Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sos. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 marca 2012
Faszerowane ziemniaki z ziemniaczano-serowym sosem
Czasem jak się czego zachce, to się nie da wytrzymać, co nie? Będzie łazić za człowiekiem taki salceson czy inna świeżynka, odpędzić się nie da, jejbohu! Jak mnie się więc wczoraj zachciało kartochli nadzianych mięsem, zaraz umyśliłem je zrobić aby nie pałętały się za mną jak będę sikorki obłaskawiał na potańcówce w remizie. W piwniczce jeszcze co nieco bulw zostało, tak i wykonałem. Żeby nie było za suche, zrobiłem sosek. Ale jaki sosek! Słodkawy, serowy, a i zdrowotny, gdyż ponieważ do jego wykonania nie poszła ani mąka, ani śmietana. Miodas, cie florek...
Składniki:
6 sporych ziemniaków,
50 dkg mięsa mielonego,
1 klinek niebieskiego sera pleśniowego,
garść oliwek,
1-2 łyżeczki musztardy,
2 cebule,
4 ząbki czosnku,
rozmaryn, kmin rzymski, sól, pieprz.
3 posiekane ząbki czosnku, oliwki, także posiekane, oraz musztardę łączymy z mięsem. Dodajemy 3/4 opakowania sera, który wmieszywujemy w masę mięsną. Przyprawiamy do smaku podprażonym kminem rzymskim, solą i pieprzem. Ziemniory wydranżalamy (ja tam nie mam cierpliwości żeby łyżeczką wydłubywać ze środka, więc przekrajam na pół i wyskrobuję; tak jest łatwiej). Z zewnątrz smarujemy oliwą, w wydrążenia nakładamy farsz. Do piekarnika. 180 stopni, pół godzinki czy śtyrdzieści minut, aż się zaczną rumienić.
Cebulę kroimy jakkolwiek i dusimy na masełku.
Żeby nie wyrzucać tego, co wydłubałem ze środka ziemniaków, postanowiłem to zużyć, bo niewiele jest rzeczy gorszych od marnowania dobrego jedzenia. Tak więc przesiekałem byle jak i dorzuciłem do cebuli. Te wiórki zostały mianowane Świetnym Zagęszczaczem Sosowym.
Cebulę z ziemniaczanymi wydłubkami podduszamy chwilę, a potem zalewamy dwoma szklankami wody. Dusimy pod przykryciem do całkowitej, absolutnej miękkości. Pod koniec odkrywamy i odparowujemy płyn. Po usunięciu nadmiaru wody dodajemy rozdrobnioną resztkę sera. Czekamy chwilunię aż się rozpuści. Na koniec dokładamy ząbek czosnku, rozmaryn, sól, pieprz i blendujemy na gładziuśką, bieluśką, gęstawą, słodkawą, pachnącą serem, rozmarynem i czosnkiem muślinową masę (na zdjęciu widać też pieczarki, ale zostały usunięte z listy składników, albowiem tego, no nie wnosiły nic, no!).
Dobre to nieprzeciętnie. Szczególnie sos przypadł mi do gustu. Miał świetną konsystencję i piękny, kremowobiały kolor. Wiecie co? Dziwna rzecz: jak tylko solidnie pojadłem, zaodraz mnie się odechciało i tych kartochelków, i jeść w ogóle. Czary, panie, czary!
piątek, 3 czerwca 2011
Żelazna porcja: cytrusowa wątróbka z sosem balsamicznym
Okazało się dziś, że dziesięć litrów temu zostałem krwiodawcą. No to z tej okazji zapuszczam pożywienie żelazowe, bo trzeba ułatwić sobie odrobienie ubytków. Ostatnio chodziły za mną trzy rzeczy, na które miałem ochotę. Zapuściłem je do jednego obiadu i są.
Składniki:
▪ 50 dkg wątróbek indyczych,
▪ 50 dkg selera,
▪ 2 pomarańcze,
▪ skórka otarta z jednej pomarańczy,
▪ pół szklanki octu balsamicznego,
▪ szczypiorek,
▪ 20 dkg młodego szpinaku,
▪ odrobina soku z cytryny,
▪ rozmaryn, gałka muszkatołowa, sól, pieprz.
1. Pierwszą z napastujących mnie rzeczy było piure z selera. Takie piure to jest okrutnie dobra rzecz. Robiłem ostatnio, ale bez dodatku pietruszki i soku z cytryny, z polędwiczką wieprzową było takie jakieś zbyt słodkie i bez wyrazu. No i kombinowałem, do czego by pasowało samo, bez cytryny.
2. Następne były wątróbki, które bardzo lubię, ale jem rzadko. Tak mi zapachniały na pomarańczowo, więc postanowiłem spróbować w nadziei, że to nie będzie połączenie wymiotne.
3. Kiedyś widziałem w telewizorze w klubokawiarni jak chłop odparowywał ocet balsamiczny. Dostał gęsty, czarny sos. Pewnie, że się bałem, że będzie to kwaśne jak uśmiech bufetowej Danuty kiedy się powie, że nie ma się czym zapłacić za to dobre tanie wino, które się właśnie wypiło z kompanami, ale chciałem wykonać testa. Słodkie piure, kwaskawy sos, pomyślałem, czemu by nie.
Selera obieramy, kroimy w grubą kostkę, wrzucamy na patelnię, zalewamy do połowy wodą, dolewamy kilka łyżek oliwy i gotujemy na małym gazie pod przykryciem aż solidnie zmięknie. Doprawiamy solą, pieprzem, gałką muszkatołową i miksujemy na gładką masę.
W rondelku podgrzewamy powolutku ocet balsamiczny z sokiem z jednej pomarańczy, szczyptą soli i gałązką rozmarynu. Kiedy odparuje porządnie i nabawi się konsystencji rzadziuśkiego kiślu, wyłączamy gaz (po kilku minutach znacznie zgęstnieje). Zdecydowana większość kwaśności ucieka z octu podczas grzania, pozostaje niesamowicie przyjemny, kwaśno-słodki, miło rozkładający się na języku sos. No i ta pomarańcza i rozmaryn...
Na porządnie rozgrzanej patelni na podwójnym gazie smażymy namoczoną uprzednio w mleku i pociętą na spore kawałki wątróbkę. Po jakichś dwóch - trzech minutach, kiedy brzegi zaczną brązowieć, wciskamy sok z pomarańczy (można dorzucić rozmaryn) i zmniejszamy gazowanie. Po kolejnych dwóch minutach sok odparuje i zaraz zdejmujemy mięso, które powinno być soczyste i delikatne.
Na talerz wykładamy porcję piure, dokładamy wątróbkę, polewamy dookoła gęstym sosem balsamicznym i układamy sałatę poskładaną z młodych listków szpinaku, szczypiorku, oliwy i odrobiny soku cytrynowego. Do sałaty można nie dawać soli. Wątróbka też nie była jeszcze solona, więc sypiemy po wierzchu jakąś dobrą gruboziarnistą solą morską, która wprowadzi dodatkowe niezwykle przyjemne zamieszanie. Całość posypujemy otartą skórką pomarańczową i podajemy to niebo w gębie.
