Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łosoś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łosoś. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 15 grudnia 2011
Pierogi z łososiem. Z kaparami, z sosem chrzanowym... czad na kółkach
Chodził za mną ten łosoś odkąd go zobaczyłem w gieesie. Nie żeby jakiś szczególnie śliczny, ale kiedy tylko moje oczęta chabrowe na nim zawisnęły, wiedziałem, że coś będzie. I było. Dni kilka tak za mną ten łosoś łaził i mendził zrób mnie, zrób mnie, że już pomyślałem, że może producent mączki rybnej z reklamą podprogową w target nie utrafił, aż w końcu nie zdzierżyłem i kupiłem go.
Koniecznie się dla mnie zamaniło żeby ta ryba w pierogu była i z kaparami. Sądziłem nawet, że może w ciąży jestem, że takie wielkopańskie zachcianki mam, które w dodatku spokojnie napić się śliwowincji nie pozwalają, ale jak zagadnąłem o to doktora Wiciorka z ośrodka zdrowia, to tylko machnął ręką, popatrzył w niebo, westchnął i powiedział coś, że degrengolandia i żebym przyszedł do niego na wizytę to pogadamy o terapii odzwyczajeniowej i że mi coś wszyje pod skórę. Że niby potem nie będę ciągot miał, tak powiedział, i jeszcze że śliwowincja to całe zło światowe jest. Jednakże hola hola, integralność skórną naruszać żeby o łososiu wędzonym nie myśleć? Aha, zaczipować mnie musi, łajza jedna, umyślił, i potem śpiegować zamiaruje, bo on usilnie o względy Ludwiczak Jadwini zajzdrosny jest. Niedoczekanie! To ja już wolę jak mnie łosoś prześladuje.
Składniki:
1 opakowanie ciasta francuskiego,
15 dkg wędzonego łososia,
5 dkg żółtego sera,
2 łyżki kaparów,
2 łyżki posiekanej czerwonej cebuli,
2 łyżki sosu Worcester,
1 łyżka octu balsamicznego,
pół pęczka koperku,
200 ml śmietany 30%,
3 łyżeczki chrzanu,
curry.
Łososia lekko rozdrabniamy. U mnie nie było dużo roboty, ponieważ on był w cieniuśkich plajsterkach, na tacce taki, a drogi! jak jasna cholera. Że też na nich liszaj nie wlezie za takie ceny! No ale dobra, do łososia dokładamy kapary (jak duże, deczko siekamy). Kapary oczywiście w zalewie solnej, a nie te ohydne na occie spirytusianym, tfu, chadość! Podlewamy sosem Worcester, octem balsamicznym i kapką oliwy. Dodajemy ser (cheddar ładnie się topi i wybornie smakuje), drobniuśko posiekaną cebulę, koperek i odstawiamy na 15 minut przykrywając talerzykiem aby kot Henryk się nie dorwał.
W rondelku odparowujemy śmietanę. Kiedy nieco zgęstnieje, dokładamy chrzan, curry, sól, pieprz i chwilę jeszcze podgrzewamy. Na koniec można zmiksować, bo chrzan napucha i sos wygląda troszkę jakby śmietana się zwarzyła.
Ciasto francuskie lekko rozwałkowujemy, kroimy w prostokąty, napełniamy łososiowym farszem, składamy na pół albo nazukos, dociskamy widelcem, smarujemy żółtkiem i wkładamy do nagrzanego piekarnika. Kiedy pierożki się zrumienią, wyciągamy i podajemy z sosem.
Mniam, cebulka lekko chrupie, mocne smaki ryby i kaparów fantastycznie łączą się ze słodko-kwaśną delikatnością sosu Worcester i octu, ciasto chrupie, łosoś w środku się pyszni, sos się chrzani. Tegom chciał, jak powiedział Czarniecki na widok Szweda po drugiej stronie brodu.
piątek, 24 czerwca 2011
Letnia sałatka ze wszystkiego z łososiem
Rach ciach! otwarłem lodóweczkę, ciabass! wygartłem co tam było, szast prast! pociapałem, wymieszałem, i pyszna letnia sałatka gotowa. Tak to się robi jak się listonosz z zapomogą spaźnia. Istny przegląd resztek, ale pysznościowy. I nic się nie marnuje. Tylko łososia podebrałem Baciukowi, bo nie miałem.
Składniki:
wędzonego łososia ile się uzbiera,
dwie garście młodego szpinaku,
pół kalarepki,
kaparów ile będzie w słoiku,
dymka,
kiełki rzodkiewki (najlepiej własnej hodowli, bo po niemieckich podobno wzdyma, czy tam coś),
zioła wszelakie,
sok z cytryny,
sól, pieprz.
