niedziela, 3 stycznia 2010

Kurczak winny! Śliwka widziała!



















Gapiłem się dzisiaj w telewizora w naszej klubokawiarni, dumie naszej i chlubie, do której wstąpiłem po drodze od naszego przełamywacza monopolu państwowego, gdyż ciężko dla mnie niosło się to całe dobro, które ja u niego zanabyłem drogą wymiany za pietruszkę i brukselkę. Rozumiecie, jak wczoraj Szuwaśko wrócił traktorkiem od Grażyny (trzeba wam wiedzieć, że w drodze powrotnej sypało nieźle, u niego w traktorku kabiny nie ma, więc całą gębę miał obśnieżoną), to ja jego musiałem troszkę rozmrozić, a mało wypić to on nie może. Ma przy tym taką manierę, że nie jeździ kiedy wypije więcej, niż litr. Z grażynowym mężulem spożyli małowiele, więc po drodze rozgrzewać się Bolsem, co jego na drogę dostał, nie mógł. To co, gorąco dla niego nie było, czort, no sami powiedzcie. 

Tak my jego rozgrzewaliśmy, że cały zapas śliwowincji dla mnie wyszedł, o zajączkowym Bolsie nie wspomniawszy. Rano, jak tylko rozpluszczyłem oczęta amarantowe i wydoiłem Łaciatą, gdyż ryczała najgłośniej z całej żywiny, musiałem zaraz pobiec do Maciaszczyka, alebowiem czego jak czego, ale czosnku, rozmarynu, bumagi na rozpałkę i śliwowincji zabraknąć u mnie w chałupie nie może. I nagrań Trija Egzotycznego. Ot i tak się znajszedłem się w klubokawiarni, w której to stoi jedyny w naszej wiosce telewizor. Rozumiecie na razie? Bo coś dla mnie się widzi, że kołowaty ja jeszcze po tym rozmrażaniu naszego sołtysa jestem i nieskładnie myśl moja biec może.

No i tego, co ja tam miałem. Aha, siedziałem w klubokawiarni, poprawiałem kondycję i widziałem w tym telewizorku jak jeden gościu pływał se po Francji barką i gotował. Zrobił on jedno fajne danie, a że sporo rozmarynu do niego wrzucił, który to rozmaryn kocham niemalże jak maciaszczykową śliwowincję, to ledwo dokończyłem delektować się szklaneczką przepalającego przełyk „Tchnienia teściowej”, czyli wina marki wino zaprawianego ruskim spirtem, zaraz wybiegłem z naszego przybytku kultury, sztuki i dziedzin pokrewnych nie wyłączając kataleptycznych nurtów onomatopeicznych w poezji Oświecenia, i pobiegłem na poszukiwanie wina. Wywlokłem za fraki gieesową sklepową z piernatów i kazałem sobie dać najlepsze greckie albo hiszpańskie winiucho. Wiecie, francuskiego nie pijam, bo kwasem wali i zgaga po nim silna. Znalazła ona Imiglinkosa cypryjskiego za całe 12 złotych, to wziąłem, choć takiego drogiego winka to ja musi jeszcze nie piłem. A co mi tam, karczochy w tym roku dla mnie udali się, stać mnie na rozpustę.

Co ja chciałem... A, przepis miał być, a ja tu durnoty gadam i nawet nie powiedziałem, co u mnie na kuchni pyrka. Ten gość, co ja o nim dla was przepowiadam, to zrobił królika we winie ze śliwkami na modłę prowansalską ole! A nie, jak na prowansalską, to nie „ole”. Jak na prowansalską, to może „merde”?

Króllika nie dostałem, bo Baciuk, swołocz, przy klatce ustawił budę z psem, więc nijak podkraść się nie mogłem. Ale durnowaty on, jak przestawił tę budę od kurnika, to droga do kurczaków roztworzyła się zaraz. Głupi ten Baciuk, mówię ja wam, aż mokry! Kurczaki więc udało się dla mnie zdobyć, to zrobiłem kurczaki.

Wrrróćć! Przepis! Aha, no dobra.

Składniki
8 udźców kurczęcych albo 1 królik,
20 dkg wędzonego boczku,
15 dkg suszonych śliwek,
pół butelki, albo i więcej, czerwonego wina,
3 marchewki,
3 łodygi selera naciowego,
2 cebule,
kilka gałązek rozmarynu i tymianku,
4 ząbki czosnku,
garść otrębów,
2 łyżki słodkiej papryki w proszku,

sól, pieprz, a jakże.














Użyłem ud, bo podudzia będą na karnawałową zabawę, a z reszty kuraków zrobię pulemarengo (hehe, poczęstuję Baciuka i zapytam, czy dobre). Jak kto ma królika, porcjuje. Mięso układamy w garnku i przygotowujemy warzywa. Na patelni podsmażamy dość grubo krojony boczek. Przez chwilę myślałem, że to dekadencja używać boczku z własnego wędzenia, ale kiedy po kuchni rozszedł się aromat taki, że aż Pałąkowa przykulgała się sprawdzić, co tak pięknie daje, zmieniłem zdanie. To nie dekadencja, to przemożna potrzeba.