Przysmażona, ale soczysta i rozpływająca się w ustach wątróbka o posmaku pomarańczowym znakomicie łączy się ze słodkim selerem i kwaskawym, rozmarynowym sosem balsamicznym. Ten szpinak dodałem trochę dla śmiechu (no i oczywiście żeby była jakaś zielenina na talerzu), że niby posiłek pełen żelaza. Tak się mówi, że szpinak to źródło tego minerału, ale jak spojrzeć w tabulki, to wychodzi, że ma go niewiele więcej, niż seler, i ponad dwa razy mniej, niż natka pietruszki. No ale ładnie wygląda i przednio smakuje, więc niechaj sobie będzie. Życzę smacznego i idę sprawdzić, co tam się wyrabia w kurniku, że kurki tak gdaczą. Z Bogiem.
czwartek, 28 października 2010
Na pohybel zimie: klopsiki indycze w winno-pomidorowym sosie
Zima będzie wczesna, kuchenni blogierzy zaczęli gotować jesienne potrawy. Gotuję i ja ażeby ktoś nie pomyślał, że jakaś popierdułka jestem, a nie prawdziwny kuchenny blagier. Tfu, blogier. No to dzisiaj kontynuuję jesiennienie kuchni. Będzie solidnie, choć zwiewnie. Gdybym miał zgadywać, po włosku więcej. Albo po angolańsku, bo czy to wiadomo, co w takiej Angoli warzą? Może i kulki z indyka. Przepis skradłem Grzesiowi z Mniammniama.
Składniki:
▪ 0,5 kg mielonej piersi indyka,▪ 15 dkg wędzonego boczku,
▪ 0,5 l soku pomidorowego,
▪ 100 ml czerwonego wina,
▪ 2 cebule,
▪ 10 dkg sera topionego,
▪ 10 dkg sera pleśniowego (ja wziąłem niebiewski Lazur, bo lubię),
▪ 10 dkg czarnych oliwek,
▪ 1 jajko,
▪ po garści natki pietruszki i tymianku,
▪ 3 ząbki czosnku lub 3 łyżeczki pasty włoskiej,
▪ sól, pieprz.
[Listonic]
Boczek drobno siekamy lub międlimy w blenderze. Siekamy oliwki. Łączymy mięso indycze z boczkiem, oliwkami, jajkiem, ziołami, połową czosnku, połową serów. Solimy, pieprzymy, ładnie wyrabiamy (ale serów nie wgniatamy w masę zbyt dokładnie, białe oczka fajnie wyglądają) i odstawiamy żeby czosnek i zioła zrobiły swoje.
Cebulę podduszamy na oliwie, a kiedy zmięknie wlewamy sok pomidorowy i wino (sok wykombinowałem w ostatniej chwili, bo zostało mi pół kartonu po tym jak robiłem żeberka z fasolą), dusimy z 15 minut żeby płyn nieco odparował. Przyprawiamy, blendujemy na gładką masę, dodajemy małe klopsiki uformowane z masy mięsnej, dusimy ok. 10 minut. Kulki wyjmujemy z czerwonego sosu pachnącego winem i pomidorami, odparowujemy go do uzyskania gęstości lejkiej śmietany, dodajemy resztę serów, które dadzą nie tylko znakomity smak, ale też przyjemną konsystencję. Dokładamy pozostały czosnek lub przechodzoną pastę włoską. Wkładamy z powrotem klopsiki, wuala.
Oczywiście kulki można upanierować w bułce tartej i usmażyć przed włożeniem do sosu, wtedy są brązowiutkie i też smakowite, ale ja miałem lenia i ochotę na coś delikatnego, więc wciepłem do gara surowiznę.
Podajemy z makaronem albo z kartochlami lub też z kaszą albo z ryżem, ewentualnie z bagietką albo bez nic. Ja zrobiłem z makaronem razowym. No i co? No i zima może mi... nafiurkać, o.
Tak se myślę, że takie klopsiki byłyby też dobre z rybą zamiast indyczyny. Mus spróbować.
A kiedyś, jak nie miałem lenia i obsmażyłem pulpeciki (ale miałem innego lenia, bo to były raczej wielkie pulpeciska, żeby nie powiedzieć kotleciuchy), to wtenczas wyglądały tak:
czwartek, 6 maja 2010
Faszerowane pieczarki
Przekąska bez przepisu — z tego, co było w lodówce. Ale że smakowita, to tu zapodaję ażeby o niej pamiętać jak znoweś z pólka wracawszy natknę się na takie niebrzydkie grzybki. A nie, widać chyba, że coś ja tu przyciemniam: przecież one, te pieczarki, zdaje się jeszcze nie rosną, co nie? No dobra, w gieesie kupiłem, bo przecena była.
Składniki:
4 spore pieczarki,2 gałązki selera naciowego,
1 cebula,
4 małe plasterki boczku,
pół opakowania fety,
opakowanie serka topionego,
1/2 szklanki mleka,
curry, sól, pieprz, cząber.
[Listonic]
Plasterki boczku (szynki, kiełbasy; oczywiście z mięsa można zrezygnować) podsmażamy lekko na patelni, po czym układamy je na dnie kapeluszy, z których wyjęliśmy trzonki. Odjęte trzonki siekamy, podobnie jak selera i cebulę. Podduszamy na niewielkiej ilości oliwy z cząbrem, pieprzymy. Solimy ażeby szybciej puściło sok. Kiedy płyn odparuje, napełniamy grzyby masą warzywną i układamy po kawałku fety i sera topionego. Ser można dodać na patelnię podczas smażenia , wtedy wytworzy się sos, ale ja chciałem sprawdzić, czy te fetopodobne wyroby, które kupuje się w sklepach, rzeczywiście się nie rozpuszczają. No, przestały się rozpuszczać. Kiedyś się rozpuszczały, czort. Może wtedy były jeszcze z mleka... Niezadługo powyrastają nam macki i dodatkowe odnóża. Będziemy myśleć, że to ewolucja, a to będą polepszacze z poprawiaczami i E-cośtam.
Pieczarki wstawiamy do piekarnika do zapieczenia i bierzemy się za sos, bez którego moje życie byłoby... no, mniej serowe. Dlaczego ja go jeszcze nie wklepałem jako oddzielnego przepisu, to i nie wiem. Nie musiałbym po raz siedemdziesiąty się powtarzać. No więc w garnku podgrzewamy mleko, wrzucamy resztę sera i mieszamy. Kiedyś to wystarczyło, teraz trzeba zblenderować. Dodajemy curry i mamy piękny, pachnący sosek do zadań wszelakich. Można dać też pleśniaka dla wzbogacenia aromatu.
Pieczarki układamy na talerzu, dodajemy resztę pysznej masy warzywnej, polewamy sosem i już mamy świetną przekąskę, którą dla spokoju sumienia możemy nazwać lekkostrawną i prawie pozbawioną kalorii. Ja pozwoliłem sobie na zrobienie z sosu takiego długaśnego robaka, bo ostatnio wszystko, co półpłynne przepuszcam przez Decopena, którego wygrałem w konkursie u Kuby. Jak widać, jak się nie ma manualistycznych uzdolnień, najlepiej nie decopenować nic, ale tak mnie to mazanie bawi, że ciągle coś maluję. Z pozdrowieniem.
