Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia meksykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia meksykańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Co tu dużo gadać: pizza!

















Jak komu zbrzydnie już picca z klubokawiarni, z kartoflami i mortadelą, z koncentratem zamiast sosu pomidorowego, warto pokusić się o wykonanie własnej, bo zanim dowiozą z Gliniewic z piccerni, to ruski rok mija i ona całkiem zimna przyjeżdża. Tak też zrobiliśmy my z Czerpakiem Janem, moim pociotkiem, co to ja o nim pisałem nie raz i nie dwa. Stanęliśmy we dwióch w kuchni, gąsiorek postawiliśmy na podorędziu i, przepijając leniwie za pomyślność naszej wioski, dusiliśmy ciasto i kombinowaliśmy farsze. Miało najść trochę luda, umyśliliśmy więc, że jeden rodzaj pizzy dla wszystkich to robią wieśniaki, a my... tego, no, w sensie że lepiej zrobić kilka farszów. 

Pichcenie odbyło się kilka niedziel temu nazad, a daję dopiero teraz, bo się jesień na powrót zrobiła i można już zjeść coś ciepłego. Gdybym zapodał taki placek w te upały, co były, zostałbym odsądzony od czci i wiary i by mnie z wioski wypisali. Dlatego teraz. Rozumiecie, chłodniej jest.

Składniki:
15 g świeżych drożdży (albo 7g drożdży suszonych),
150 ml ciepłej wody,
300 g mąki,
1 łyżeczka soli.

Sos pomidorowy:
pomidory w puszce,
2 cebule,
2 ząbki czosnku,
oregano, sól, pieprz.

Farsz meksykański:
30 dkg mielonej wołowiny,
puszka czerwonej fasoli,
mała puszka kukurydzy,
2 cebule,
4 ząbki czosnku,
2 pomidory,
2 łyżki koncentratu pomidorowego,
2 garście oliwek,
cynamon, chili, sól.

Ciasto na piccę robi się nie trudniej, niż się prosiakom w parniku kolację nastawia. Drożdże rozpuszczamy w niewielkiej ilości wody — można dodać pół łyżeczki cukru żeby lepiej rosły. Zostawiamy, aż zaczną chodzić. Mąkę mieszamy z solą, dodajemy drożdże i pozostałą wodę. Wygniatamy do uzyskania jednolitej masy. Pozostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia, do momentu kiedy podwoi objętość (w zależności od drożdży od pół godziny do 2 godzin). Ciasto rozpłaszczamy w formie wysmarowanej olejem (można wcześniej rozwałkować na placek żeby było łatwiej rozpłaszczać) i odstawiamy na 15 minut żeby trochę podrosło i odpoczęło, bo ono się tym ugniataniem okrutnie męczy. Potem zapiekamy do zezłocenia, albo od razu układamy farsz.

Sos pomidorowy jest jeszcze prostszy: na oliwie podduszamy cebulę do zeszklenia, dorzucamy pomidory z puszki i dusimy odparowując do uzyskania nie za gęstej, nie za rzadkiej konsystencji. Dorzucamy czosnek i miskujemy na gładką masę (czosnek nieco złagodnieje w gorącym sosie, ale nadal będzie fantastycznie aromatyczny). Dorzucamy posiekane gałązki oregano w ogromnych ilościach (jeśli dodajemy oregano suszone, dodajemy je oczywiście podczas duszenia pomidorów). Duża ilość oregano to podstawa. Oczywiście można też dodać tymianku czy rozmarynu, co tam kto lubi. Doprawiamy solą i pieprzem. Taką masą smarujemy placki przed pieczeniem i podajemy w sosjerce do polania upieczonej pizzy.












Farsze można zrobić na dwa miliony sposobów. Grunt to mieć dużo łatwo topliwego sera i dużo sosu pomidorowego. Dawać można wszystko: kapary, salami, chorizo, kiełbasę, grillowane mięso, pora, cebulę, oliwki, grzyby, a nawet, jak bufetowa Danuta, kartochli i mortadelę; no po prostu co komu pasuje. Żeby jednak nie było wrażenia, że się wymandrzam w sytuacji kiedy wszyscy dobrze wiedzą, z czego robi się najlepszą pizzę, opowiem tylko o jednym farszu, co się o niego zawsze mój pociotek dopomina. A leci to tak:

Na rozgrzaną oliwę wrzucamy posiekaną cebulę i szklimy. Dokładamy mięso i smażymy aż straci kolor, rozgniatając grudki. Dokładamy obrane ze skórki i posiekane pomidory, dusimy aż odparuje sok, dokładamy odsączoną fasolę i kukurydzę, oliwki, podgrzewamy chwilę i jeśli masa nie jest zbyt pomidorowa, dokładamy koncentrat. Teraz na koniec posiekany czosnek, nieco cynamonu dla aromatu, sól, chili i już. Dodatek ulubionych ziół mile widziany.

