Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 grudnia 2011
Letni makaron z sosem oliwkowym z pomidorów
A jednak okazało się, że Mikołaj do nas zawitał o czasie. Pozawczoraj falstart był, a nawet nie falstart, bo to nie on, tylko straż ogniowa przemknęła jak się w Kaźmirówce stodoła fajczyła. Nawet wybuchi byli, bo chłop popod siankiem półroczny zapas samogonki trzymał na okoliczność wojny. No a dzisiaj poznajdowaliśmy przy kominie różne fajne rzeczy. Sołtys Szuwaśko słój ogórców dostał, u Pałąków była wielgachna torba landrynek i grzebień, a Radziulis Czesław wzbogacił się o całe mnóstwo gazet na podpałkę. To znaczy on myślał, że dostał te gazety, ale potem doszedł, że sam je przy piecu zostawił, a od Mikołaja otrzymał różową fufajkę. Tylko że kiedy on się spostrzegł, że fufajka zahaczyła się o gwózdek w kominie, to za późno było, ponieważ w piecu już buzowało i z fufajki marne resztki ostały się, w dodatku takie więcej czarniawe.
Dla mnie Mikołaj litr gazu do mojej emailowanej kucheneczki gazowej i książeczkę z przepisami przyniósł. Widzi mi się, że Pałąkowa w tym palce maczała, bo raz że jej paluchy na obkładce odbite, a dwa że niezadawno temu ona na pokazie garnków była, co to potem dwa dni po wiosce latała i wiszczała, że jak można za garnek żądać tyle mamony, że i traktor kupiłby. Używany to używany, ale zawsze. A tę książeczkę to ten sam producent, co te garnki toczy, wydał, więc może moja sąsiadka podciągnęła cichaczem ze stolika. Karola Okrasy receptury tam są. Dietetologiczne. Takich naszemu sołtysowi i pokazać nie można, bo zaraz sarka, pluje i złorzeczy. On jak coś nietłuste jest, to go wzdryga.
I tego, zaraz umyśliłem przyrządzić coś z tej książeczki, bo Okrasa po kuchni fajnie hasa i ma chłopak polot. Padło na przeuroczy makaron z sosem z pomidorów i oliwek. Bo to, rozumiecie, na jesień dwie metody są: albo ją satyrką i bigosem, albo takim daniem, że powąchasz, zamkniesz oczy, i jakbyś, nie przymierzając, na stokach Toskanii znajszedł się, albo i popod Paździerzownicą w czas żniw. To daję, co nie?
Składniki:
▪ 20 dkg makaronu,
▪ 5 dkg wędzonego boczku,
▪ 6 pomidorów,
▪ 5 pomidorków koktajlowych,
▪ po garści zielonych i czarnych oliwek,
▪ 1 pęczek bazylii,
▪ 2 ząbki czosnku,
▪ nie za duża cebula,
▪ 1 łyżka masła,
▪ 2 łyżki twardego sera.
Na patelnię wlewamy oliwę z oliwek (ja lubię dać ciut więcej, niż potrzeba, bo potem ona tak pięknie błyszczy i dodaje subtelnego smaczku), krótko podduszamy pokrojony boczek, a potem dorzucamy i szklimy szklimy posiekaną cebulę i czosnek. Dodajemy obrane ze skórki i pokrojone w kostkę pomidory. Dusimy na niezbyt dużym gazie. Kiedy pomidory się rozgotują, dorzucamy przepołowione pomidorki koktajlowe oraz oliwki, połowę posiekanych, połowę w całości. Całość doprawiamy solą, pieprzem, dorzucamy masło i wyłączamy gazowanie. Kiedy się masło roztopi, dorzucamy posiekaną bazylię, mieszamy z makaronem i już (ja dałem nitki, bo innego nie miałem, tagliatelle byłyby lepsze). A nie, jeszcze starkowanego sera na wierzch sypiemy. Robi się to tyle czasu, co się kluski gotują. Ach, ten aromat... radosny, słoneczny, pełny. A poszła ty, jesieni, w kibieni, że poetycznością polecę.
Po prawdzie, teraźniejsze grudniowe pomidory to się do zakwaszania octu jedynie nadają, ale zawsze można użyć takich z puszki. I tak zaodraz letnie ciepełko człowieka owionie, ciemne myśli pójdą precz, i aż się będzie chciało nad rzeczkę plażować iść. Byle się w porę opamiętać, bo zapalenie płuc i odmrożenie schabów gotowe. Ale o schabie opowiem wam jak skończę jeść budyń.
niedziela, 27 marca 2011
Klops, a po klopsie prowokacyjny konkurs
Cie florek, jakieś obcyndalanko nastąpiło? Oj, nastąpiło. Śliczna pogoda, słonko napindala, a mnie się nie chce nic a nic. Nie żebym nie pitrasił, ale wszedłem w taką fazę, że robię rzeczy, do których boję się podejść z aparatem. Same pyszne kupy. Potrawka z kurczaka w moim wykonaniu do pokazywania społeczeństwu nadaje się jak wpis kondolencyjny prezdenta, a kiedy następnego dnia do resztek mięsa i sosu dodaję ślicznie zrumienione pieczarki, to... no, jakby zabrać barwnik identyczny z naturalnym z puszki dla psa. No to dziś rozgrzewający, wesoły klops na pożegnanie zimy i kilka nie za kolorowych fotek z prowokacyjnym konkursem. Jadę, nie?