A nie, jeszcze nie koniec. Na zakończenie mam prośbę do osoby lub osób, które wchodzą na mojego bloga z IP 212.106.177.xx (zgłasza się jako AM w K.; nie piszę dokładnie, bo kto stamtąd wchodzi, ten się domyśli). Co minutę, półtorej następuje przeładowanie strony, co skutkuje zliczaniem dodatkowego tysiąca wejść dziennie przez system statystyki odwiedzin. Czegoś nie wierzę, że to jakiś fanatyczny wielbiciel z taką niecierpliwością czeka na kolejny wpis. A wiecie, ja lubię popatrzeć, z jakich stron ludzie włażą do mnie. Na ten przykład że w Guglach wpisują "plon z hektara czosnku", "grzebanie w dupie" (tak, tak) albo "bałakanie z popultaniem", Gugle im pokazują różne strony, a oni wybierają Gotowanie na gazie. I te najzabawniejsze wyniki ja zapisuję i kiedyś się z wami nimi podzielę, bo niektóre są zaskakująco absurdalne, więcej jeszcze, niż te moje bajania. No i tego, jak co chwila na liście mam kolejne wejście z jednego IP, to żeby wyhaczyć cokolwiek, musiałbym nie odchodzić od mojego komputerka, a sami rozumiecie, że to spory wysiłek tak dymamo napedałowywać ażeby elektryfikacji do akumulatorków komputerkowych narobić. To ten, tego, ja by wolałem żeby tego pikania nie było, a jak kto niecierpliwi się, niechaj napije się śliwowincji. Czego i sobie życzę. Śliwowincji, nie niecierpliwości.
O, i tak to. Ostańcie się w spokoju, moje wy rydzyki rumiane. Ups, co ja gadam, co ja gadam, jakie rydzyki?! Ooo, teraz to w wynikach szukania bedą wejścia od włóczkowych czapuń i jak one poczytają, co tu się opowiada, i że ze śliwek Maciaszczyk nie kompot robi, to jak nic odbędzie się protestancja przed moją chałupą i będę musiał dziadźkową flintę ze stryszku wyciągnąć. Czego nie życzę nikomu, bo zamek wylata.
środa, 27 stycznia 2010
O mój panie, ziarenkowe chrupanie. Sałatka z brokułów i indyka
Dzisiaj czyprakowanie odwołane, bo mam lenia i wyszła mi z piwniczki śliwowincja, i jeszcze pekaes z Gliniewic uciekł mi i musiałem w letnich gumiakach brnąć przez zaspy żeby zdążyć do chałupy na wieczorny obrządek. Ponadto Szuwaśko, czort, polazł gdzieś. A miał mi odwieźć krajzegę i zapukać nogą. Mam nadzieję, że znowu czegoś nie popsuł jak ostatnio kiedy pożyczał pilnik. Jassne, nie wiedział, że pilnik nie służy do mieszania budaprenu. No i jak żyć, jak żyć...
Ale do roboty, bo my tu gadu gadu, a papu stygnie. Ja tam lubię taką prostą sałatkę z brokułów, indyka, z dodatkami, które znajdą się pod ręką. Miesza się to byle jak, i niekiepski obiad gotowy. Dziś za radą Agi dodałem ziarenek i okazało się, że tak niepozorny dodatek podkreślił smaki, dodał swoje i sprawił, że sałatka z dobrej stała się wyborna. Mała rzecz, a cieszy. Posłuchajcie.
Składniki
▪ 1 mały brokuł,▪ 40 dkg piersi indyka,
▪ 5 plastrów boczeczku,
▪ 1 papryka,
▪ 20 dkg pieczarek,
▪ 2 mandarynki,
▪ pół cebuli,
▪ 0,5 opakowania serka topionego,
▪ 1 szklanka mleka,
▪ kawałek sera pleśniowego,
▪ 2 łyżki majonezu,
▪ 3 ząbki czosnku,
▪ kawałek imbiru,
▪ garść pestek słonecznika albo dyni, płatków migdałowych,
▪ 2 łyżki sosu sojowego,
▪ 0,5 cytryny,
▪ curry, rozmaryn, cukier, sól, pieprz.
Robimy szybko marynowaną paprykę: kroimy ją na spore kawałki, dodajemy pocięty grubo czosnek, imbir, sos sojowy, 2 łyżki oliwy, łyżeczkę brązowego cukru, sok z połowy cytryny, pieprz i odstawiamy na kilka minut żeby czosnek się uruchomił. Mieszanka powinna być słodko kwaśna, bo ta papryka będzie robić za przełamywacz słodyczy brokuła i pieczarek. Mięso kroimy w nie za małą kostkę i posypujemy ziołami i solą albo ulubioną mieszanką przypraw, skrapiamy sokiem z jednej mandarynki. Brokuła dzielimy na różyczki i dotujemy do półmiękkości na parze. Pieczarki kroimy na ćwiartki (jeśli małe, zostawiamy w całości) i posypujemy curry i solą.
Sos będzie taki, jak tu, tu albo tu. Wychodzi na to, że go lubię. Miałem niby zrobić najzwyczajniejszy pyszny sos z jogurtu z czosnkiem, miętą i estragonem albo cząbrem, ale tak mi się chciało rozmarynu, że zrobiłem sos serowy (do jogurtowego rozmaryn mi nie leży i nic na to nie poradzę), ale dodałem majonezu. Dobry wybór. Mleko wlewamy do rondla, dodajemy gałązki rozmarynu, przekrojony na pół ząbek czosnku, curry i gotujemy chwilę aż rozejdzie się cudowna żywiczna woń. Wtedy dokładamy ser pleśniowy i topiony i czekamy aż ładnie się rozpuszczą. Dodajemy pieprz, miksujemy blenderem i odstawiamy w chłodne miejsce do ostygnięcia. Kiedy ledwo ciepły, dodajemy majonez i cieszymy się serowo-majonezowym sosem pachnącym łanem rozmarynu.
Na mocno rozgrzaną patelnię wrzucamy po kolei pestki i płatki migdałów i rumienimy. Zdejmujemy, wkładamy naszą marynowaną paprykę i gazując ile wlezie, redukujemy brązowy sos aż zniknie. Patelnię z papryką wkładamy do piekarnika (100 st.) żeby sobie doszła. Równolegle na drugiej, suchej, mocno rozgrzanej patelni podsmażamy pieczarki. Powinny się zbrązowić, ale zdejmujemy je zanim puszczą sok i skapcanieją. Po zdjęciu pieczarek na patelnię wrzucamy pokrojony w grubą kostkę wędzony boczek i szybko go obsmażamy. Zdejmujemy pachnące skwareczki, wrzucamy mięso, które przysmażamy solidnie (albo jak kto woli, na miękuchno).Pod koniec, kiedy mięso już przyrumienione, wciskamy sok z drugiej mandarynki. Nada to mięsu lekko cytrusowy aromat.
Mieszamy brokuły z papryką, pieczarkami, boczkiem i indykiem, dodajemy posiekaną cebulę, polewamy obficie sosem (powinien być z tych rzadszych, wtedy na dnie powstaje pyszny ekstrakt). Po wierzchu sypiemy ziarenka i już. No dobre jak nie wiem i co. Przypieczone pestki, indyk, kwaskawa papryka, sos... Ten sosek z dna najlepszy, przesycony aromatami innych składników, silnie serowy. I rozmarynowy. To już chyba uzależnienie. Dobranoc, jelonki uroczyste.
sobota, 16 stycznia 2010
Jarmużowo-łososiowa sałatka serowa dla pani Kasi
Wspominałem już, że lubię jarmuż? Nie? A, może dlatego, że sam nie wiedziałem. Teraz już wiem, bo spróbowałem. Jutro zrobię na parze, bo mówią, że też świetny, a wczoraj podsmażyłem na oliwie. Podpieczony, czipsowaty, lekko kapustny, łamliwie delikatny zrobił na mnie spore wrażenie. Może nie takie jak dynia kilka miesięcy temu, ale poczułem się miło zaskoczony. Proste smaki zaznawane po raz pierwszy potrafią zafrapować. Jak tylko go spróbowałem, już wiedziałem, co będzie na kolację. Kiedyś robiłem już podobną sałatkę, ale z jarmużem smakuje inaczej.