Części składowe sałatki myjemy dokładnie (łososia i kaparów to może nie, ale surowe warzywa), kalarepkę tarkujemy, zioła i szczypiorek z cebulką siekamy. Mnie do tego zestawu świetnie smakował lubczyk. Szpinak, o ile młody, dajemy w całości, bo śliczny. Łączymy wszystko razem cuzamen do kupy, polewamy oliwą i sokiem z cytryny, solimy, opieprzamy, minut pięć i sssruuu! gotowe.
Najwięcej dzierlatki takiemu jedzeniu rade są, gdyż one troszczą się o jakąś linię (nawet nie pytajcie, co to za linia, ale nie energetyczna zdaje się). Teraz już wszystkie chłopy powinni skojarzyć, co i jak naszykować żeby przychylność panien na wydaniu uzyskać i żeby randka owocna była, mimo że warzywna. No, marsz do roboty! Wszak, że tak obleśnie powiem, ruch w interesie być musi, czy nie tak, co?
poniedziałek, 30 maja 2011
Ciasto z łososiem
Z ciast, jak powszechnie w Koszelewie wiadomo (przynajmniej na schodkach za gieesem) to ja lubię tak: kiszone ogórcy, śledzia (byle nie zepsutego octem), i jeszcze tego, no... nie podpowiadajcie!... o, mam, golonkę! Pokazało się jednakże, że można i ciasto zrobić, i pojeść*. Jak obiecałem onegdaj, tak zapodaję. Ostatni wpis zapewniał piękny zapach z piekarnika. No, waniało niekiepsko mimo przypalenia, a może nawet dzięki. Posłuchajcie.
Składniki:
▪ 4 jajka,
▪ 20 dkg łososia ugotowanego na parze,
▪ 20 dkg jogurtu,
▪ 27 dkg mąki,
▪ 2 łyżki musztardy Dijon (zrobiłem z gruboziarnistą francuską, rozgryzanie łososia razem z gorczycą daje całkiem miły efekt),
▪ pęczek koperku,
▪ proszku do pieczenia nie wiadomo, ile,
▪ proszku do pieczenia nie wiadomo, ile,
▪ sól, pieprz.
Sos:
▪ 0,5 l śmietany min. 30%,
▪ 5 suszonych pomidorów (takich suchych suchych, nie z oliwnej zalewy),
▪ 1 ząbek czosnku,
▪ gałązka rozmarynu,
▪ pieprz.
▪ gałązka rozmarynu,
▪ pieprz.
Łososia (mogą być nawet ogonki) gotujemy krótko na parze. Obieramy mięso, skórę i gorsze kawałki oddajemy kotom lub układamy na chybił-trafił na desce klozetowej obraz pt. „Bakutil o poranku” i po tygodniu lub dwóch wystawiamy w galerii sztuki nowoczesnej. Kawałki uchronione od wielkiej, psia jej mać, sztuki osuszamy na papierze.
W misce ubijamy jajka z musztardą. Dodajemy jogurt i koperek, i — nadal ubijając — dobawiamy po trochu mąki przemieszanej z proszkiem do pieczenia. Ile tego proszku trzeba, za cholerę nie wyznam, bo w przepisie stało, że pół opakowania, a na opakowaniu pisało, że to dawka na kilogram mąki. To co, miałem dać aż tyle? Dałem mniej. Dodajemy spore kawałki ryby, delikatnie mieszamy. A może białka ubić oddzielnie na pianę? Zwiewniej by było. Pomyślę jak tylko oziminę sprzedam.
W misce ubijamy jajka z musztardą. Dodajemy jogurt i koperek, i — nadal ubijając — dobawiamy po trochu mąki przemieszanej z proszkiem do pieczenia. Ile tego proszku trzeba, za cholerę nie wyznam, bo w przepisie stało, że pół opakowania, a na opakowaniu pisało, że to dawka na kilogram mąki. To co, miałem dać aż tyle? Dałem mniej. Dodajemy spore kawałki ryby, delikatnie mieszamy. A może białka ubić oddzielnie na pianę? Zwiewniej by było. Pomyślę jak tylko oziminę sprzedam.
Do natłuszczonej masłem formy wkładamy łososiowe ciasto, skrapiamy po wierzchu oliwą, wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 st. na 15 minut, potem zmniejszamy temperaturę do 180 st. i grzejemy jeszcze 30-45 minut.