Kiedy myślę „klops”, mam na myśli właśnie ten. Od wielu lat nie eksperymentuję z tym pysznym daniem i zawsze robię w jeden sposób, co należy odnotować z tej przyczyny, że uświadczyć u mnie tę samą potrawę dwa razy, to jakby zobaczyć wzmiankowanego prezdenta ze słownikiem ortograficznym (ale nie podkładającego ów słownik popod szlaban żeby się nie chitał, tylko pogrążonego w odkrywczej lekturze). Tfu, ja politykuję, ja?! Koniec świata, poruta i dowód, że nie wszystko gra, buczy i koliduje.
Dobra, ale do klopsa. Dodatek płatków owsianych i soku pomidorowego nadaje temu klopsu lekkości i soczystości, o aromacie nie wspominając. Posłuchajcie.
Składniki:
75 dkg mielonego mięsa (wołowo-wieprzowego, indyczego, wolna wola),
2 jajka,
3/4 szklanki soku pomidorowego,
3/4 szklanki płatków owsianych,
2 cebule,
4 ząbki czosnku,
cząber, gałka muszkatołowa, sól, pieprz.
Cebulę i czosnek siekamy i wrzucamy do dużej miski. Zalewamy sokiem pomidorowym, połową szklanki wody, dodajemy płatki owsiane i przyprawy. Odstawiamy na 15 minut żeby płatki napuchły. Dodajemy mięso, jajka, wymemłujemy metodą manualną na jednolitą masę. Obrzucanie się taką paciają jest niezwykle inspirujące i stymulujące, ale należy pamiętać, że po skończonej zabawie nie będzie obiadu.
Keksówkę smarujemy oliwą, wkładamy masę mięsną, posypujemy, jak mawiał pewien policjant, byłką tyrtą i skrapiamy oliwą lub stopionym masłem żeby uzyskać chrupiącą skórkę. Pieczemy w piekarniku około 50 minut, czyli do czasu kiedy pierwsze ślinotokowe krople skapną nam po brodzie na widok brązowiutkiego wierzchu klopsa.
Po dziesięciominutowym niecierpliwym odczekiwaniu wyjmujemy ciacho z foremki, odkrajamy grube plajstry i serwujemy z kaszą i buraczkami czy tam ze sosem grzybowym. Albo jak kto woli, taki klops jest świetny z czymkolek, i zachowuje soczystość nawet po wystudzeniu, więc na kanapki jak znalazł.
A teraz prowokacyjny konkurs. Prowokacyjny on się nazywa bez to, że rozwiązanie może znać może z pięć osób zaglądających na tego bloga (czyli połowa ogółu czytelników), ale za to do wygrania jest butel śliwowincji żytniej od Maciaszczyka (dla przyjaciół Olka). Skoro na fotach jest najprawdziwsze zadupne zadupie bez znaków szczególnych, jasnym się dla was staje, moje wy bystrzaki radosne, że właściwie są to pozdrowienia dla Sulejuków Anieli i Ździsława, u których w gościnie ja zimą na skraju Puszczy Knyszyńskiej przebywałem (te koleiny to od mojego traktorka). Jednak słowo się rzekło i jak kto wie, gdzie te zdjęcia zrobione, niechaj się wpisuje się, a nagroda nie ominie jego.


Ktoś wyrzucił dobrą babę?
No to poskakałem z tematu na temat. No i dobra. Żeby jeszcze bardziej poplątanie z pomieszaniem wyszło, a nie że to normalny blog jest, na koniec mały wierszyk na cześć takiego jednego, co o nim dziś tu się pisało (gdyż chłop żywemu nie przepuści, a jak się do czego przyssie to niech się kleszcze edukują) jako zapowiedź, że chcę niezabawem zarzucić numer „Gliniewickich Nowości” ażeby wyście się poczuli jak u siebie w domu i zaznajomili się z bolączkami i radościami naszego powiatu. Idzie mi niesporo, jak to na przednówku, ale może z początkiem kwietnia coś wesołego namodzić się uda. Rymujemy (na wzór tej wyborczej rymowanki) i do uwidzenia się z kochanieńkimi.
Pan Bolesław Konaroski
został królem naszej wioski.
Cały naród wiwatował,
pił bimberek i świętował.
Któż przypuszczać mógł, nasz królu,
że nie umiesz pisać „bólu”...
Kiedy myślę „klops”, mam na myśli właśnie ten. Od wielu lat nie eksperymentuję z tym pysznym daniem i zawsze robię w jeden sposób, co należy odnotować z tej przyczyny, że uświadczyć u mnie tę samą potrawę dwa razy, to jakby zobaczyć wzmiankowanego prezdenta ze słownikiem ortograficznym (ale nie podkładającego ów słownik popod szlaban żeby się nie chitał, tylko pogrążonego w odkrywczej lekturze). Tfu, ja politykuję, ja?! Koniec świata, poruta i dowód, że nie wszystko gra, buczy i koliduje.
Dobra, ale do klopsa. Dodatek płatków owsianych i soku pomidorowego nadaje temu klopsu lekkości i soczystości, o aromacie nie wspominając. Posłuchajcie.
Składniki:
75 dkg mielonego mięsa (wołowo-wieprzowego, indyczego, wolna wola),
2 jajka,
3/4 szklanki soku pomidorowego,
3/4 szklanki płatków owsianych,
2 cebule,
4 ząbki czosnku,
cząber, gałka muszkatołowa, sól, pieprz.
