czas jakiś na strachu na wróble wisiały, a potem spoczęły na strychu w kuferku. No i znajszedłem ja ich, nałożyłem, i patrzę, wyglądam samo rychtyk jak te mondzioły w Gliniewicach, co w gaciach z krokiem na kolanach się snują i w czapkach z kozyrkiem ale krzywo. Tak sobie dumam, może i ichnie gacie też z tego samego źródła?

Podglądnąłem także w klubokawiarni w telewizorku na stacji MTV, że inne patafiany, takie czarniawe więcej, też się snują jakby dla nich kto mleka makowego do kompotu dolał i pokazują coś ręcami. Rozczapierzają paluchi i zamiatają. Gadają przy tym takie „a-ha a-ha” i „oł-je m-hm”. Znakiem tego mówią zdaje się, że zrozumieli, co się do nich gada, a ręcami pokazują, odkąd dokąd to zrozumienie posiadają. Nu, nie za wiele tego, ale co poradzisz. Na wykształciuchów nie wyglądają wogle. Aha, no i jeszcze robią miny jakby pod pachami nie podmyli się albo jakby dla nich kto w te czapunie narobił i przyklepał.

Jak by to nie wyglądało, to jednakowoż kiedy wielgachna stacja pokazuje takie dziwadła, to to musi światowe i mądre być, a ja tu wioskowy chłop jestem i nie znam się nic a nic. Z duchem czasu iść trzeba, pomyślałem. No i dobra, przy niedzieli mniej koło gospodarki chodzić trzeba, więc po obiedzie włożyłem ja te gacie, obsunąłem krok żeby się po ziemi ciągał, nagawki wsadziłem w kościołowe gumiaki, czapkę uszatkę na zukos przekrzywiłem i dawaj delirycznie snuć się po chałupie, majtać się jak Stefanko Józef (wiecie, ten, co chorobę sierocą miał i ajkiu nietoperza) i łapami młynkować, a palcy rozczapierzać. Fajny był ten kryształowy flakon, ale może uda się posklejać. Najgorzej, że pinezki ja w nim trzymałem i kilka do butów dostało się, więc chwilowo nie chodzę zgrabnie.

Takie neptykowe łażenie szybko dla mnie znudziło się jednakże, bo nieproduktywne za bardzo jest i straty w dobytku powoduje. Ale ale, doznałem olśnienia, toż te z krokiem w kolanach, to one cięgiem tam coś mruczą pod nosem i jak gdyby tak skandują w poprzek podkładu muzycznego. A, to może i dla mnie tak trzeba zrobić. Wygrzebałem kawałek papiurecka, co go na podpałkę naszykowanego miałem, obdrapałem drewienko z ołówka i zacząłem tworzyć twórczość rapową. Rym taki więcej częstochowski dla mnie wyszedł, ale w końcu to rapowa piosnka jest, więc mam nadzieję, że nie spodziewacie się Leśmiana.

Apropos Leśmiana. A nie czytać mi tego mojego wierszyka jak poematu o chruśniaku. Pamiętacie może, Władysław z Lucyną poszli na pole malinowe Głuszczaka Leopolda, ale zgubili się, bo trochę hektarów Głuszczak ma. Zanim posterunkowy Guzik na parolotni ich wypatrzył, zdążyli wyjeść malin na siedymdziesiąt złotych. No, to nie czytać tak jak poetycznej twórczości, tylko tak więcej jakbyście skandowali hasła na pochodzie pierwszomajowym. Albo o ło, jak ten zespół T-Raperzy znad Wisły, co koncertował onegdaj w domu kultury w Gliniewicach, tylko zamiast „Mieszko, Mieszko, nasz koleżko” albo „Dobra dobra, dobra dobra, pocałujcie w dupę bobra” u mnie są takie zamorskie wzdychania typu „oł-je, jo-men”.