Składniki (2 osoby)
▪ 4 garści jarmużu,
▪ 0,5 szklanki mleka,
▪ 0,5 serka topionego,
▪ kawałek sera pleśniowego,
▪ 2 ząbki czosnku,
▪ pół cebuli,
▪ wędzony łosoś,
▪ sok z cytryny,
▪ rozmaryn, curry, pieprz.
Najpierw mój ulubiony sos serowy. Do rondelka wlewamy mleko i wkładamy gałązkę rozmarynu i przekrojony na pół czosnek. Podgotowujemy dwie minuty, dokładamy sery i posypujemy curry i pieprzem. Gotujemy aż ser się rozpuści a nasz serowy sos nieco zgęstnieje. Kiedy uzyska pożądaną konsystencję, wrzucamy posiekaną cebulę i wyłączamy gaz. Cebula straci dzięki temu nieco swej ostrości.
Z jarmużu po umyciu wycinamy łodygę, a listki dzielimy na mniejsze kawałki. Na rozgrzaną patelnię wlewamy nieco oliwy i wkładamy zieleninę. Można dodać ociupinkę soli, ale sery i łosoś są słone, więc ostrożnie. Cały czas mieszając podgrzewamy go na dość silnym gazie aż straci surowość, nabierze głębokiego, wyśmienitego smaku i stanie się leciuśko chrupiący. Właściwie nie chrupiący, tylko taki mniej miękki. Podobno jak się podgrzewa za długo, robi się gorzki. Taki podsmażony jarmuż już jest rewelacyjny. Wystarczy posypać odrobiną soli, może kapka soku z cytryny i jesteśmy szczęśliwi. Tym razem jednak idziemy na bogato.
Na talerki wykładamy jarmuż, polewamy serowo-cebulowym, pachnącym rozmarynem sosem, układamy kawałki wędzonego łososia, kropimy sokiem z cytryny i już. Muszę zapamiętać, bo to niezłe danko na lekką letnią kolację. Zamiast łososia, tak mi się przynajmniej wydaje, dobra by była kiełbasa chorizo. Może z lekka przyrumieniona?
Teraz wam, życzliwości wy moje, powiem, dlaczego ta sałatka nazywa się dla pani Kasi. Ano bo na Durszlaku jest taka akcja, że szykujemy papu dla pani Kasi Cichopek, która uczy się gotować, gdyż tańcować i aktorzyć już umie. Ta sałatka jest taka prosta (przygotowanie zajmuje ok. 15 minut) i taka smaczna (a jednocześnie zdrowotna), że świetnie nadaje się jako wprawka przed nauką przyrządzania skomplikowanych dań w rodzaju faszerowana gęś po polsku czy te nowomodne specjały, co to człowiek nie wie, czy dostał je do jedzenia, czy ma się tylko pogapić. Kojarzycie te śmichotki, które Modesty Amary robią: obcharkają śledzia czymś w rodzaju spienionej śliny i są z siebie nie wiedzieć czemu zadowolone.
Wam wszystkim i pani Kasi życzę smacznego i spadam. Bazyluk Kazimierz z małżonką proszą dziś na kosztowanie nowej nalewki na rdeście. Zajrzę tylko po drodze, czy u Maciaszczyka wszystko w porządku. Pogadamy z Bazylukami o życiu, może zaśpiewamy jakieś ziołowe pieśni... A głosy nasze czyste przejrzyste pójdą po rosie jak radziulisowa kasztanka do koryta z wodą. Co ja gadam, po jakiej rosie, toż minus pitnaście, to chyba po grudzie raczej. Nu, bywajcie. Sprawdźcie, czy kurnik domknięty.
niedziela, 3 stycznia 2010
Kurczak winny! Śliwka widziała!
Gapiłem się dzisiaj w telewizora w naszej klubokawiarni, dumie naszej i chlubie, do której wstąpiłem po drodze od naszego przełamywacza monopolu państwowego, gdyż ciężko dla mnie niosło się to całe dobro, które ja u niego zanabyłem drogą wymiany za pietruszkę i brukselkę. Rozumiecie, jak wczoraj Szuwaśko wrócił traktorkiem od Grażyny (trzeba wam wiedzieć, że w drodze powrotnej sypało nieźle, u niego w traktorku kabiny nie ma, więc całą gębę miał obśnieżoną), to ja jego musiałem troszkę rozmrozić, a mało wypić to on nie może. Ma przy tym taką manierę, że nie jeździ kiedy wypije więcej, niż litr. Z grażynowym mężulem spożyli małowiele, więc po drodze rozgrzewać się Bolsem, co jego na drogę dostał, nie mógł. To co, gorąco dla niego nie było, czort, no sami powiedzcie.
Tak my jego rozgrzewaliśmy, że cały zapas śliwowincji dla mnie wyszedł, o zajączkowym Bolsie nie wspomniawszy. Rano, jak tylko rozpluszczyłem oczęta amarantowe i wydoiłem Łaciatą, gdyż ryczała najgłośniej z całej żywiny, musiałem zaraz pobiec do Maciaszczyka, alebowiem czego jak czego, ale czosnku, rozmarynu, bumagi na rozpałkę i śliwowincji zabraknąć u mnie w chałupie nie może. I nagrań Trija Egzotycznego. Ot i tak się znajszedłem się w klubokawiarni, w której to stoi jedyny w naszej wiosce telewizor. Rozumiecie na razie? Bo coś dla mnie się widzi, że kołowaty ja jeszcze po tym rozmrażaniu naszego sołtysa jestem i nieskładnie myśl moja biec może.
No i tego, co ja tam miałem. Aha, siedziałem w klubokawiarni, poprawiałem kondycję i widziałem w tym telewizorku jak jeden gościu pływał se po Francji barką i gotował. Zrobił on jedno fajne danie, a że sporo rozmarynu do niego wrzucił, który to rozmaryn kocham niemalże jak maciaszczykową śliwowincję, to ledwo dokończyłem delektować się szklaneczką przepalającego przełyk „Tchnienia teściowej”, czyli wina marki wino zaprawianego ruskim spirtem, zaraz wybiegłem z naszego przybytku kultury, sztuki i dziedzin pokrewnych nie wyłączając kataleptycznych nurtów onomatopeicznych w poezji Oświecenia, i pobiegłem na poszukiwanie wina. Wywlokłem za fraki gieesową sklepową z piernatów i kazałem sobie dać najlepsze greckie albo hiszpańskie winiucho. Wiecie, francuskiego nie pijam, bo kwasem wali i zgaga po nim silna. Znalazła ona Imiglinkosa cypryjskiego za całe 12 złotych, to wziąłem, choć takiego drogiego winka to ja musi jeszcze nie piłem. A co mi tam, karczochy w tym roku dla mnie udali się, stać mnie na rozpustę.
Co ja chciałem... A, przepis miał być, a ja tu durnoty gadam i nawet nie powiedziałem, co u mnie na kuchni pyrka. Ten gość, co ja o nim dla was przepowiadam, to zrobił królika we winie ze śliwkami na modłę prowansalską ole! A nie, jak na prowansalską, to nie „ole”. Jak na prowansalską, to może „merde”?
Króllika nie dostałem, bo Baciuk, swołocz, przy klatce ustawił budę z psem, więc nijak podkraść się nie mogłem. Ale durnowaty on, jak przestawił tę budę od kurnika, to droga do kurczaków roztworzyła się zaraz. Głupi ten Baciuk, mówię ja wam, aż mokry! Kurczaki więc udało się dla mnie zdobyć, to zrobiłem kurczaki.