Sprawdzanie, czy gotowe, jest takie jak zwykle: jak się na kilka sekund wetknie w środek rumianego ciasta zapałkę, grabie albo dobrze odstane onuce, to wrażony przedmiot po wyjęciu powinien być suchy (z wyjątkiem oczywiście onuc, które z założenia są nie za suche i uroczo pachną francuskim serem, co szalennie lubieją Francuzi i nieszczęśnicy dopiero co wybawieni od śmierci głodowej; aha, wychodzi na to, że onuce nie są dobrym miernikiem upieczoności ciasta).
Co to ja jeszcze miałem? A, sosek. Taki sosek chodził za mną od jakiegoś czasu — tak konkretnie to odkąd wpadłem na myśl żeby go zrobić — ponieważ był prosty i spodziewałem się po nim aromatyczności. Wymyśliłem sobie odparowaną kremówkę z posmakiem suszonego pomidora i czosnku. Do łososiowego ciasta znalazł się w sam raz, ale autorstwa sobie nie przypisuję, ponieważ mam pewność, że Włoch od wieków nie takie mecyje robi z podobnych składników.
Duży kubek poważnej procentowo śmietany podgrzewamy w rondelku na minimalnym gazie razem z gałązką rozmarynu. Kiedy śmietana zacznie gęstnieć, usuwamy rozmaryn, a wkładamy pocięte na paski suszone pomidory (te suszone, nie te suszone i zalane olejem, najlepsze polskie z piekarnika, bo są kwaskawe). Chwilkę jeszcze odparowujemy, dokładamy zmiażdżony czosnek i pieprz. Wyłączamy gazowanie aby czosnek pozostał świeży, lekko tylko się podgrzał i złamał smak. Soli już właściwie nie trzeba. Koniec, tylko czosnek, rozmaryn, kwaskowość pomidorów i kremowość kremówki. No jaka aromatyczna muślinowość!
Na zdjęciu, wykonanym zresztą o krwistym jak poliki Kurzejko Zdzisławy (kiedy poburakuje lica) zachodzie słońca nad koszelewską bagienną równiną (podczas biesiady z Ludwiczak Jadwinią wedle skalniaka u mnie na gumnie) wygląda, że to ciasto jest płaskie i niewyrośnięte. Ale bo zrobiłem z połowy porcji na spróbę, a w ferworze walki dałem tyle ryby, co na całą porcję albo ciut więcej, no i soczyście było. Efektem było to, że w foremce zajmowało ono mało miejsca, dlatego takie plaskate. Do tego ten proszek, którego nie wiedziałem, ile dodać. Może któś łaskawie podpowiedziałby cokolek w tej materii? Ile jego dawać? Ech, nie każdy jest kucharzem takim, jak Bobek...
Niezależnie od zależności, efekt jest niezwykle przyjemny smakowo, przyjazny taki i aromatyczny jak się rozchodzi o zapach. Delikatny, zwiewny dzięki koperkowi i jogurtowi, ale też z lekkim zadziorem od gorczycy, podkreślony niespotykanie delikatnym, choć silnie aromatycznym sosem. A na zimno jakie to dobre! Świetne śniadanko: kilka plastrów ciasta łososiowego z nałożonym sosem, który przez noc zmieni konstynstensję na więcej maślaną, do tego kieliszek białego wina... wrrróććć! Chciałem powiedzieć, że herbaty!
Olaboga, czy ja się znowuż nie rozpisałem? Przepis prosty, a czyprakowania moc. A mówili na Podziemnym Kursie Zwięzłego Elaboratowania w Kaźmirówce w sześdziesiątym ósmym: pisz tak krótko, żeby towarzysza Wiesława zawstydzić! A tu masz, epistoła. Ech, żyzń, bladź ty parchata! Dla każdego więc, kto doczyta do końca, polewam z memiskiem najnowszego, jeszcze ciepłego wypuska maciaszczykowej musującej truskawkówki. On to szampionem nazywa.
Ja bym tę pisaninę nawet skrócił, ale rozumiecie sami: prace sezonowe w polu i w obejściu, różnorodne spotkania biznesowe popod gieesem i w klubokawiarni,... Czasu nie staje. Dobrze, że tylko czasu, czego i dla was życzę, pustułeczki śmigłoskrzydłe.
PeeS: „Pani”, maj 2011, strona 214.
——————————————
* No dobra, knedlik to też ciasto, a jest genialny.