Taką masą smarujemy szczodrze plazek ppizzowy... wrróć! placek piccowy, układamy na wierzchu solidne plastry mozzarelli i pieczemy. Strasznie to aromatyczne jest i podoba się, co widać na pierwszym zdjęciu, nawet dla takich, co to jeszcze meksykańskiego jedzenia nie dostają.

Oczywiście ciasta, które zostanie, nie wyrzucamy, tylko robimy fokaczję. Focaccia potrzebuje grubszego ciasta, niż pizza. Po ułożeniu ciasta w blasze posypujemy je grubą solą i ewentualnie jakimś ziółkiem (ale nie bazylią, bo skapcanieje). Po upieczeniu polewamy suto dobrą oliwą, posypujemy zieleniną i wcinamy ze smakiem albo też zakanszamy nią jakieś dobre pićku. Smacznego pizzowania i zakanszania!


wtorek, 19 października 2010

Żeberka wołowe z czerwoną fasolą chyba po meksykańsku jak gdyby

















No i znowu wyszło mi coś, co kwalifikuje się do cyklu „Smaczna kupa”. Nie żebym specjalnie tak zrobił, tak jakoś samo wyszło, czyli czytaj kiepskie umiejętności. A co mi tam, u nasz we wiosce ja jako jedyny wiem, co to flambimbryzacja. A może to już jesień, nie ma takich fajnych świeżych warzyw, robi się zimno, to i człowiek zaczyna robić przytulaste jedzenie. Miałem ochotę na fasolę, a fasola kojarzy mi się z kuchnią meksykańską. Wziąłem małą czerwoną i zacząłem kombinować.

Z książkami kucharskimi mam taki problem, że jak je przeglądam, to się zachwycam, że i to, i to fajowe, trzeba będzie kiedyś zrobić. Ale jak przyjdzie co do czego, nie potrafię znaleźć niczego ciekawego w temacie, który mnie pili. Często także na miłych blogach nie znajduję niczego na temat, który akuratnie mnie interesuje. Tym razem się nie dałem i się zadumałem. Aż mnie łeb rozbolał, bo dumałem chyba ze trzy minuty.

W takim jednym hipermarkiecie kupiłem szponder, czyli po naszemu wołowe żeberka z przyległościami. Nawet świeże były, i tłuszczyk miały biały. Duszone wołowe żeberka z fasolą, podumałem mimo bólu czachy. M-hm. Posłuchacie?

Składniki:
1 kg wołowych żeberek,
0,5 kg czerwonej fasoli,
0,5 kg małych czerwonych cebulek,
0,7 l soku pomidorowego,
100 ml brandy,
100 ml octu słodowego,
4 łyżeczki kminu rzymskiego,
1 łyżeczka cynamonu,
pęczek pietruszki albo kolendry,
1 główka czosnku,
sól, chili.

Fasolę moczymy na noc, po czym gotujemy w tej samej wodzie. Jedni mówią żeby w tej samej, drudzy żeby zmienić, mnie od tego wszystkiego już głowa boli.

Kiedy fasola półmiękka, wyłączamy gazowanie, a wywar od gotowania wlewamy do garnka, w którym się będzie dusiło. Dolewamy sok pomidorowy i podgrzewamy.

Na mocno rozgrzanej patelni z oliwą podsmażamy żeberka. Znowu: niektórzy mówią, że to zbędna czynność. Może i tak, może i tak. Ale jaka przyjemna! Przyrumienione solidnie mięso wkładamy do garka z sosem pomidorowym i wywarem od fasoli, stawiamy na maluśkim gaziku. Takim, powiedzmy, na dwa kelyszeczki. Na patelnię zaś wrzucamy obłupione cebulki, ale w całości, będą potem uroczyście słodziuchne. Pozwalamy się im przypiec w smaku po żeberkach, na koniec wrzucamy całe ząbki czosnku. Kiedy czosnek zacznie się brązowić, wlewamy 50 ml brandy i walimy ognicho. Uuch, jak to pachnie!