Wrrróćć! Przepis! Aha, no dobra.
Składniki
▪ 8 udźców kurczęcych albo 1 królik,▪ 20 dkg wędzonego boczku,
▪ 15 dkg suszonych śliwek,
▪ pół butelki, albo i więcej, czerwonego wina,
▪ 3 marchewki,
▪ 3 łodygi selera naciowego,
▪ 2 cebule,
▪ kilka gałązek rozmarynu i tymianku,
▪ 4 ząbki czosnku,
▪ garść otrębów,
▪ 2 łyżki słodkiej papryki w proszku,
▪ sól, pieprz, a jakże.
Użyłem ud, bo podudzia będą na karnawałową zabawę, a z reszty kuraków zrobię pulemarengo (hehe, poczęstuję Baciuka i zapytam, czy dobre). Jak kto ma królika, porcjuje. Mięso układamy w garnku i przygotowujemy warzywa. Na patelni podsmażamy dość grubo krojony boczek. Przez chwilę myślałem, że to dekadencja używać boczku z własnego wędzenia, ale kiedy po kuchni rozszedł się aromat taki, że aż Pałąkowa przykulgała się sprawdzić, co tak pięknie daje, zmieniłem zdanie. To nie dekadencja, to przemożna potrzeba.
Na zrumieniony boczeczek wrzucamy warzywa: krojoną nazukos w trzycentymetrowe kawałki marchew, tak samo krojonego selera, cebule poósemkowane, a czosnek przekrojony na pół. Na mocnym gazie podsmażamy niedługo, dolewając odrobinę zieloniutkiej oliwy, ale żeby brzeżki się przypaliły z lekka.
Warzywa dorzucamy do kuraka/królika, a to, co przywarło do patelni, deglasujemy odrobiną wina. Nie wypijamy tego, choć smaczne, tylko wlewamy do garnka. Dolewamy wina ile wola, ale przynajmniej jeden kieliszek ma zostać dla kucharza, stara francuska zasada. (Ja zostawiłem więcej w butelce, gdyż w gieesie znalazłem z tyłu zamrażarki udźce z daniela, które przy okazji nabyłem za niedużą opłatą, bo były prawie przeterminowane, i postanowiłem zalać je ładnie tym winem z octem balsamicznym, kupą rozmarynu i jarzynami, i upiec za kilka dni.) Dokładamy gałązki rozmarynu i tymianku, sól, pieprz i wstawiamy na minimalny gaz.
Po półtorej godziny albo i dwóch, kiedy zawartość garnka z całą pewnością nie jest aldentowana, wyjmujemy składniki stałe i redukujemy winny sos. To moja wydumka, pan w telewizorku podawał na rzadko. Za zagęszczaniem mąką ze śmietaną nie przepadam, bo spłaszcza smak wielu potraw. Naszego polskiego gulaszu wołowego to może nie, ale takiego winnego królika, to i owszem. Samo odparowanie nic nie daje, bo po prostu zmniejsza się ilość wina. No więc kiedy chcę mieć prowansalskie danie o silnym aromacie, ale z gęstym sosem, dodaję - tylko się nie śmiejcie - otrębów i sproszkowanej czerwonej papryki. Otręby same w sobie smaku nie mają, nie zmieniają więc ani koloru, ani smaku dania, a po kilku minutach znikają i mamy zgęstniały sos o konsystencji śmietany z mąką, który możemy wybierać bułką, czy czym tam chcemy. Ja podałem z razową pitą, którą poczęstował mnie wczoraj mój tatulo, i którą ładnie się ten sos nabierało.
Gdybyście robili, to powiem wam, że brakło mi tam czarnych oliwek, których po raz pierwszy od wielu lat zabrakło mi w piwniczce, i odrobiny soku z cytryny, bo wino nie było wytrawne. Ale ogólnie - zdrowo, przepysznie i samo rychtyk po świątecznych i sylwestrowych odjazdach. Szuwaśce nawet nie zaproponuję, bo mnie obśmieje. Dla niego jutro za przysługę nasmażę panierowanej słoniny. Czy mnie się zdaje, czy rozpisałem się znoweś? Czort, grafoman jeden.
niedziela, 23 sierpnia 2009
Nadziewana owocowa golonka

Mówi się, że golonka niezdrowa, bo tłusta. Fakt, tłuszczyku trochę ma, ale przecież on się wytapia podczas długotrwałego gotowania czy pieczenia, a mięso z golonki jest przecież najsmaczniejsze z całej świni - soczyste, mięciutkie... Ale nic to, dzisiaj i tak przyszedł mi do głowy pomysł na widok którego zwolennicy diety króliczej nie będą być może oglądać się z niesmakiem. A to dlatego, że postanowiłem golonkę pozbawić skóry, tłustego i kości, nadziać ją owocami, upiec i podać z pieczonymi ziemniakami i owocowym boczkowym sosem. Trochę dziwna to golonka. Dotąd jadałem ją na różne sposoby, ale żeby z owocami? Okazało się, że warto było poeksperymentować. Soczysty, wyrazisty smak mięsa świetnie miesza się z owocami i rozmarynem. Zatem - do dzieła.
Składniki:
▪ 1 golonka,
▪ 2 gruszki,
▪ 2 garści suszonych żurawin,
▪ kawałek żółtego sera,
▪ 4 plastry wędzonego boczku,
▪ kilka gałązek rozmarynu,
▪ 1 łyżka posiekanego koperku,
▪ 3 łyżeczki pasty włoskiej albo czosnek i sól,
▪ 2 łyżki przyprawy Gyros Kotanyi,
▪ 1 łyżka czerwonej słodkiej papryki w proszku,
▪ ziemniaki.
Golonkę pozbawiamy skóry i kości. Ja jestem leniwy, więc w sklepie Zakładów Ełckich kupuję gotową golonkę, jedynie z małą kostką strzałkową, którą oczywiście wycinam. Taki piękny, ciemnoczerwony płat mięsa traktujemy pastą włoską i przyprawą Gryros (nie jestem przedstawicielem Kotanyi, po prostu po przetestowaniu kilku przypraw ta właśnie najbardziej przypadła mi do gustu, bo ma piękny aromat i nie jest tak pikantna, jak inne przyprawy tej firmy). Jeśli ktoś jeszcze nie zrobił królewskiej pasty włoskiej, naciera oliwą, czosnkiem i solą. Zostawiamy na pół godziny.
Rozkładamy mięso środkową stroną do góry i układamy na nim: pokrojoną w słupki jedną gruszkę, garść żurawin, 3-4 słupki sera, rozmaryn i koperek, kładziemy plaster boczku. Ładnie zwijamy i związujemy dratwą. Ziemniaki solimy i pieprzymy. Na dnie naczynia żaroodpornego układamy pozostałe plastry boczku i układamy pokrojoną drugą gruszkę. Sypiemy drugą garść żurawin. Układamy mięso i obkładamy ziemniakami. Do pieca na ok. 70 minut w temperaturze 180-200 st. Po mniej więcej trzech kwadransach, kiedy ziemniaki prawie gotowe, odkrywamy naczynie, pozwalając odparować nadmiarowi płynu, a kartochelkom przyrumienić się.