Na zdjęciu, wykonanym zresztą o krwistym jak poliki Kurzejko Zdzisławy (kiedy poburakuje lica) zachodzie słońca nad koszelewską bagienną równiną (podczas biesiady z Ludwiczak Jadwinią wedle skalniaka u mnie na gumnie) wygląda, że to ciasto jest płaskie i niewyrośnięte. Ale bo zrobiłem z połowy porcji na spróbę, a w ferworze walki dałem tyle ryby, co na całą porcję albo ciut więcej, no i soczyście było. Efektem było to, że w foremce zajmowało ono mało miejsca, dlatego takie plaskate. Do tego ten proszek, którego nie wiedziałem, ile dodać. Może któś łaskawie podpowiedziałby cokolek w tej materii? Ile jego dawać? Ech, nie każdy jest kucharzem takim, jak Bobek...
Niezależnie od zależności, efekt jest niezwykle przyjemny smakowo, przyjazny taki i aromatyczny jak się rozchodzi o zapach. Delikatny, zwiewny dzięki koperkowi i jogurtowi, ale też z lekkim zadziorem od gorczycy, podkreślony niespotykanie delikatnym, choć silnie aromatycznym sosem. A na zimno jakie to dobre! Świetne śniadanko: kilka plastrów ciasta łososiowego z nałożonym sosem, który przez noc zmieni konstynstensję na więcej maślaną, do tego kieliszek białego wina... wrrróććć! Chciałem powiedzieć, że herbaty!
Olaboga, czy ja się znowuż nie rozpisałem? Przepis prosty, a czyprakowania moc. A mówili na Podziemnym Kursie Zwięzłego Elaboratowania w Kaźmirówce w sześdziesiątym ósmym: pisz tak krótko, żeby towarzysza Wiesława zawstydzić! A tu masz, epistoła. Ech, żyzń, bladź ty parchata! Dla każdego więc, kto doczyta do końca, polewam z memiskiem najnowszego, jeszcze ciepłego wypuska maciaszczykowej musującej truskawkówki. On to szampionem nazywa.
Ja bym tę pisaninę nawet skrócił, ale rozumiecie sami: prace sezonowe w polu i w obejściu, różnorodne spotkania biznesowe popod gieesem i w klubokawiarni,... Czasu nie staje. Dobrze, że tylko czasu, czego i dla was życzę, pustułeczki śmigłoskrzydłe.
PeeS: „Pani”, maj 2011, strona 214.
——————————————
* No dobra, knedlik to też ciasto, a jest genialny.
wtorek, 28 września 2010
Ryżotto z łosia. Powiedzmy to głośno: gwiazdozbiór misia Lę jest nasz!
Był tu ostatnio jakiś przepis? A, może i nie było. No to pięknie, brakowało jeszcze żeby mnie z Durszlaków i Mikserów relegowali za niemanie papu. Albo z Gildii Szamających Inaczej, do której należę ponieważ oferowali bony na bezpłatne rodzynki ze śliwek jak się kupi serwetki z ceraty. Zamiast więc — jak to zwykle bywa — jeść ser ze słoniną (bo sołtys Szuwaśko często u mnie bywa), dziś zrobiłem uklejki z klajstrowatym ryżem w torebkach. Posłuchacie jak to się robi, czy mam zakolebać baniakiem?
Składniki:
30 dkg uklejek z rzeczki, ale tych ciemniejszych,1 szklanka ryżu z gieesu (nie mylić z kaszą perłową ani z pasztetową),
2 garści natki pietruchy i koperku,
1 garść suszonych pomidorów z zalewy,
ciutka szafranu, czyli po naszemu kurkumy,
2/3 szklanki dobrego taniego wina marki „Ochrona przed kacem” lub podobnego białego owocowego, niezbyt kwaśnego,
0,7 l bulionu,
3 łyżki masła,
2 łyżki starkowanego sera, ale raczej nie twarogu,
3 ząbki czosnku,
sól, pieprz, kombinerki.
Uklejki, dalej zwane łosiem, pozbawiamy płetw, skrapiamy płynnym lodem z niedomkniętego zamrażarnika, ościujemy pod mikroskopem i nadal uskuteczniając kuchnię morenkurarną, przy pomocy natki marchewki, dwóch liści klonu japońskiego, łupin cybuli zmiksowanych w reaktorze bozonowym, trzyamonu potasowego rozgrzanego glinianem cynku w kolbie z wichajstrem (tej, która wygląda jak przegubowy helikopter, bo ta druga, jakby gruszka po ospie, to do osmozy krzemowej jest), formujemy coś, co wygląda jak... te... no... jak coś komuś nie ułoży się po biesiadzie, wiecie. Układamy to w kształt raczkującego albatrosa, zużywając dużo probówek i pęcet oraz wykonując gesty prześcigitadorskie i robiąc tajemnicze miny, jakbyśmy próbowali wmówić inkasentowi, że ta gazeta to właściwie jest opłacony tydzień temu rachunek za prąd. O, i kuchnię morenkurarną mamy opanowaną. Tylko pamiętajcie żeby porcje miały nie więcej niż 15 gram, gdyż w przeciwnym przypadku będzie to zwykła breja.