Cebulę i czosnek siekamy i wrzucamy do dużej miski. Zalewamy sokiem pomidorowym, połową szklanki wody, dodajemy płatki owsiane i przyprawy. Odstawiamy na 15 minut żeby płatki napuchły. Dodajemy mięso, jajka, wymemłujemy metodą manualną na jednolitą masę. Obrzucanie się taką paciają jest niezwykle inspirujące i stymulujące, ale należy pamiętać, że po skończonej zabawie nie będzie obiadu.
Keksówkę smarujemy oliwą, wkładamy masę mięsną, posypujemy, jak mawiał pewien policjant, byłką tyrtą i skrapiamy oliwą lub stopionym masłem żeby uzyskać chrupiącą skórkę. Pieczemy w piekarniku około 50 minut, czyli do czasu kiedy pierwsze ślinotokowe krople skapną nam po brodzie na widok brązowiutkiego wierzchu klopsa.
Po dziesięciominutowym niecierpliwym odczekiwaniu wyjmujemy ciacho z foremki, odkrajamy grube plajstry i serwujemy z kaszą i buraczkami czy tam ze sosem grzybowym. Albo jak kto woli, taki klops jest świetny z czymkolek, i zachowuje soczystość nawet po wystudzeniu, więc na kanapki jak znalazł.
A teraz prowokacyjny konkurs. Prowokacyjny on się nazywa bez to, że rozwiązanie może znać może z pięć osób zaglądających na tego bloga (czyli połowa ogółu czytelników), ale za to do wygrania jest butel śliwowincji żytniej od Maciaszczyka (dla przyjaciół Olka). Skoro na fotach jest najprawdziwsze zadupne zadupie bez znaków szczególnych, jasnym się dla was staje, moje wy bystrzaki radosne, że właściwie są to pozdrowienia dla Sulejuków Anieli i Ździsława, u których w gościnie ja zimą na skraju Puszczy Knyszyńskiej przebywałem (te koleiny to od mojego traktorka). Jednak słowo się rzekło i jak kto wie, gdzie te zdjęcia zrobione, niechaj się wpisuje się, a nagroda nie ominie jego.


Ktoś wyrzucił dobrą babę?
No to poskakałem z tematu na temat. No i dobra. Żeby jeszcze bardziej poplątanie z pomieszaniem wyszło, a nie że to normalny blog jest, na koniec mały wierszyk na cześć takiego jednego, co o nim dziś tu się pisało (gdyż chłop żywemu nie przepuści, a jak się do czego przyssie to niech się kleszcze edukują) jako zapowiedź, że chcę niezabawem zarzucić numer „Gliniewickich Nowości” ażeby wyście się poczuli jak u siebie w domu i zaznajomili się z bolączkami i radościami naszego powiatu. Idzie mi niesporo, jak to na przednówku, ale może z początkiem kwietnia coś wesołego namodzić się uda. Rymujemy (na wzór tej wyborczej rymowanki) i do uwidzenia się z kochanieńkimi.
Pan Bolesław Konaroski
został królem naszej wioski.
Cały naród wiwatował,
pił bimberek i świętował.
Któż przypuszczać mógł, nasz królu,
że nie umiesz pisać „bólu”...
czwartek, 24 lutego 2011
Zimowa pomidorowa
Kiedy się robi zimno, kiedy wzmaga się tęsknota za nietekturowymi pomidorami, za zapachem letniego, aromatycznego jedzenia, robię pomidorową. Szuwaśki nie zapraszam, bo on zawsze narzeka, że za mało tłuste. Pomidorową, która pachnie, i która nie ma koloru kwaśnego koncentratu rozpuszczonego w kwaśnej śmietanie. Posłuchajcie, jeśliście łaskawi.
Najwpierw trzeba zrobić fajowy bulion, ale o tym może kiedy indziej. Wiecie, wiele gatunków mięsa z kościami upieczonymi na brązowo, a potem gotowanymi przez wiele godzin w wodzie uzupełnianej w miarę ubytku, po czym odparowuje. Francuzi zalecali dodatek mięsa kruka, ale tę żywinę ciężko ubić, z procy ciężko. Przynajmniej stary Pałąk tak mówi, a on wiewniórki jedna za drugą zdejmuje.
Warzywa kroimy grubo, skrapiamy oliwą, sokiem z cytryny, lekko solimy i pieprzymy. Pieczemy pod rusztem aż zmiękną, a ich brzegi ślicznie się przypieką.
Kmin, kolendrę, koper prażymy na suchej patelni, po czym ucieramy w moździerzu.
Pół szklanki kwintesencji rosołu uzupełniamy wodą, dodajemy upieczone warzywa razem z oliwą i sokiem, który się wypiekł, zagotowujemy, dodajemy puszkę pomidorów z puszki, otręby, gotujemy do zawrzenia. Blendujemy. Dosypujemy kurkumę (szafran - jeśli ktoś zauważa różnicę) i zmiażdżone ziarenka. Na koniec czosnek, który na świeżo sypany da silny aromat.
Chlebek (im więcej, tym lepiej: z dobrego chleba grzanki smakują wybornie, więc jak zostanie, zawsze może być za zagrychę), no więc chleb przypiekamy na maśle z oliwą.
Zupa wygląda i smakuje radośnie. W sam raz na zimowe odrętwienie. Czosnek, kmin wspaniale roznamiętniają przygaszone obejmowanie delirycznej, z lekka zamglonej mrozem koszelewskiej bagiennej równiny za oknem. Nu, do wiosny.