 
Na zrumieniony boczeczek wrzucamy warzywa: krojoną nazukos w trzycentymetrowe kawałki marchew, tak samo krojonego selera, cebule poósemkowane, a czosnek przekrojony na pół. Na mocnym gazie podsmażamy niedługo, dolewając odrobinę zieloniutkiej oliwy, ale żeby brzeżki się przypaliły z lekka.

Warzywa dorzucamy do kuraka/królika, a to, co przywarło do patelni, deglasujemy odrobiną wina. Nie wypijamy tego, choć smaczne, tylko wlewamy do garnka. Dolewamy wina ile wola, ale przynajmniej jeden kieliszek ma zostać dla kucharza, stara francuska zasada. (Ja zostawiłem więcej w butelce, gdyż w gieesie znalazłem z tyłu zamrażarki udźce z daniela, które przy okazji nabyłem za niedużą opłatą, bo były prawie przeterminowane, i postanowiłem zalać je ładnie tym winem z octem balsamicznym, kupą rozmarynu i jarzynami, i upiec za kilka dni.) Dokładamy gałązki rozmarynu i tymianku, sól, pieprz i wstawiamy na minimalny gaz.

Po półtorej godziny albo i dwóch, kiedy zawartość garnka z całą pewnością nie jest aldentowana, wyjmujemy składniki stałe i redukujemy winny sos. To moja wydumka, pan w telewizorku podawał na rzadko. Za zagęszczaniem mąką ze śmietaną nie przepadam, bo spłaszcza smak wielu potraw. Naszego polskiego gulaszu wołowego to może nie, ale takiego winnego królika, to i owszem. Samo odparowanie nic nie daje, bo po prostu zmniejsza się ilość wina. No więc kiedy chcę mieć prowansalskie danie o silnym aromacie, ale z gęstym sosem, dodaję - tylko się nie śmiejcie - otrębów i sproszkowanej czerwonej papryki. Otręby same w sobie smaku nie mają, nie zmieniają więc ani koloru, ani smaku dania, a po kilku minutach znikają i mamy zgęstniały sos o konsystencji śmietany z mąką, który możemy wybierać bułką, czy czym tam chcemy. Ja podałem z razową pitą, którą poczęstował mnie wczoraj mój tatulo, i którą ładnie się ten sos nabierało.

Gdybyście robili, to powiem wam, że brakło mi tam czarnych oliwek, których po raz pierwszy od wielu lat zabrakło mi w piwniczce, i odrobiny soku z cytryny, bo wino nie było wytrawne. Ale ogólnie - zdrowo, przepysznie i samo rychtyk po świątecznych i sylwestrowych odjazdach. Szuwaśce nawet nie zaproponuję, bo mnie obśmieje. Dla niego jutro za przysługę nasmażę panierowanej słoniny. Czy mnie się zdaje, czy rozpisałem się znoweś? Czort, grafoman jeden.

16 komentarzy:

  1. Właśnie za to lubię kuchnie francuską, że winem różne dania podprawiają! Fajnie wykombinowałeś tego kuraka a'la królik! Je też sosów winnych nie zagęszczam a ten patent z otrębami wypróbuję przy okazji :)
    A pozdrów jutro Szuwaśkę, jak na słoninę panierowaną przyjdzie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, doprawiają. Właśnie na francusko-polską modłę zamarynowałem udziec jelenia z hipermarketu. Mam nadzieję, że przeżyję i nie zacznę świecić. No i wlałem tam ponad butelkę wina, ocet balsamiczny, sok z cytryny, furę rozmarynu i kopę czosnku. Oj, dużo się spodziewam po tym winie. Ciekawe, czy potem można je wypić... Wino rozmarynowe, zdrowe i smakowe.

    Szuwaśko sam się pozdrowił, bo właśnie przylazł z głogówką rodzynkową. Myślał, że u mnie w piwniczce wyschło. Podymał dymamem, wkluczył komputerka i gada "o, patrzajże, kochanieńki, znajomka napisała do mnie cuś". Cieszył się, aż mu szczerby za czwórką dolną było widać. Lubi on Ciebie, Grażynko, oj. Odpisać sam nie potrafił, więc dla mnie kazał. Tak to leciało: "Kuma, kochanieńka, i cała rodzinko. Że wy dobre ludzie jesteście, to musi wiadomo, bo z oczów dla was dobrze patrzy się. Ale że wy gościnne takie jesteście, to i nie myślał ja. Obcemu dożywocie u siebie oferować... Nu, pięknie, kochanieńkie, pięknie. W pas się ja dla was kłaniam i jak wy będziecie w lato do nasz jechali, to nie jedźcie wy prosto do Antoniego, choć to mój przyjaciel serdeczny jest, ale do mnie zaodraz wbijajcie. Słoniny nagotuję z gęsim szmalcem, i nowego co od Maciaszczyka natargam".