Cebule w całości podpatrzyłem u któregoś kuchennego magika w telewizorze. Myślałem, że lepiej robi pokrojona, bo się zespala z resztą, a tu wcale bo nie. Jemy sobie tę ostrą, słodką kwaskawość, ale trafiamy na cebulkę. I to jest dopiero emanacja słodyczy!














W temacie brandy to ja jestem laicki więcej, bo jakoś nie każda mi smakuje. Ale mam swojego typa, w dodatku nie za drogiego. Węgierski Budafok, delikatny jak na brandy, ale o zdecydowanym smaku i wyraźnym aromacie tokaju. Niezła rzecz, a w gieesie stoi po 19 zł za pół litra.

Obrandowioną cebulę dodajemy do mięsa, dolewamy resztę brandy, i rozpoczynamy 2-3-godzinny proces powolnego duszenia. Jeszcze tylko kmin rzymski, którego obawiać się nie należy. Dajmy go dużo, po gotowaniu nie będzie już taki wyrazisty. Tylko skupcie się, powiedziałem kmin. Nie kminek, jak chcą tłumacze programów kulinarnych. Gościu mówi "kjumin", a lektor beztrosko czyta "kminek". No ludzie, toż gdzież! Ja tam z angielskiego umię tylko "gutmorgen" a także "dijo elenikos kafedes parakalo", ale i tak wiem, że kminek u nich chodzi inaczej. Pomylić kminek z kminem rzymskim, czyli kuminem, to jest coś jakby pomylić rzepkę w kolanie z rzepą, co ją dziadek ciągł. Albo kultywator z kultywowaniem.

Kiedy mięso dochodzi, a cebulki robią się uroczo mięciuchne, możemy rozpocząć wykańczanie. Solimy, sypiemy cynamon, chili albo posiekaną świeżą papryczkę (ja dałem suszoną i plastry marynowanej jalapeno), dodajemy ocet. Ocet wymyśliłem dlatego, że danie było słodkie od cebuli i fasoli, ale jakieś takie bez jaja. Cytryna dodałaby chyba nastroju, na którym mi nie zależało, więc ocet. Mógłby być balsamiczny, ale ja wybrałem słodowy. Ocet słodowy jest robiony ze słodu jęczmiennego, ma posmak łyskaczowy i znakomicie pasuje do aromatu brandy. Co więcej, uzupełnia się z kminem rzymskim i cynamonem tak, że ojejuniu, tworząc ślinotokową kombinację. Papryczki czili, fasola, cebuleczki, sok pomidorowy dopełniają radości i osiągamy luz na zawiasach.

Napisałem, że octu 100 ml. Ocet słodowy jest bardziej jak balsamiczny, nie ma ostrości octu winnego czy - Panie Boże broń - spirytusowego. Ja nie lubię kwaśnego smaku, po prostu dolewałem po trochu i kosztowałem, i wyszło mi coś koło 100 ml kiedy słodycz zrównała się z kwaskiem i pikantnością.

Po dodaniu octu dodajemy też półtwardą fasolę i dalej gotujemy aż wszystko zmięknie, przemiesza się i przejdzie sobą nawzajem, a także odparuje tworząc głęboko czerwoną guzkowatą od fasoli strukturę. Ja chyba odparowałem za bardzo. Jestem przekonany, że ktoś bardziej zdolny albo posiadający wiedzę zrobiłby z tego coś, co wygląda ładnie, ale powiem wam, że nawet sołtys Szuwaśko jadł i chrumkał, choć słoniny w tym nie było.

Na koniec zrobiłem błąd, sypiąc, co widać na focie, tymianek. To nie ta bajka. Lepiej było wwalić pęczek pietruchy albo kolendry. Ale i tak, biorąc pod uwagę, że był to obiad z palca, wyszło nieźle. Taka kupa czerwonych różności, która smakuje fantastycznie i trudno się od niej oderwać. A jeszcze mi jej zostało, aha! I widziałem jedną kostkę, która wyglądała jakby szpik w sobie miała, aha!