Zrozumieliście? To puśćcie sobie w tle płytę z Santor Ireną albo Grechutą Markiem – zresztą, cokolwiek byle nie pasowało, bo muzyka tam najmniej ważna jest - i do rapowania się zabierajcie. Jak my poćwiczym, to latem pojedziem może na Festiwal Piosnki i Przyśpiewki Rapowej do Kaźmirówki Wielkiej. Może wójt dotancje jakie przyzna na kościumy?

Ale koniec pitolenia, bo znoweś rozgadałem się, a twórczości poetycznej ani widu, ani słychu. No to daję.

Piosnka rapowa o zalotach Bardziaszko Stefana do Kujawskiej Marioli

Wstęp, czyli czujna zagajka, madafaka men:
m-hm jo-men joł-roł-roł-roł 
ou-je je-men m-hm 
fak-end-grab chędoż-i-łap to wioskowy rap 
m-hm-m-hm o-je je-men

Chodź mi tutaj moja panno,
mięto, manno i dziewanno,
chodź mi tu mój dziewięćsile,
gdyż posmyrać chcę cię chwilę.

Ref.:
tak-cię
ja-chcę

Będę ci imponić wanną,
furą latem, zimą sanną.
A na koniec dam ci w darze
kaczek, gęsi, kur po parze.

Ref.:
si-si
dam-ci

Pójdź, pokażę ci ja życie
letkie, choć nie w dobrobycie
a okrasą będzie ranny
udój bydła niewyspanny.

Ref.:
o-je
dój-je

Tamten w wyrku był lucyfer,
miał na brzuchu kaloryfer,
ale prędko się wydało,
że przeczytał książek mało.

Ref.:
miał-w-łbie
kieł-bie

Więc zapomnij na chwil kilka
jak cię tamten koleś ćwirkał,
gdyż przychodzę w twe barchany,
zrobić mętlik niesłychany.

Ref.:
a-ha
ci-ja

I powiedzmy sobie szczerze,
że nie miną dwa pacierze
jak mi będziesz rzęzić, kwilić
i wioskowe życie milić.

Ref.:
tak-ty
je-mi

Czas mi kończyć, bo coś czuję,
że sikorka się nerwuje.
Idę pohołubić pannę.
Miętę moją i dziewannę.

Ref.:
ech-drżyj
się-wij

joł-roł-roł men madafaka men oł-je

sobota, 9 stycznia 2010

Gliniewice lodowice

Byłem dziś w Gliniewicach. Zaspy, lód, co tylko. We w samym centrum chodniki oblodzone. Co i rusz jakaś baba albo chłop fik! i wykopyrta się. Żeb wiedzieli, że tak będzie, pewnikiem łyżwy by z chałupy ze sobą wzięli. Zadaremne lodowisko, niezła miejska promoncja. 

Widać od razu, że nikt w mieście nie odśnieżał nic a nic, a to bez to, że służby miejskie nie wyjeżdżają minimum 4 godziny od ustania opadów śnieżnych. Rozumiecie wy coś z tego? Jak pada, to się nie odśnieża. A co, piaskarki i pługi przez zaspy jechać boją się, to czekają aż osobowe rozjeżdżą? Toż gdzie rozum, to właśnie wtedy kiedy pada, odśnieżanie i sypanie piaskiem ze solą najwięcej przydatne jest. A gdyby padało bez całą zimę z króciutkimi przerwami, to nie wyjechałyby one ani razu, i byłoby gites, tak?

Ciekawe, czemu się nie odśnieża jak przestaje padać. Oj, nie dojdę ja tołku z tymi mondziołami.

Szedłem na pekaes żeby do chałupy wrócić i dumałem, gdzie ta ichnia obsławiona straż miejska jest, że mandatów nie wystawia. Już wychodziłem z tego miasta powiatowego, i wtedy zobaczyłem. Przy jednym z ostatnich domów, że i pies z kulawą nogą nie zagląda, stało dwóch w czapkach. W koleinach stali, bo droga oczywiście nieodśnieżona. Wypisywali mandata dla staruszki o kijku, że nie odśnieżyła pobocza wzdłuż posesji. Pomyślałem, no tak, w centrum musieliby dla burmistrza upomnienie wystosować. A burmistrz ich szef przecie. To by było tak, jakby same na siebie karę nałożyli. Aż takie durnowate to one nie są. Wiadomo, nie ma mandata, nie ma odśnieżania. To się dopiero nazywa letko zarobiony pieniądz. Sprytnie to sobie wykombinowali.