    Żeby nie było: ja tylko przekazuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. O mój rozmarynie, rozwijaj się... ;P

    OdpowiedzUsuń
  4. O, widzę, niesmutno :D Dobrze to, dobrze, radujmy się, kto może. Aga, to i my z Szuwaśką szklanice wznosimy i gardła ćwiczymy ażeby nasz śpiew niósł się po łąkach i rozłogach. Mi mi mi! ;P

    OdpowiedzUsuń
  5. Podobuje mnie się :) Tylko ruzmaryna nowego wychoduję i zrobię :)
    P.S. Tiramisusowe kulencje były prima sort :)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiem, bo byłem u Ciebie i widziałem ;) Wyszły Ci zaje... a co, mój blog, zajebiaszczo! Zaraz jeszcze tam coś skrobnę w komentarzach.

    OdpowiedzUsuń
  7. Szanowny autorze. Trafiłem na Pana bloga przez blog mojej żony ( kuchnianadatlantykiem.com ).
    Powiem tak: to najlepszy, najśmieszniejszy i do tego profesjonalny blog jaki spotkałem ostatnio w sieci.
    Gratuluję !!!!!
    I dziękuję bardzo za trening przepony, który mi Pański blog zaoferował gratis !

    OdpowiedzUsuń
  8. Jakie gratis?! Faktura w drodze! :D
    W pas się kłaniam za dobre słowo. Jak będzie Pan, Panie Maćku, przejeżdżał nieopodal Koszelewa jadąc na delegację albo na podorywki do stryja, zapraszam tu do mnie. Mam ja zawsze w sionce gąsiorek czego smacznego dla dobrych ludzi. Upraszam o pozdrowienie małżonki.

    OdpowiedzUsuń
  9. A ja chyba byłam pierwszą wierną fanką kuchni na gazie...

    OdpowiedzUsuń
  10. Z niecierpliwością będę czekał na następne notatki autora !
    Pozdrowienia i ukłony !

    OdpowiedzUsuń
  11. I co się Grażka przechwala? Ja wiem, ona pionierką chce być,widzi Antoni? Na podium jej śpieszno i jeszcze się smalcem podlizuje ;)PPPP

    Martwi mnie ten amarant ślepiasty u Antoniego? To barwa naturalna, czy efekt nadużywania "Tchnienia..." ;)))

    A dla tego z budy pęto kiełbasy rzucić i szybko brać króla za uszy, póki sabaka nie wróci.

    OdpowiedzUsuń
  12. Bo dla mnie się widzi, że Grażka by chciała być pierwszą prezeską Towarzystwa Przyjaciół Koszelewa i Okolic :D Po ostatniej wizycie Szuwaśki wydaje się dla mnie, że ona, czort, duże szanse mieć może. Bo nasz sołtys nie tylko dotancje unijne sprawiedliwą ręką rozdziela (czyli dla nas samo najlepsze), ale i nomidancje różnorodne.
    Widzimisię, że "Tchnienie" silnie na prędkość krwi w krwioobiegu oddziaływowuje. I ta krew na zakrętach nie wyrabia i na oczy się rzuca. To raz. A dwa, że jak człowiek chleba słonego podje, to na drugi dzień organizm ma przesuszony i zamiast wody do ócz krew trafia. Nie mogę się zdecydować, którą wersję zdarzeń opublikować w "Lancerze".
    Najgorzej, że ta swołocz, baciukowy pies znaczy się, to jakieś zboczone nasienie musi być, bo cięgiem marchew źre, przebiera się w ciuchy kota i strasznie hałaśliwe i kąśliwe bydlę jest ogólnie. Na normalne żarcie ani spojrzy. Myślałem ja żeby dla niego karbidu zadać i poczekać na odwilż.

    OdpowiedzUsuń
  13. No Antoni przepis takie, ze palce lizac, zresztą jak zwykle ;)
    Rozumiem, że w tym przepisie pol butelki, albo wiecej zalzy od tego ile zdązymy wypić wcześniej :). No i co to ja jeszcze chcialam.... Aaaa kapitalny sposob na zagęszczenie - nie znalam takowego. Chwala Ci , bo znowu sie czegos nauczylam. Najlepszego , bo to dziś u nas Króli Trzech .

    OdpowiedzUsuń
  14. No właśnie, o to chodzi. Chociaż z perspektywy czasu (wczoraj piekłem winnego jelenia), za dużo wina też niedobrze. Haha, Kucharzy Trzech, Króli Trzech! :D Oj, zmarzłem ja dziś czekając na tych trzech Mędrców!

    OdpowiedzUsuń
  15. Mam nadzieje Antoni, że już sie rozgrzales ;), no może tym razem nie winem :D, tylko innym czymś ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. A bo to wino rozgrzeje? Fasolki z boczeczkiem narobiłem, a potem przerzucałem kiszonkę dla Łaciatej, to i cieplej zrobiło się dla mnie ;)

    OdpowiedzUsuń