Wyjmujemy mięso i ziemniaki. Golonka powinna odpocząć teraz z 10 minut, będzie się ładnie kroić. W tym czasie przygotowujemy sos. Łatwe to zajęcie, bo po prostu miksujemy to, co zostało po pieczeniu, czyli boczek, owoce i aromatyczny płyn z golonki. Dosypujemy pieprzu, łyżkę papryki dla koloru i oto mamy słodkawy sos o posmaku wędzonki. Nie zawadzi dorzucić trochę posiekanego rozmarynu, bo rozmaryn poprawia nastrój. Po wystudzeniu ten sos jest świetny do mięs, więc nie martwcie się, jeśli trochę zostanie. Zgęstnieje i będzie jeszcze wyraźniej pachniał boczkiem.
Teraz już tylko na półmisek i sztućce i żuchwy w ruch. Szybko talerze się opróżniają, a przy stole cisza jak makiem zasiał, bo wszyscy skupieni na tym, żeby jak najszybciej dokończyć swoją porcję. Może uda się zgarnąć ostatni kawałek z półmiska? Smacznego, koszelewiaki kochane.
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Roladki drobiowe z cukinią

Na lato nie ma jak delikatne jedzenie o zapachu Morza Śródziemnego. Takie są roladki z cukinią: lekkie, aromatyczne, bezpretensjonalne. Przyjaciele, wino, i jest dobrze.
Składniki:
▪ 1 pierś kurczaka,
▪ 2 cukinie,
▪ spora garść posiekanych suszonych pomidorów w zalewie,
▪ żółty ser o ostrym smaku (parmezan, gruyere),
▪ 25 dkg zielonej fasolki szparagowej,
▪ pieprz,
▪ 8 wykałaczek ;)
Sos:
▪ 1 szklanka białego wytrawnego wina,
▪ 1/2 małego opakowania gęstej śmietany,
▪ 2 cebule,
▪ 2 ząbki czosnku,
▪ sól, pieprz, tymianek.
Najpierw sos. Cebule kroimy byle jak i solidnie obsmażamy na silnym ogniu. Ja lubię kiedy aż miejscami są nieco przypalone, bo to daje fajnego posmaczku sosowi. Dodajemy pokrojony czosnek i chwilę jeszcze smażymy. Wlewamy wino, dodajemy tymianek i pieprz, i redukujemy. Teraz całość miksujemy blenderem, wlewamy zahartowaną śmietanę i mieszamy. Solimy, pieprzymy, jeśli potrzeba, dodajemy trochę cukru. Można trochę zagęścić.
Gotujemy fasolkę na parze do takiej miękkości, jaką lubimy najbardziej.
Pierś dzielimy na połówki. Odkrajamy zwisające farfocle i koty mają wyżerkę. Każdą połówkę, która ma teraz zwarty kształt przekrajamy wzdłuż na cieńsze plastry. Każdy z plastrów rozbijamy tłuczkiem przez folię najcieniej jak się da. Mamy 4 cienkie plastry mięsa.
Jedną cukinię kroimy wzdłuż na cienkie długie plastry (po 2 na każdą roladkę). Odrobina soli, oliwy i na patelnię grillową. Smażymy aż zmiękną. Nie muszą być równe ani mieć pięknych przysmażonych pasków, bo za chwilę trafią do środka roladek.
Na każdym płacie układamy po 2 plastry miękkiej pasiastej i spoconej po grillowaniu cukinii, posypujemy starkowanym serem, pomidorami i pieprzem. Soli już nie trzeba. Nie żałujemy tych dodatków, ale też nie przesadzamy, bo oba mają intensywny smak. Zwijamy roladkę i spinamy dwoma wykałaczkami. Teraz na patelnię grillową i smażymy z dwóch stron na niezbyt silnym gazie. Wbrew pozorom po kilku minutach smażenia, kiedy roladki z wierzchu brązowiutkie, w środku nie będą już surowe, a nawet jeśli troszkę, to nie przejmujemy się, bo zaraz pójdą do pieca.
No właśnie, po usmażeniu roladki idą do piekarnika (100-120 st. C), a my w tym czasie wykonujemy czynności końcowe.
Drugą cukinię traktujemy podobnie jak pierwszą, ale tym razem staramy się żeby wyglądała ślicznie. Usmażonymi plastrami wykładamy półmisek. Każdy weźmie sobie, ile będzie chciał. Taka cukinia jest równie dobra na zimno, więc jest to dobre danie na długie Polaków rozmowy. Teraz wyjmujemy z pieca naszego kurczaka. Każdą roladkę przekrajamy skośnie na 2 części, ukazując śliczne połączenie jasnego soczystego mięsa, białego sera, czerwonych pomidorów i zielono-żółtej cukinii. Mniam.. I teraz układamy na przemian: 2 połówki roladki, kilka strączków fasolki, 2 połówki roladki, kilka strączków fasolki. Fasolkę polewamy delikatnie sosem, którego resztę podajemy w sosjerce. Jest on słodkawy od cebuli, kwaskawy od wina, więc świetnie się komponuje z całym daniem.
Niestety, zapomniałem zrobić zdjęcia wersji finalnej. Prezentowała się nieźle, bo przygotowałem to danie na wielkim półmisku, z poczwórnej porcji dla wielu głodomorów, więc było dużo przekładanek fasolkowo-roladkowych. Muszę jednak przyznać, że smak tym razem mnie nie powalił. Wcześniej zrobiłem te roladki na próbę (wymyśliłem to danie niedawno) i były rewelacyjnie pyszne, a kiedy przyszło do zrobienia na setkę kilka dni temu, coś nie zakorbiło. Wiadomo, jak się człowiek nie stara, to wychodzi miód, a kiedy się spina, bywa kiszka. Lajf taki. Tak więc róbcie te roladki na luzie, będą soczyste i aromatyczne.
Aha, dodaję ten przepis do cukiniowej akcji na Durszlaku. Smacznego życzę.

poniedziałek, 20 lipca 2009
Kostka jabłkowa do kaczki i innych mięs
Z cyklu "Grażynka prosi, Grażynka ma". Ale prędziutko, a nie że Wojtek czekał miesiącami. Uj, wstyd dla mnie. Chciałbym zwrócić uwagę, że te jabłka są kolejną formą sosu owocowego, i to zawsze takiego karmelizowanego Ki czort? Niestety, teraz tak mam. Jak coś na mnie najdzie, to pół roku katuję jeden rodzaj potrawy. Za pół roku zapodam zapewne 15 przepisów na kartacze i okolice. Jak tylko wybiorę się do tatula na nauczki. Ot, nieszczęście jednorodności. Aha, a o pierogach ja dla was, pliszki milutkie, opowiadałem?
Kostka jabłkowa pasuje do mięs pieczonych głównie - choć, jak tak myślę - to i moją ulubioną pierś zmarzoną bym... A jednak nie. Zrumieniona kaczka, karkówka, szynka. Tak bym pozycjonował ten dodatek, ale ewidencja wielka u was może być. Elokwencja. Ingre... A na jakiego diabła dla mnie Pałąkowa Halina słownik językowy pod nogę od stoła zapodała?! Jak ja onegdaj na Radziulisa Czesława czekałem, to i z nud przeczytałem. Ale co ja tam gadałem. Aha, jabłuszka kwaskowe. Proste przyrządzenie, radość wielka. Nie sos to, sałata na gorąco.
Składniki:
▪ 1 twarde, kwaśne jabłko,
▪ po łyżce masła i oliwy,
▪ 1 łyżka brązowego cukru,
▪ ćwierć łyżeczki cynamonu,
▪ sól.