A żeb ich poczochrało. No to my w nich krotochwilą, albowiem satyra kłuje pomorków swym żądłem jak Szuwaśko słoninę widelcem, i wtedy one kajają się i kruszeją. No dobra, poniosło mnie, oni mają to w zupie. Że rym częstochowski? Jaka władza, taki rym.

Gliniewice się szykują,
grać z Orkiestrą zamiarują.
Będą trąby i fanfary,
sztuczne ognie, flesze, flary.
Wielka scena rozstawiona.
Grupa „Boysi” zaproszona.
Wójt nakazał żeby w rynku
błysk na każdym był budynku:
by świeciło to i owo,
bo to ładnie i światowo.

Nie ma rady, wójt kazali.
Lecz się wspinać nikt nie pali.
Zarządzono losowanie.
„Miał pan pecha, panie Janie”.
Westchnął Jan, na dach się wdrapał,
ale rynny się nie złapał.
Spadał, jęczał i pomstował.
Farciarz, w zaspie wylądował.

Służby miejskie rozum miały
kiedy śniegu nie zbierały.
Teraz wiemy, że celowo
w mieście śnieżnie jest, lodowo.
Ma to służyć temu, aby
się nie potłukł wspinacz słaby.

Niech się wam wiedzie, jaskółeczki podniebne. Pamiętajcie, lód nie lód, a kto na dobry cel piniondza da, temu w niebie oddadzą z oprocentowaniem.

czwartek, 24 grudnia 2009

Dla chłopaka i dziewczynki Czyprak rzęzi spod choinki

















Z dziada było i pradziada:
lud życzenia przepowiadał;
i choć świat się brzydko zmienia,
nadal słane są życzenia.

Więc w Wigilię, z pierwszą gwiazdką
ja też witam was powiastką,
śmiechuwartką z cienkim rymem.
Cóż, nie jestem ja Tuwimem.

Żeby wasza kuchnia wonna
była suta i przestronna.
Żeby zawsze wam starczało
na rozmaryn i kakao.

Niechaj sosy i pieczenie
miło pieszczą podniebienie,
niech gulasze się udają,
niech sąsiedzi zachwalają

z chlebnych pieców rajskie wonie.
Chciałbym też, by wasze dłonie
żadnych mąk nie doznawały
za wyjątkiem mąk do chały.

Co tam jeszcze. Życzę wam
(tu przerywnik: tada-dam)
żeby kurki się wam niosły,
świnki jak na drożdżach rosły,

konik by ponosił rzadko,
krówka nie kopała ratką,
by nie brakło win w gieesie.
Chociaż nie. Brak wina zniesiem.

Byście pili z roztruchana,
by biesiady wam do rana
nie zgasały, a napoju
tryskał strumień jak ze zdroju.
(Co mówicie? Że nie wiecie
jaki napój, bo na świecie
wiele ich jest? Oj, niebogi,
a co wprawia w nastrój błogi?)

Lećmy dalej: żeby chwile
z przyjaciółmi grzały mile.
By niesnaski się skończyły,
w kąt szły cienie, blaski lśniły,

by spełniały się marzenia
oraz żeby te życzenia,
co przy drzewku wyszepczecie...
Aj, toć sami dobrze wiecie.


To nie wszystko - wszak po Świętach
Czyprak o was wciąż pamięta
i powiastkę dalej plecie.
Posłuchajcie jeśli chcecie.

Żeby wam się lepiej działo:
więcej spało, mniej kaszlało,
żeby wam nie skakał gul
i by nie doskwierał ból.