Składniki:
1,5 l bulionu,
2 marchewki,
2 pietruszki,
1 mały seler,
1 ząbek czosnku,
1 cebula,
2 łyżki otrębów,
1 puszka pomidorów,
17 kromek dobrego chleba,
2 łyżki masła,
2 łyżeczki kminu rzymskiego,
2 łyżeczki ziaren kolendry,
3 łyżeczki kurkumy,
1 łyżeczka kopru ogrodowego.
poniedziałek, 3 stycznia 2011
Torcik brokułowy dla blogierki
Sen był taki: byłem ja sobie w jakiejś dużej sali i było tam trochę ludzi. Jakby panel blogowy abo cuś. Była też grupka fajnych babek, znaczy się blogierek kuchennych. I jedna z nich na mój widok krzyknęła „Antoni, kochany, jakże się cieszę się, że cię poznałam wszelako!”. Tego, i całusa dostałem, aha! Aż mi czapka uszanka w miskę z kawiorem wpadła. Tylko że potem zrobiła się poważna (blogierka znakiem mówiąc, bo na powagę czapki uszanki bym nie liczył) i dodała: „Antoni, ogarnijże się, chłopie, nie możesz zaprzepaścić tego, co osiągnąłeś”.
Mówiła o tym blogu. Wiem to, choć tego nie powiedziała. Wiecie, jak to we śnie. Nu, a nie dalej jak wczoraj siedziałem i dumałem, że jakoś do pisania wziąć się nie umiem, w robocie miazga to i pomysłów na bazgranie po blogasku braknie. No ale w końcu, myślałem dalej, tego bloga to ja dla jaj zaprowadziłem, to czego się przejmować, że nie idzie. Mogę zamknąć w trypi... pierniki (ufff!), i tyle. Mój blog, czy nie tak, co? A co do osiągnięć, to dzięki temu blogu osiągnąłem stan podwyższonej absurdalności zachowań w realu, jak też zacząłem w sklepie gadać „a da dla mnie, kochanieńka, osim jajców”, i tyle. A nie, jeszcze Baciuk, ta swołocz, znacie może, mniej chamowaty zrobił się, gdyż się boi, ażebym ja jego tu nie opisywał, czym by się na pośmiewisko przed całą wioską wystawił. Tyle że to samo osiągnąć bym mógł zwyczajowo pacając go w potylicę na powitanie, no ale tak jest humanitarniej. Czy dla takiego obsrajducha humanitarność się należy to nie wiem, ale niechaj tam. Z Grinpisem wolę nie zadzierać, bo oni mnie już raz życie uratowali jak w ostatniej chwili odstąpili od wrzucenia mnie w odmęt Bałtyku kiedy plażowałem.
Wrrróćć, nie o Baciuku ja przecież, bo na niego tych pikselów szkoda marnować. Widzicie, tak mnie ta blogierka podeszła, że się dzisiaj przy porannej serwatce zadumałem. Dumałem, dumałem i wydumałem, że w rzeczy samej: poddawać się — nie honor. Iść może nie idzie, ale mus próbować. Źle wyjdzie, to mnie kto objedzie, a dobrze, może i gąsiorka postawi. A no to se popiszę.
Dla tej blogierki to ja podziękować chciałbym, że mnie obsztorcowała. W sny nie wierzę i nie przejmuję się zazwyczaj, ale ten mnie wziął. Może temu, że taki realistyczny był. Aha, a nie już. Taki on realistyczny, że nie wiem nawet, co to za blogierka była. Tyle tylko, że taka, co ja jej bloga lubię. Przyznawać mi się zaraz, która mnie obsobaczała?! W tym śnie wiedziałem, kto ona, ale przy serwatce już nie. Nic to, jak mawiał Wołodyjowski Michał, znacie może, tylko że on nie z naszej wioski.
To jak, może torcika? Bez masła, cukru, bo wiadomo: Święta ledwo minęły, nowy roczek dopiero się zadamawia, wszystkie przejedzone są. A tu prawosławne tylko patrzeć jak kolędy śpiewać zaczną i wędzonkami nęcić. Więc ten torcik bardziej na słono, ale taki delikatniuchny, że i Ludwiczak Jadwinia zajadała, choć podczas świąt to łoj, fest pobalowała i teraz ją trzucha napaździerza. Mówiłem jak dla kogo dobrego: nie mieszać szampiona z winem, samogonką i piwem, i to w jednym dzbanku, a już przynajmniej nie pić na wyścigi bez zapojki. Ale zostawmy Jadwinię, bo ją czkawka albo kucie w dołku złapie. Torcik dla dobrej blogierki, poświątecznie dietentyczny. Pokosztujcie jeśliście głodnawi, a popijcie śliwowincją, bo żołądek pomyśli, żeście nie tylko do wegarianów przystali, ale jeszcze abstynencję ślubowaliście, tfu, psia mać.
Składniki:
naleśniki:
▪ 125 ml mleka,
▪ 125 ml wody gazowanej,
▪ 2 jajka,
▪ 20 dkg mąki.
pesto:
▪ 1 duży brokuł,
▪ 3/4 szklanki migdałów,
▪ spora garść suszonych pomidorów,
▪ 1 pęczek natki pietruszki,
▪ sok z cytryny,
▪ (3 ząbki czosnku,
▪ 0,5 opakowania sera feta,
▪ pieprz),
▪ sól.