Podjedzcie dobrze, moje pustułeczki, i pamiętajcie: las płonie szybko, ale szybciej bierze w łapę wójt.

sobota, 1 maja 2010

Taco z indykiem i czarną fasolą











 





A miały być naleśniki... Naleśniki to są jedne z lepszych placków, czy nie tak, co? No i patrzajcie sami, jak na złość kurki nieść się przestali i w piwniczce w dziale „jaja, homary i kawior” pustka u mnie wyzierywała — samo rychtyk jak w domu kultury podczas prelegencji o kryzysie wartości w modernistycznej poezji albańskiej. Nawet odkładam tam lucernę dla Łaciatej żeby miejsce nie marnowało się (w piwniczce, nie w domu kultury, bo w domu kultury to by tej lucerny weszło oohoohoo!). Do gieesu wtenczas nie było co iść, bo akuratnie Dzień Wiolonczelistów odprawował się i wszystkie sklepy dookoła Koszelewa zamknięte były na cztery spusty ażeby po wioskach świętowanie zbytnie nie odbywało się. Bo to, rozumiecie, ja dzisiaj tych naleśników robić nie zamiarowałem, tylko czas jakiś temu nazad to było.

Musiałem prędko coś wykombinować, bo zachciało się dla mnie tych naleśników, aż w oczy szczypało. A nie, to dym z pieca szczypał, bo kawki łajdaczki gniazdo założyli na kominie. Odwdzięczyłem się ja dla nich pięknym za podobne, ale niesmaczne jakieś były. Może bez to, że pióra się do gęby brali i w gardło łachotali?

Ale przecież nie o tym ja. No więc poszperałem po chałupie i znalazłem łódeczki tortillowe. Sklepowe. Nawet niestare jeszcze, ledwie dwa lata po terminie. Podgrzewa się je w piecu i są uroczo chrupiące. No dobra, pomyślałem, mogą być. I okazało się, wyobrażajcie sobie, że jak podumałem, tak zrobiłem! To dopiero konsekwencja i przewidywalność przyszłości.


Składniki
naleśniki, papier ryżowy, fillo albo cokolek żeby fasola nie wysypywała się,
40 dkg czarnej fasoli,
0,5-1 serek topiony,
40 dkg indyka (ale nie skóry),
3 łodygi selera naciowego,
2 garści czarnych oliwek,
1 cebula,
4 ząbki czosnku,
1 łyżeczka cynamonu,
2 łyżeczki kminu rzymskiego,
sos sojowy,
sok z cytryny,
pikantność,
2 pozbawione skórki i pestek smaczne pomidory albo mała puszka koncentratu pomidorowego.

Fasolę moczymy na noc w wodzie, odlewamy, wrzucamy do dużej ilości zimnej wody, gotujemy na małym gazie do miękkości. Na patelni z oliwą podsmażamy krótko seler, dodajemy cebulę, posiekany czosnek, chwilę dusimy, zdejmujemy z patelni.

Zamarynowanego w sosie sojowym, oliwie, połowie kminu i soku cytrynowym indyka wkładamy na mocno rozgrzaną patelnię, dodajemy oliwki, przysmażamy.

Kiedy przyrumieniony, ale jeszcze nie zacznie się pocić, dajemy resztę kminu, cynamon i pikantność. Podlewamy sosem sojowym, przyrumieniamy, dodajemy ugotowaną fasolę, warzywka, wyłączamy gaz. Tak, ten podwójny też, ale na chwilkę tylko. Dokładamy pogrudkowany paluchami serek topiony, mieszamy. Ser powinien zmięknąć i otulić lekko całość, ale nie rozpuścić się do końca, tylko błyszczeć białymi perełkami smaku, bo taki niedotopiony będzie pięknie angażował kubki smakowe. Oczywiście zamiast topionego można dać fetę albo i niebieski zepsuty. Jak kto światowy i ma, kolendra siekana niezła byłaby. A jak kto tutejszy, pietruszka też pójdzie.


No to co, koniec. Powinno to być lekko płynne, coś jak sos chiński. O ile konsystencja za sucha, można dobawić łyżkę wody z odrobiną mąki kukuruźnianej, która to mąka jest najzaje... najwyczesańszym zagęszczaczem. Zaraz po otrębach.