Najpierw gazujemy dość ostro i stawiamy patelnię. Jak dymi, na chwilę oliwę i zaraz masło. Prędziutko mieszamy. Teraz sól, cukier. Pamiętacie, co mówiłem ja wam, że słodycze uwielbiają sól? A zatem we dwa palce to co innego weźcie, a tutaj z pół łyżeczki soli jak nic. No, 1/4 jak kto soli nie lubi. Bełtamy, czekamy z 30 sekund aż się skarmelizuje. No przecież, że cukier. Widział kto skarmelizowaną sól? To wszystko nam aż dymi, wiecie, dłuższa zwłoka niewskazana. Na to dajemy jabłka pokrojone w niezbyt grubą, ale też niezbyt drobną kostkę. Tak z 1x1 cm. Cynamonkiem po wierzchu i gotowe. Nawet nie polewamy tym pieczeni, bo sosu tam nie ma. Ot, wykładamy słodko-kwaśne jabłka na talerz obok mięsa. Te jabłka, kiedy na mocnym gazie robione, leciuśko chrupiącą skórkę mają, a w środku prawie płyną. Oblane kwaskawym karmelem... No, wiadomo, nie jest to chrupkość dobrych frytek - taka lekka twardsza otoczka, wyśmienita. Tylko szybko trzeba jeść, bo nasiąka. Grażynko, o to chodziło?
O, a w kontekście dużej ilości papierówki do przetworzenia, to ja sobie myślę, że gdyby do tego ząbek czosnku wcisnąć i wwalić do słoika, to by mogło być pyszne na zimę. Jak tylko znajdę, zapodam też fajną pastę paprykowo-pomidorowo-jabłkową. Taki lekki, orzeźwiający keczup. No, bywajcie, uważajcie na agrest. Halucynogenny latoś.
Kostka jabłkowa pasuje do mięs pieczonych głównie - choć, jak tak myślę - to i moją ulubioną pierś zmarzoną bym... A jednak nie. Zrumieniona kaczka, karkówka, szynka. Tak bym pozycjonował ten dodatek, ale ewidencja wielka u was może być. Elokwencja. Ingre... A na jakiego diabła dla mnie Pałąkowa Halina słownik językowy pod nogę od stoła zapodała?! Jak ja onegdaj na Radziulisa Czesława czekałem, to i z nud przeczytałem. Ale co ja tam gadałem. Aha, jabłuszka kwaskowe. Proste przyrządzenie, radość wielka. Nie sos to, sałata na gorąco.
Składniki:
▪ 1 twarde, kwaśne jabłko,
▪ po łyżce masła i oliwy,
▪ 1 łyżka brązowego cukru,
▪ ćwierć łyżeczki cynamonu,
▪ sól.
Najpierw gazujemy dość ostro i stawiamy patelnię. Jak dymi, na chwilę oliwę i zaraz masło. Prędziutko mieszamy. Teraz sól, cukier. Pamiętacie, co mówiłem ja wam, że słodycze uwielbiają sól? A zatem we dwa palce to co innego weźcie, a tutaj z pół łyżeczki soli jak nic. No, 1/4 jak kto soli nie lubi. Bełtamy, czekamy z 30 sekund aż się skarmelizuje. No przecież, że cukier. Widział kto skarmelizowaną sól? To wszystko nam aż dymi, wiecie, dłuższa zwłoka niewskazana. Na to dajemy jabłka pokrojone w niezbyt grubą, ale też niezbyt drobną kostkę. Tak z 1x1 cm. Cynamonkiem po wierzchu i gotowe. Nawet nie polewamy tym pieczeni, bo sosu tam nie ma. Ot, wykładamy słodko-kwaśne jabłka na talerz obok mięsa. Te jabłka, kiedy na mocnym gazie robione, leciuśko chrupiącą skórkę mają, a w środku prawie płyną. Oblane kwaskawym karmelem... No, wiadomo, nie jest to chrupkość dobrych frytek - taka lekka twardsza otoczka, wyśmienita. Tylko szybko trzeba jeść, bo nasiąka. Grażynko, o to chodziło?
O, a w kontekście dużej ilości papierówki do przetworzenia, to ja sobie myślę, że gdyby do tego ząbek czosnku wcisnąć i wwalić do słoika, to by mogło być pyszne na zimę. Jak tylko znajdę, zapodam też fajną pastę paprykowo-pomidorowo-jabłkową. Taki lekki, orzeźwiający keczup. No, bywajcie, uważajcie na agrest. Halucynogenny latoś.
niedziela, 19 lipca 2009
Wiśnie, rozmaryn w jednym stały garnku...

... wiśnie na dole, rozmaryn na górze. Z czosnkiem, imbirem w jednym grały chórze. Powiedzielibyście? Wiśnie, rozmaryn, imbir, słodko, ojeju. A wiśnie właśnie świetnie nadają się na taki słodko-kwaśny sos owocowy do mięsa. Do każdego mięsa, czy to pieczonego, czy smażonego. No dobra, do duszonej wołowiny z oliwkami to nie. Ale do piersi kurczęcia, na punkcie której - jak niektórzy już zauważyli - mam ja hopla (i nie dlatego, że pierś, a dlatego, że pycha), to tak. No to lecimy.
Składniki na sos:
▪ 15 wiśni,
▪ 1 łyżka brązowego cukru,
▪ 1 ząbek czosnku,
▪ 1 łyżeczka mielonego imbiru,
▪ 1 łyżka posiekanego rozmarynu,
▪ sól, pieprz.
Cukier wrzucamy na suchą patelnię i dajemy w gaz. Znaczy się podgrzewamy. Można oczywiście użyć cukru białego, ale wtedy trzeba poczekać aż się skarmelizuje, a brązowy od razu po rozpuszczeniu jest gotowy. Dobre, nie? No i na ten rozgrzany do brązowości karmel wrzucamy pozbawione pestek i przekrojone na pół wisionki.

Jeszcze posiekany z solą czosnek, imbir i dalej na mocnym gazie podsmażamy tę konfiturkę. Dosypujemy siekany rozmaryn, pieprz, sól, i oto słodko-kwaśno-pikantny sos jest gotowy. Gęsty, muślinowy, a połączenie wiśni z rozmarynem, czosnkiem i imbirem - boskie.
Zamiast wiśni można użyć czereśni, ale trzeba wtedy dodać z łyżkę soku z cytryny albo jeszcze lepiej octu balsamicznego, o ile mamy taki dobry, gęsty - bo kwaskowe to jednak być musi. Oczywiście może też być wino francuskie, które, jak powszechnie wiadomo, wali kwachem. Ale lepiej nie. Sos ma być smaczny, a nie francuski. No dobra, koniec uszczypliwości.

Tak naprawdę, jest to odmiana sosu żurawinowego. Smaczniejsza, jeśli moje zdanie się liczy.
Sos mamy. Co do sosu? A co chceta, to zróbta. Wolność owsikowa panuje, psia jej mać. Ja zrobiłem tak:
Pierś kurzęcą przekroiłem na pół. Po połówce na osobę. Hej, po połówce piersi, nie lećcie od razu do klubokawiarni! Czasem połówka piersi ma farfocle, to je odkrawam i daję kotu (wtedy nacinam nożem kieszonkę). Czasem zaś jest bardziej zwarta, i te farfocle same tworzą kieszonkę. Wówczas kot je ścinki.
Tak, czy siak, otrzymuję chudziuśkie, śliczne, soczyste mięso z wnęką. Wnękę wypełniam, bo kuchnia nie lubi stać pusta, jak mówią aktorzy z Teatru Dramatycznego w Gliniewicach. A nie, oni o trumnie tak gadają. Nieważne.