Naleśniki oczywiście każdy robi po swojemu. U mnie to jest tak: mleko, jajka i wodę rozbełtujemy, solimy, sypiemy mąki do uzyskania konsystencji mniej więcej jak na ciasto naleśnikowe (można dodać łyżkę — dwie oliwy aby nie trzeba było smarować patelni), odstawiamy na pół godziny żeby bąbelki z wody połobuzowały z mąką i żeby mieć czas zadać kurkom. Potem, wiadomo, smażymy naleśniki.
Brokuła gotujemy na parze do miękkości, dajemy do robota razem z migdałami i pietruszką i miksujemy na papkę dodając po trochu oliwę i sok z cytryny do smaku. Na koniec solimy i — jeśli nie robimy wersji dla niemowląt lub chorych na trzuchę — dodajemy to, co umieściłem w nawiasie, znaczy się pieprz, posiekany czosnek i pokruszoną fetę. Aha, dorzucamy też posiekane suszone pomidory, które są tu za zawadiakę.
Na każdego naleśnika kładziemy warstwę brokułowego pesto, przykrywamy kolejnym naleśnikiem, dociskamy, ale delikatnie, jakbyśmy dzierlatkę obłaskawiali, i tak dopokąd się dla nas skończą naleśniki, pesto albo cierpliwość. Tylko nie pizgajcie naleśnikami w te i nazad jak się znudzicie, bo zabawa przednia z minutę, a potem dwie godziny szorowania powały, a jeszcze makatki i obrazki z leleniem na rykowisku pospadać gotowe. Tego, i jak ciasto odpoczywa, nie wyglądajcie przez południowe okno, bo się zwarzy. Tak dla mnie szeptucha onegdaj powiedziała. Ja jej słucham i nigdy jeszcze mi się nie zwarzyło. Z Bogiem, pasikoniki swawolne.
czwartek, 28 października 2010
Na pohybel zimie: klopsiki indycze w winno-pomidorowym sosie
Zima będzie wczesna, kuchenni blogierzy zaczęli gotować jesienne potrawy. Gotuję i ja ażeby ktoś nie pomyślał, że jakaś popierdułka jestem, a nie prawdziwny kuchenny blagier. Tfu, blogier. No to dzisiaj kontynuuję jesiennienie kuchni. Będzie solidnie, choć zwiewnie. Gdybym miał zgadywać, po włosku więcej. Albo po angolańsku, bo czy to wiadomo, co w takiej Angoli warzą? Może i kulki z indyka. Przepis skradłem Grzesiowi z Mniammniama.
Składniki:
▪ 0,5 kg mielonej piersi indyka,▪ 15 dkg wędzonego boczku,
▪ 0,5 l soku pomidorowego,
▪ 100 ml czerwonego wina,
▪ 2 cebule,
▪ 10 dkg sera topionego,
▪ 10 dkg sera pleśniowego (ja wziąłem niebiewski Lazur, bo lubię),
▪ 10 dkg czarnych oliwek,
▪ 1 jajko,
▪ po garści natki pietruszki i tymianku,
▪ 3 ząbki czosnku lub 3 łyżeczki pasty włoskiej,
▪ sól, pieprz.
[Listonic]
Boczek drobno siekamy lub międlimy w blenderze. Siekamy oliwki. Łączymy mięso indycze z boczkiem, oliwkami, jajkiem, ziołami, połową czosnku, połową serów. Solimy, pieprzymy, ładnie wyrabiamy (ale serów nie wgniatamy w masę zbyt dokładnie, białe oczka fajnie wyglądają) i odstawiamy żeby czosnek i zioła zrobiły swoje.
Cebulę podduszamy na oliwie, a kiedy zmięknie wlewamy sok pomidorowy i wino (sok wykombinowałem w ostatniej chwili, bo zostało mi pół kartonu po tym jak robiłem żeberka z fasolą), dusimy z 15 minut żeby płyn nieco odparował. Przyprawiamy, blendujemy na gładką masę, dodajemy małe klopsiki uformowane z masy mięsnej, dusimy ok. 10 minut. Kulki wyjmujemy z czerwonego sosu pachnącego winem i pomidorami, odparowujemy go do uzyskania gęstości lejkiej śmietany, dodajemy resztę serów, które dadzą nie tylko znakomity smak, ale też przyjemną konsystencję. Dokładamy pozostały czosnek lub przechodzoną pastę włoską. Wkładamy z powrotem klopsiki, wuala.
Oczywiście kulki można upanierować w bułce tartej i usmażyć przed włożeniem do sosu, wtedy są brązowiutkie i też smakowite, ale ja miałem lenia i ochotę na coś delikatnego, więc wciepłem do gara surowiznę.
Podajemy z makaronem albo z kartochlami lub też z kaszą albo z ryżem, ewentualnie z bagietką albo bez nic. Ja zrobiłem z makaronem razowym. No i co? No i zima może mi... nafiurkać, o.
Tak se myślę, że takie klopsiki byłyby też dobre z rybą zamiast indyczyny. Mus spróbować.
A kiedyś, jak nie miałem lenia i obsmażyłem pulpeciki (ale miałem innego lenia, bo to były raczej wielkie pulpeciska, żeby nie powiedzieć kotleciuchy), to wtenczas wyglądały tak:
piątek, 27 sierpnia 2010
Łosoś zamiast pstrąga, ale z kabaczkiem

Mówiłem ja dla was, że nad jeziorami ryba marna? A, mówiłem zdaje się. No, marna najczęściej. Od powrotu z biwaku tak mnie chciało się ryby pojeść, aż nie zmogłem i narobiłem. Kabaczków dobre ludzie nanieśli, to zrobiłem zdrowotną, soczystą rybunię.