Żeby wam się chciało chcieć,
żeby nie dokuczał cieć.
Więcej luzu, a mniej tłoku
Czyprak życzy w Nowym Roku.


Teraz to już życzeń koniec.
Idźcie się pokłonić żonie
(lub mężowi), dziadkom, dziatkom
i mamulom oraz tatkom.

A wspomnijcie kiczokletę
kiedy jutro nad pasztetem
kielich swój wzniesiecie w dłoni.
To pisałem ja, Antoni.

sobota, 5 grudnia 2009

Pokot kota













Zaległ kotek na wieszaku.
Co się byczysz, przyjemniaku?

„Zjadłbym myszę albo gila,
ale mi się nie chce schylać.
Gdybym hasał gdzieś w tę pluchę,
ktoś by nazwał mnie flejtuchem.
Albo bym się zziajał jeszcze.
Mrrrau, ta myśl przeszywa dreszczem!

Choć na łowy więc mam smaka,
leżę, strzegąc ci wieszaka.
Okaż wdzięczność z tej przyczyny,
rzuć do miski chabaniny;
wkrótce będzie mi się chciało
podjeść dobrze i niemało.”

Na wieszaku kotek zaległ.
Zejdzie wkrótce. Albo wcale.

środa, 22 lipca 2009

Czyprakowe rozterki sierpniowe, a więc będzie lirycznie, częstochowsko, o niebie z gwiazdami

Kiedy noc wonna nadeszła i ciemność opadła na ziemię,
Gwiazdy nad dom napłynęły lśniącym szerokim strumieniem.
Ruszyły śmiejąc się, nucąc, by tańczyć nad leśną polaną
A czas ich szczebioty usłyszał i - zasłuchany - przystanął.

Księżyc wyjrzał zdziwiony z posłania w zaroślach łoziny.
Ktoś przerwał mu sen o manowcach. Chciał dociec, z jakiej przyczyny.
- Gwiazdy - narzekał - jak zwykle: plotkują, nigdy nie gasną.
Wrócił do swojej łoziny, ułożył się, westchnął. I zasnął.



Wyszedł Antoni na gumno. Podumał, w niebo się wgapił,
Podrapał się po łysinie i prosto z butli się napił.
"Oj, żyźń ty parchata, wymruczał, jak pięknie w sierpniu na świecie!
Toż musi nigdzie tak cudnie jak w gliniewickim powiecie.

Lecz serce żałość wypełnia: opuścić trzeba mi chatę,
Gdyż jechać ja zamiaruję, spotkać się w mieście z mym bratem.
Wierzcie mi, zostać bym wolał, a i roboty mam wiele,
Jednak w świat pędzi rzecz ważna. Jest nią bratowe wesele.

A więc żegnajcie mi, mili, rozstać się z wami ja muszę.
Lecz prędko wrócę, bo z tydzień potrwa zabawa, jak tuszę.
No, jeszcze łyczek i w drogę. Pekaes motor już grzeje.
Raz jeszcze w gwiazdy popatrzę i pozamykam wierzeje.

Zostawiam z wami Szuwaśkę - wie, gdzie po bimber się chodzi
Zna też on dobrą metodę, jak w studni bimber
ten schłodzić.
Radziulis Czesław wspomoże gdy znajdzie was kac, ta gadzina,
A z głodu raz-dwa was wybawi sąsiadka, Pałąk Halina."

Poszedł Antoni, by w mieście poznać kulturę światową,
Pojeść, napić się czego i ucałować bratową.
Wróci na pewno, bo jakże: kuchnię zostawić, chudobę,
A z dala od śliwowincji mieć znowu zdrową wątrobę?



Gwiazdom w ulotnym tanie tiul sukien wiatr porozwiewał,
A każda pląsa inaczej, a każda inaczej śpiewa.
W tym chórze nocnym
doprawdy każdy rozkochać się może.
Wyjść tylko trzeba na przestwór, spojrzeć, wyszeptać "Mój Boże".

Do pokucharzenia za tydzień, sarenki łaskawe!