Czyli podajemy, nie? Jak kto ma Decopena, to kwaśną śmietaną posmyra, a kto ma dobry wzrok i cierpliwość, to nawet ostrość może ustawi... Albo zrobi budyń na karmelu z czarnuszką i jabłkiem lub ananasem. Byle nie z puszki, bo odór blachi po gębie dwa dni chodzi.

środa, 13 maja 2009

Tortilla























To teraz będą obiecane tortille. Wbrew pozorom robi się je szybko, łatwo i przyjemnie. Będzie to wersja chińska, która od południowoamerykańskiej różni się tym, że wałkuje się i smaży po dwa placki na raz i że nazywa się „placki mandaryńskie”.

Składniki
1,5 szklanki mąki,
3/4 szklanki wrzątku, ale gorącego,
kilka łyżek oleju sezamowego albo innego.

Mąka do michy, szczypta soli też, i dolewamy po trochu wodę, cały czas mieszając, ale łyżką, dlaboga, bo się poparzycie. Jak już cała woda wlana, to powolutku łapkami wyrabiamy ciasto na seksowną kulę. Konsystencja - jak ciasta na pierogi. No i teraz mamy do wyboru dwie możliwości: albo zrobimy dużo takich kul i urządzimy efektowną bitwę w salonie, albo z tej jednej zrobimy tortilki. Ja kontynuuję opis drugiej możliwości, bo z pierwszą to już wy sobie poradzicie, basałyki jedne!

Miskę lekko posypujemy mąką i wkładamy do niej kulę. Przykrywamy ściereczką i pozwalamy ciastu odpocząć przez pół godziny. Ja zawsze w tym czasie pielę jedną grządkę za kurnikiem, to i wiem, kiedy to już.

Jak już marchew opielona, robimy z naszej kulki wałeczek na stolnicy i dzielimy go na 16 części (albo na 8 jeśli ktoś woli większe placki). Bierzemy po kawałku, dzielimy na dwie połowy i z każdej robimy śliczną kuleczkę, po czym lekko spłaszczamy ją w dłoniach, co zapewni okrągły kształt po rozwałkowaniu, i smarujemy z jednej strony olejem przy pomocy pyndzelka. Składamy razem olejowanymi stronami dosie i taki podwójny placek rozwałkowujemy dość cienko. Będą one miały średnicę ok. 15 cm. Nie ma obawy, rozdzielą się bez problemu kiedy przyjdzie czas.

Suchą patelnię o płaskim dnie rozgrzewamy bardzo mocno i wkładamy na nią tortilki. Jak tylko z wierzchu pokażą się bąble, przewracamy na drugą stronę. Po chwili zaglądamy i jeśli widać zbrązowienia, przewracamy z powrotem i dosmażamy przez chwilę. Przygotowujemy spory kawałek folii aluminiowej. Składamy ją na pół i kolejne usmażone sztuki dokładamy do tej torebki żeby nie wysychała.

Jak tylko usmażone tortille przestygną na tyle żeby można je było wziąć w ręce i nie dostać poparzenia, rozdzielamy podwójne placki. No i teraz wychodzi na jaw, dlaczego składaliśmy je po dwa. Chińczyk siedział i kombinował przez 2500 lat, to i wymyślił. Otóż dzięki temu zabiegowi nasze placki nie są chrupiące i łamliwe, tylko miękkie i delikatne.

Jeśli komuś wydaje się, że jest z tym kupa roboty, informuję, że się myli. Czas wykonania: godzina, z czego pół godziny pielenia grządek, a tylko pół - gotowania.

Tak przygotowane tortille można wykorzystywać na wiele sposobów. Można nimi rzucać jak ringo. Po ułożeniu jeden na drugim 163 placków otrzymamy coś w rodzaju krzywej wieży w Pizie (można nawet na jej tle przyjmować dziwne pozy udając, że się ją podpiera). Można też, rzecz jasna, zjeść ją w towarzystwie kaczki po pekińsku albo meksykańskich quesadillas (ole!). Najlepiej w ogóle zajrzyjcie na blog Majeranek y cilantro.

Niezależnie od wyboru pamiętajcie: jak już przetestujecie ten przepis, mogę wpaść i sprawdzić, czy mnie u Was nie ma, huechuech. Kaczkę po pekińsku to bym schrupał, jejbohu... Pójdę jutro do Pałąkowej, może będzie bić...

Salsa ole!