Właściwie miał to być pstrąg, przynajmniej na torebce tak stało. Jakiś taki różowy, ale co tam. Dopiero po zrobieniu okazało się, że się pomyliłem się robiąc napisik, bo był to łosoś, którego kupiłem w jednym hipermarkiecie ze dwa miesiące temu. Taki świeżutki był, że wziąłem całego, ze trzy kilo tego było. Trochę zrobiłem na świeżo, trochę carpaccio, zupę, a resztę schowałem w zamrażarniku na zaś. Wiem, wiem, nie wierzycie, że u Francuza w Polsce można kupić świeżą rybę. A jednak. Pomylili się musi i do nas wysłali zamiast do Rumunii. Ten łosoś nawet po mrożeniu zachował fantastyczną soczystość i aromat morza. Wyszła fajna brejka, a co najważniejsze, z ryby po rozgryzieniu wypływał soczek. Tegom chciał, jak powiedział Czarniecki, ale też tegom nie dostał tam, gdzie ryba powinna być przynajmniej tak samo hołubiona, jak kartacze.
Po prawdzie tak sobie myślę, że do kabaczka w sosie pomidorowym łosoś leży mniej, niż pstrąg, ale dał radę. No to nie debrylujemy, tylko zapodajemy.
Składniki:
0,5 kg ryby,0,5 kg kabaczka,
6 sporych pomidorów,
pęczek natki pietruszki,
4 ząbki czosnku,
sól, pieprz, sok z cytryny.
Kabaczka przepaławiamy, wydłubujemy pestki i miętki miąższ (wie ktoś, co z tym można zrobić? ja wyrzucam, a szkoda marnować jedzenie), wrzucamy na sporą ilość oliwy i dusimy. Ja skórki nie obdłubuję, bo letnie kabaczki mają skórkę jak pośladki Węcławskiej Barbary. Oliwy sporo, bo z pomidorami i pietruszką stworzy czerwono-zielony sos. Zdrowotny, pomidory z oliwą mówią rakowi „spieprzaj, dziadu”.
Rybę solimy, opieprzamy, skrapiamy sokiem z cytryny i odstawiamy, niechaj się nad sobą zastanowi.
Pomidory sparzamy, zdejmujemy skórkę. I znowu: są tacy, którzy każą usuwać pestki. A na co? No, jeszcze do zupy dodać, to tak, ale do śmieci?! Taki zacny letni pomidor?! O, nie. Może i brzydziej wygląda, choć nie wydaje dla mnie się, ale smakuje tak samo. No więc tego wspaniałego słodziuśkiego pomidora kroimy w kostkę i kiedy kabaczek półmiętki, dorzucamy na patelnię. Solimy, pieprzymy. Już teraz zapach rozmarza, a najlepsze przed nami!
Jak się kabaczek zrobi miękki a pomidor zaprzyjaźni z oliwą, dodajemy pietruchę i posiekany z solą czosnek. Od razu łyżką cedzakową wyjmujemy warzywa. Czosnek nie wyparuje i będzie wyczuwalny. Wiem, że większość ludzi daje mniej czosnku, ale ja go lubię tak, że garściami jem. W rzeczywistości napisałem tu, że 4 ząbki, ale dałem 6... No co, Grzebień Anastazja akurat u wód była, to mogłem ziachać, czy nie tak, co?
Ale do rzeczy, bo zaraz zrobi się szkopuł, że dłużej się czyta niż robi. Chociaż, bo ja wiem... I tak nikt nie dobrnął do tego miejsca, więc żyj słowotoku, grafomanio, żyj! Daję dalej.
Na oliwie i soku z pomidorów i kabaczka dusimy krótko rybę. Z 5 minut albo i mniej. Płyn nam w tym czasie odparuje, pozostanie pomidorowa oliwa, a ryba będzie spływała własnym sokiem. No i teraz dopiero to jest zapach. Dorzucamy warzywa, delikatnie mieszamy, chwilkę jeszcze podduszamy i wydajemy, nie żałując rzadkiego rybno-pomidorowego sosu. Można dodać po kawałku bagietki żeby do końca wysączyć tę aromatyczność.
Pomidory teraz są takie, że ani grama kwaśności nie mają. Sam smak. Pokropiłem więc po wierzchu odrobinką cytrynki żeby zaostrzyć aromata, który sam w sobie jest szalennie delikatny, zwiewny, letni. Rybka - poezja. Właśnie tego mi brakowało nad jeziorami: soczystego, gotowanego w winie szczupaka, usmażonej przednio siei, frytek z małych okonków. Genialnie uwędzona sielawa, choć pożarłem ją z głową i ogonem, nie zaspokoiła moich oczekiwań. No to se zrobiłem sam, czego i dla państwa życzę, amen.