O czym to ja mówiłem? A, o trumnie. Mmmm, wrrróććć! O kieszonce. Kieszonkę wypełniam przesiekanym z solą czosnkiem, odrobiną świeżo posiekanego imbiru i gałązką rozmarynu. Po usmażeniu rozmaryn będzie uroczo wystawał z tej kieszonki i wszyscy będą klaskać. Całą pierś zaś nacinam nożem jak się nacina kiełbaskę przed grillowaniem, posypuję solą, pieprzem, papryką w proszku, wkładam drobinki czosnku w nacięcia. I co? Tak, smażę.
Na talerz sypię pociętą w paski sałatę lodową (oliwki tu, kurteczka, jakoś mi nie pasują, szkoda). Na nią mięso i leeejeeę soos. Bardziej wykładam, bo on nie taki znowu lejący. To teraz tylko ochy i achy biesiadników.
Poniżej: "H" jak rozmarynowe haiku z piersi kurzęcej. Ach, jaka ona soczysta!
sobota, 4 lipca 2009
Muślinowy sos żurawinowy

Składniki
▪ 1 szklanka suszonych żurawin, bo co by to był za sos żurawinowy bez żurawin,
▪ 2 cebule,
▪ 1 szklanka bulionu,
▪ 2-3 łyżki octu balsamicznego,
▪ 2 ząbki czosnku,
▪ dużo rozmarynu,
▪ sól, pieprz.
Cebulę siekamy i podsmażamy: na maśle najlepiej, a na oliwie najzdrowotniej. Na miętko. Dodajemy bulion, ocet, żurawiny (pamiętamy, że bez żurawin to by nie był sos żurawinowy), czosnek, rozmaryn i dusimy na gazie bez przykrycia aż płyn wyparuje. No. Już. Można zmiksować albo nie, jak kto woli. Ja wolę nie.
Sos ma być gęsty, o aksamitnej konsystencji. Wyraźnie wyczuwalna kwaskowatość od octu i mocna słodycz żurawin. Można go podawać do polędwiczek na przykład.
A ostatnio miałem resztkę, tak ze dwie garście świeżego szpinaku, który z grubsza przesiekałem, wrzuciłem na patelnię, na której już była cebula, oliwki, czosnek, rozmaryn i feta, i dodałem do tego wszystkiego dwie solidne łyżki sosu żurawinowego. Szybko wyłączyłem gaz żeby szpinak nie skapcaniał. Żurawiny pobudziły i tak wyśmienity aromat tej... hmmm... może greckiej mieszanki smaków, wnosząc słodycz i kwasek i jakiś nieokreślony, czy ja wiem, rześki powiew Prowansji. Ja to naprawdę znowu napisałem?
piątek, 12 czerwca 2009
Sos cygański

Kiedyś, dawno temu, kupiłem sos cygański w proszku, chyba Winiar. Była to jedna z niewielu sproszkowanych E-mikstur jakie w ogóle kupiłem - i bodaj jedyna, która mi smakowała. Potem spróbowałem zrobić taki sos samodzielnie żeby nie faszerować się polepszaczami i innymi „E”. I oto on. Spróbowałem go odtworzyć, bo bardzo świetnie pasuje do placków ziemniaczanych. Tak naprawdę to nie wiem, czy to jest prawdziwy sos cygański – te, które znalazłem w sieci, mają inny skład. A, co mi tam.
Składniki
▪ 2 cebule,
▪ 4 pomidory albo pomidory w puszce,
▪ 3 ząbki czosnku,
▪ tymianek, cząber, sól, pieprz.
Cebulę podsmażamy na złoto na kilku łyżkach oliwy. Dodajemy sparzone, pozbawione skórki, pokrojone w kostkę pomidory albo pomidory w puszce (albo jedne i drugie; ja dzisiaj wziąłem jednego świeżego pomidora i pół puszki, która od kilku dni zalegała mi w lodówce). Dusimy 15 minut, potem dodajemy posiekany czosnek i zioła. Dużo ziół, ten sos uwielbia tymianek i cząber. Sól, pieprz do smaku, i gotowe. Jak kto lubi, można zmiksować. Ja wolę niejednolitą konsystencję. Koniecznie zróbcie do tego placki ziemniaczane. O, takie:
czwartek, 28 maja 2009
Sos hoi-sin
4 kroki do oświecenia kubków smakowych, czyli sos do zadań wszelkich. Niezwykle wyrazista mieszanka smaków - od słodkiego przez słony, kwaśny do ostrego - podkreślona aromatem czosnku. Znakomity jako smarowidło do kanapek zamiast keczupu. Można podać jako dip do grilla lub pieczystego, albo do maczania warzyw pokrojonych w słupki. Nieodzowny w kuchni chińskiej - od zupy Nefryt i smażonej fasolki po pieczone żeberka i kaczkę po pekińsku. Jest niesamowicie uniwersalny: do quesadillas też będzie świetnie pasował. Zresztą, sprawdźcie sami.
Składniki
2. Podgrzewać w rondlu na emailowanej kuchence na średnim gazie ;) ciągle mieszając, aż do zagotowania.
3. Rondel przykryć, ustawić na płytce żaroodpornej i podgrzewać na minimalnym gazie ;) przez ok. 30 minut (lub do uzyskania konsystencji śmietany - po ostygnięciu zgęstnieje). Często mieszać, zgarniając gęstsze kawałki z dna - lubią się przypalać. Pod koniec przyprawić do smaku. Ma być i kwaskowaty, i słodki, i pikantny.
4. Przełożyć do słoiczków. Można przechowywać w lodówce nawet przez rok.
Co ciekawe, sos hoi-sin wcale nie smakuje fasolą. I smakiem, i kolorem przypomina raczej śliwki.
Składniki
▪ 1 puszka czerwonej fasoli z puszki
▪ 8 łyżek cukru
▪ 4 łyżki octu
▪ 6 ząbków czosnku
▪ 6 plasterków imbiru lub 3 łyżeczki imbiru w proszku
▪ 2-3 łyżeczki chili lub ostrej papryki w proszku
▪ 1 łyżeczka soli
▪ 1 łyżeczka „5 przypraw”
▪ 2 łyżki sosu sojowego
1. Wszystkie składniki zmiksować łącznie z zalewą z fasoli. Tylko nie oszczędzać mi tam octu, cukru, chili i czosnku.▪ 8 łyżek cukru
▪ 4 łyżki octu
▪ 6 ząbków czosnku
▪ 6 plasterków imbiru lub 3 łyżeczki imbiru w proszku
▪ 2-3 łyżeczki chili lub ostrej papryki w proszku
▪ 1 łyżeczka soli
▪ 1 łyżeczka „5 przypraw”
▪ 2 łyżki sosu sojowego
2. Podgrzewać w rondlu na emailowanej kuchence na średnim gazie ;) ciągle mieszając, aż do zagotowania.
3. Rondel przykryć, ustawić na płytce żaroodpornej i podgrzewać na minimalnym gazie ;) przez ok. 30 minut (lub do uzyskania konsystencji śmietany - po ostygnięciu zgęstnieje). Często mieszać, zgarniając gęstsze kawałki z dna - lubią się przypalać. Pod koniec przyprawić do smaku. Ma być i kwaskowaty, i słodki, i pikantny.
4. Przełożyć do słoiczków. Można przechowywać w lodówce nawet przez rok.
Co ciekawe, sos hoi-sin wcale nie smakuje fasolą. I smakiem, i kolorem przypomina raczej śliwki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