Składniki
4 pomidory
2 ząbki czosnku
1 czerwona cebula
kilka łyżek oliwy
garść albo i dwie drobno posiekanej natki kolendry
sok z połowy cytryny
cukier, sól, świeżo zmielony czarny pieprz
tabasco albo posiekana ostra papryka.

Pomidory sparzamy, usuwamy skórkę i nasionka (żeby nie było zbyt rzadkie), a miąższ kroimy w kosteczkę. Wrzucamy do miseczki razem z posiekaną cebulą, roztartym czosnkiem i innymi składnikami. Sos powinien być lekko kwaskawy i zdecydowanie pikantny. Odstawiamy w chłodne miejsce (np. do piwniczki na mięso i podroby) na czas porannego dojenia, albo i na godzinkę, i już. Ole!

Jak kto lubi, można dodać posiekanych oliwek.

wtorek, 12 maja 2009

Quesadillas z kurczakiem. Z salsą to niezły trójkącik

Składniki
cyca kury,
100 g startego żółtego sera,
100 g fety albo sera topionego, pokrojonego w grubą kostkę,
garść posiekanych czarnych oliwek,
sok z cytryny,
oliwa,
kmin rzymski,
papryka w proszku,
sól, pieprz.

Sos majonezowy
kilka łyżek majonezu,
trochę posiekanej ostrej papryczki,
łyżeczka brązowego cukru,
łyżka albo i dwie słodkiej papryki w proszku,
sporo kminu rzymskiego,
ząbek czosnku,
sól do smaku.

Składniki sosu majonezowego mieszamy ze sobą i wkładamy do lodówki celem przegryzienia się. Robimy salsę.

Bierzemy cycki kurzęce. Kroimy je tak, jak lubimy (najlepiej w cieniuśkie plasterki), polewamy sokiem z cytryny, oliwą z oliwek, dodajemy przetarty czosnek i kmin rzymski. Ja daję też rozmaryn, ale nie przejmujcie się, dodaję go do każdej potrawy. Wsypujemy, nie żałując, paprykę - zagęści całość. Zalewa ma oblewać mięso, nie powinno być suche. Drób lubi pić :) więc jak wysycha, polewamy ulubioną oliwą z oliwek i skrapiamy sokiem z cytryny. Mrr, piersi lądują w lodówce obok sosów. Można je przykryć folią, bo zapach silny. Nie każdy lubi kiszkę pasztetową o zapachu czosnku i rozmarynu.

Sos i mięsko potrzebują przynajmniej pół godziny żeby się upysznić. Oczywiście, im dłużej, tym lepiej. Teraz najlepsze. Kurczaka wrzucamy na suchą, potwornie rozgrzaną patelnię, masakrowaną od spodu najmocniejszym płomieniem, jaki możemy uzyskać. Smażymy do bólu, ciągle mieszając albo podrzucając na patelni jak Stefanowa na stołówce w remizie. To nie ma być kurak soczysty, tylko smaczny. A więc - na brązowiutko, heej!

Jednocześnie na drugiej, rozgrzanej patelni, na tyle dużej żeby zmieściła placek tortilli - hmmm... podgrzewamy tortille. Przepis na nie podam jak nabiorę sił (bo jutro idziemy z kościelnym, Koszelewskim Zdzisławem, kosić oziminę na paszę dla jenotów), ale te ze sklepu ostatecznie też mogą być - do czasu kiedy przygotujemy sami, bo odtąd te kupne będą ciągnące, bez smaku i nijakie - już lepiej kartochli nagotować. Kościelny mawia, że chlieb i samogonka najlepsza swoja.

Tortilki układamy na blacie. Na jednej połówce układamy kawałki serka (pod wpływem temperatury lekko się nadtopi i będzie znakomity), na to wysmażonego kuraka, posypujemy startym serem i polewamy lekko sosami. Przykrywamy drugą połówką i voila, co się dziwisz, kesadijas gotowy. Można go jeszcze pomęczyć w piekarniku, ale ja wolę jak gorące składniki mieszają się z zimnymi. Aha, ten ser topiony czy tam fetę to można po wyłączeniu gazu (a jakże!) wrzucić na patelnię z kurczakiem. Lekko oblepi kawałki mięsa i będzie uroczo aksamitny.

Życzę smacznego i oszczędzajcie surowce naturalne. Z Bogiem.