PeeS: Wybaczcie, nie chciało mi się obrabiać foty. Kawałek czosnku w lewym dolnym rogu i kapka sosu po lewej odwracają uwagę od tego i tak źle skadrowanego zdjęcia, ale mam jeszcze urlopowego lenia i się dla mnie nie chce. Zresztą, jak nie mam lenia, to foty nie lepsze, a jak fota w magazynie doskonała, to jest podejrzenie, że plastikowa, co nie? A tu życie jest i codzienne chłopskie pożywienie, które i rozbryzgnie się, i za talerz wyleci... A co to, chlebem nie zbierze się? Pojedzcie dziś dobrze, moje wy płoteczki srebrnołuskie.
niedziela, 15 sierpnia 2010
Nadziany pomidor
Ze dwie niedzieli temu nazad Ancioszko Stanisław zapowiedział się u mnie z wizytą towarzyską. Mówi: dawaj, pogotujem. Mnie tam, sami wiecie, do sprawdzenia jakości gąsiorka śliwowincji dwa razy namawiać nie trzeba. Padło na pomidora, bo osiąga on właśnie najwyższy stopień pyszności. To chyba jedyny okres w roku kiedy można odstawić pomidory w puszce. Zresztą, puszkowanego nie nadziali by myśmy, bo by się rozpukł. Fajnie wyszło, serowo.
Składniki:
8 dojrzałych pomidorów,0,5 kg mielonego mięsa,
10 dkg sera topionego,
10 dkg niebieskiego sera pleśniowego,
10 dkg mozzarelli,
4 ząbki czosnku,
3 łyżeczki kminu rzymskiego,
garść oliwek,
pęczek natki pietruszki,
1 łyżka posiekanego rozmarynu,
1 łyżka soku z cytryny,
sól curry albo chili.
[Listonic]
Pomidory wydranżamy, odkładamy dupkami do góry aby ściekł sok. Do mięsa (u nas łopatka wieprzowa, choć baraninka pewnie byłaby lepsza) dorzucamy posiekane: czosnek, pietruszkę, oliwki, dodajemy ser topiony i pleśniowy, mieszamy ręcznie metodą że ugniatamy i międlimy. Przyprawiamy solidnie kminem rzymskim, curry, solą, albo też dowolnie wybranym ziołem, na ten przykład rozmarynem. Odstawiamy na pół godziny, w którym to czasie możemy podelektować się czymś dobrym albo opielić grządkę salsefii. My akurat delektowaliśmy się, ponieważ salsefii latoś nie siałem. Sam nie wiem, po co to odstawianie, ale gdyby nie odstawiać, to kiedy niby delektować się? Post, że się tak rugnę, faktum?
Po prawdzie, to już jest prawie że koniec roboty. Pomidory nadziewamy, wkładamy do pieca. Minut kilkanaście aż pomidor zmięknie (bo mięso sparzy się w trymiga), wyjmujemy, nakładamy czapunie z mozzarelli, i pod grill. Jak tylko ser się stopi i zezłoci, wydajemy do spożycia na listkach mięty, które spożywamy, a nie przyglądamy się podziwiając unerwienie i ukształtowanie osobnicze. A do zapijania najlepsza jest co? Maciaszczykowa śliwowincja nie z proszku robiona, a jakże.
Taki mięsno-serowy bogaty pomidor to jest, proszę ja was, bajunia.
Mieliśmy też pikantnawe podłużne papryczki, które nie nadawały się do faszerowania ze względu na swoją delikatność: przy byle próbie napełnienia pękały. Przekroiliśmy je więc wzdłuż na pół i nakładliśmy farsz. Dobre, nie powiem. Ostrawy, papryczny, pikantny smak. Jeden farsz, dwa warzywa. Trójkącik, psia mać.
A na drugi dzień, jako że to lato, gorąco, to pić może się dla was zachcieć. Już ja was dobrze znam. Na wtedy mam ja dla was, oposiki spragnione, śniadanko niewyjęte, a wszystko z resztek po wydrążonym krasnoarmiejcu. Bierzemy otóż wnętrzności z tego prometariusza wszystkich krajów, których oczywiście nie wyrzuciliśmy (wnętrzności, choć prometariuszów także jakoś tam w osimdziesiątym dziewiątym spacyfikowaliśmy na okrągło bez wyrzucania), ponieważ wiemy, że daru Bożego marnacji nie poddaje się.
Wlewamy te pestunie z sokiem na patelnię z odrobiną oliwy, podduszamy aby odparowały, dokładamy resztkę mięsa, podduszamy, dokładamy resztkę zieleniny i oliwek, podduszamy, dodajemy sery, których nie zużyliśmy wczoraj, a kiedy zaczną się topić, tworząc z resztą składników konsystencję słabo ściętej, ciut ciągnącej się jajecznicy, przestajemy gazować żeby nic nie przypaliło się, bierzemy bagietkę i wygartamy prosto z patelni. A, i fajnie po wierzchu cytrynką pokropić.
Ojeeej, jakie dobre! Choć po prawdzie wygląd ma toto niewyjściowy, taki samo rychtyk do rubryki "pyszna kupa", którą ja tu być może niedługo założę, bo zdarza się, że coś smakuje lepiej, niż wygląda, i to delikatnie ujmując. Ot, przykładowo cielęcina z bobem. Aj, nawet mi nie przypominajcie, bo ślinotoku doznam i se nowe gumiaki obślimaczę. No to ten, tego, smacznego.
środa, 25 listopada 2009
Placuszki pomidorowe
Pyszne placuszki dzisiaj jadłem. Lekkie, aromatyczne, słoneczne jak plaża na włoskiej Rivierze. W sam raz żeby zagrać na nosie temu ponuremu dniu. Przepis moje czujne oko wypatrzyło u Oli Smile (dziękuję za podzielenie się patentem). Od razu pomyślałem sobie „mój ci on jest”. Wykorzystałem chwilę kiedy Oli nie było w pobliżu i chaps! wykradłem i dokonałem małych modyfikacji. Placuszki są delikatne, aromatyczne od zieleniny i pomidorów, których kwaskawy o tej porze roku smak świetnie przeplata się ze słodyczą mącznego ciasta. Posłuchajcie.
Składniki:
▪ 0,5 kg pomidorków koktajlowych,
▪ garść suszonych pomidorów w zalewie,
▪ pęczek pietruszki,
▪ pęczek bazylii,
▪ pęczek szczypiorku,
▪ 4 plastry wędzonego boczku,
▪ 2 jajka,
▪ 25 dkg mąki,
▪ 2 ząbki czosnku,
▪ sól, pieprz.
Pomidorki kroimy na połówki i wrzucamy do miski. Dorzucamy posiekane suszone pomidory, posiekaną zieleninę i czosnek, pokrojony w drobną kostkę boczek, solimy i pieprzymy. Jeśli macie pod ręką więcej zieleniny, bez wahania dorzućcie.
Rozduszamy lekko pomidory żeby puściły sok. Wbijamy jajka i mąkę i dokładnie mieszamy. U mnie konsystencja ciasta wyszła gęsta, powstała trudno odchodząca od łyżki brejka, ale placki z tego wyszły przednie, więc myślę, że tak miało być.
Na rozgrzaną patelnię z olejem nakładamy nieduże porcje i smażymy z obu stron. Smaczne są i takie żółciutkie, smażone króciutko, i takie jak wyżej, przyrumienione. Odsączamy nadmiar tłuszczu, posypujemy ostrym włoskim tarkowanym serem, i mamy pychę. Pycha jest od razu po przygotowaniu, ale mnie jeszcze bardziej smakowało po wystudzeniu. To są chyba takie placuszki do odgrzewania. Fajnie, co nie?
Do środka dodałem boczek, który znakomicie tu pasuje. Ale tak patrzę, że jeszcze lepiej by było gdyby na każdy placuszek położyć kawałeczek wędzonego łososia. Czego wam życzę. Pa, bąble!
piątek, 12 czerwca 2009
Sos cygański

Kiedyś, dawno temu, kupiłem sos cygański w proszku, chyba Winiar. Była to jedna z niewielu sproszkowanych E-mikstur jakie w ogóle kupiłem - i bodaj jedyna, która mi smakowała. Potem spróbowałem zrobić taki sos samodzielnie żeby nie faszerować się polepszaczami i innymi „E”. I oto on. Spróbowałem go odtworzyć, bo bardzo świetnie pasuje do placków ziemniaczanych. Tak naprawdę to nie wiem, czy to jest prawdziwy sos cygański – te, które znalazłem w sieci, mają inny skład. A, co mi tam.
Składniki
▪ 2 cebule,
▪ 4 pomidory albo pomidory w puszce,
▪ 3 ząbki czosnku,
▪ tymianek, cząber, sól, pieprz.
Cebulę podsmażamy na złoto na kilku łyżkach oliwy. Dodajemy sparzone, pozbawione skórki, pokrojone w kostkę pomidory albo pomidory w puszce (albo jedne i drugie; ja dzisiaj wziąłem jednego świeżego pomidora i pół puszki, która od kilku dni zalegała mi w lodówce). Dusimy 15 minut, potem dodajemy posiekany czosnek i zioła. Dużo ziół, ten sos uwielbia tymianek i cząber. Sól, pieprz do smaku, i gotowe. Jak kto lubi, można zmiksować. Ja wolę niejednolitą konsystencję. Koniecznie zróbcie do tego placki ziemniaczane. O, takie:
środa, 13 maja 2009
Salsa ole!
Składniki
▪ 4 pomidory
▪ 2 ząbki czosnku
▪ 1 czerwona cebula
▪ kilka łyżek oliwy
▪ garść albo i dwie drobno posiekanej natki kolendry
▪ sok z połowy cytryny
▪ cukier, sól, świeżo zmielony czarny pieprz
▪ tabasco albo posiekana ostra papryka.
Pomidory sparzamy, usuwamy skórkę i nasionka (żeby nie było zbyt rzadkie), a miąższ kroimy w kosteczkę. Wrzucamy do miseczki razem z posiekaną cebulą, roztartym czosnkiem i innymi składnikami. Sos powinien być lekko kwaskawy i zdecydowanie pikantny. Odstawiamy w chłodne miejsce (np. do piwniczki na mięso i podroby) na czas porannego dojenia, albo i na godzinkę, i już. Ole!
Jak kto lubi, można dodać posiekanych oliwek.
▪ 4 pomidory
▪ 2 ząbki czosnku
▪ 1 czerwona cebula
▪ kilka łyżek oliwy
▪ garść albo i dwie drobno posiekanej natki kolendry
▪ sok z połowy cytryny
▪ cukier, sól, świeżo zmielony czarny pieprz
▪ tabasco albo posiekana ostra papryka.
Pomidory sparzamy, usuwamy skórkę i nasionka (żeby nie było zbyt rzadkie), a miąższ kroimy w kosteczkę. Wrzucamy do miseczki razem z posiekaną cebulą, roztartym czosnkiem i innymi składnikami. Sos powinien być lekko kwaskawy i zdecydowanie pikantny. Odstawiamy w chłodne miejsce (np. do piwniczki na mięso i podroby) na czas porannego dojenia, albo i na godzinkę, i już. Ole!
Jak kto lubi, można dodać posiekanych oliwek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