Pierwsza gwiazdka chińskiego misia Lę jest nasza. Drugą i trzecią dostaniemy za podtrzymanie absurdu, ale łosia musimy zastąpić awokado ufajdanym sproszkowanym chloromiedzianem boru pod ciśnieniem.
To może póki jeszcze miś Lę nam w gary nie zagląda, zrobimy jedzenie do jedzenia, a nie podśmiechujkowe dekadenckie popierdułki dla zdegrengoladowanych snobów. Ale trzyamon potasowy zostawiamy! Posmarujemy nim Baciuka, będzie ładnie się świecił i pyłgał na Święta. Gdyby mu jeszcze petardę podłożyć, to będzie się też gibał.
Do rzeczy. No więc kiedy już te uklejki ułożymy w coś, co może przypominać łosia (albo przynajmniej zmiażdżonego bakłażana spadającego ze schodków przed klubokawiarnią po bójce), solimy go, opieprzamy, skrapiamy sokiem z cytryny i odstawiamy na chwilę ażeby przemyślał, co chce robić w życiu przez najbliższe sekundy, o ile będzie miał tak długą perspektywę. Rozumiecie, koty czujne bywają. Najwięcej gorące pytanie na tym etapie jest takie: co powie dochtor Kanciejuk Władysław z gminnego ośrodka zdrowia kiedy przeczyta, co ja tu wypisuję, a ja przyjdę do niego na cotygodniową przymusową kontrol. No, zdaje się dla mnie, pochwały to to nie będą.
Nadrabiamy, bo my tu gadu gadu, a kot rybę wcina: sofritto, tostatura, cottura, all’onda i mantecare (najlepiej na świecie prelekcjonuje to Arek), w międzyczasie posiekane pomidory, czosnek, pod koniec sporo pietruchy i koperku, a na koniec ser, masło i podgotowane na parze na różowo płatki bajecznego łososia. Tfu, uklejek. Przykrywamy przykrywką i pozwalamy tłuszczykom napawać danie (minut pińć).
Tu u mnie ryżotto wyszło dość zwarte, bo się śpieszyłem na spotkanie Klubu Kośców Trzciny Ręcznie i za szybko odparowałem, ale normalnie jak zajdziecie do baru Mleczak w Gliniewicach to dla was łychą wleją takie normalne, dwa dni gotowane i lejkie. Z gotowaną słoniną! No to smacznego.
PeeS. Gdyby ktoś się nie zorientował, była to próba zapodania przepisu na risotto z łososiem i suszonymi pomidorami, ale słowotok poooo-szedł w szkodę zanim jeszcze się zaczął. Ubolewam nad treścią tego wpisu, jednakowoż głupawka, która mię dopadła wczoraj, ani myśli odpuścić. Proszę o odrobinę współczucia. Wy możecie po prostu popukać się w czoło, ja muszę z tym żyć. Jeśli do jutra mi się polepszy, opowiem wam, jak z krochmalu zrobić uciechę uczestnikom balu. Do uwidzenia się z kochanieńkimi.
piątek, 26 lutego 2010
Na przyjście wiosny - omlet radosny
Radosny, radosny. Łosoś się raczej nie cieszy, bo go uwędzili. Ale co by nie mówić, to takie danko na letnie lub wiosenne śniadanko, kiedy słonko, ptaszęta i te rzeczy. U nas zima jeszcze nie odtrąbiła odwrotu, ale już nie taka zadziorna. No to co, na nadejście wiosny przygotować się raczej trzeba, czy nie tak? Ja się przygotowałem szykując złocisty omlet posypany tym, co się walało po lodówce: papryką, oliwkami, pomidorami, kaparami, łososiem i cebulą. Fajny zestawik. Fajna lodówka, co się po niej łosoś wala. Kalafiory łońskiego roku udali się.
Składniki
▪ 4 jajka,▪ 2 łyżki mąki,
▪ pół szklanki mleka,
▪ szklanka (lepiej dwie) śliwowincji,
▪ po pół zielonej i czerwonej papryki,
▪ 1 cebula,
▪ kawałek podwędzonego łososia,
▪ 1 pomidor,
▪ 2 garści oliwek,
▪ 2 łyżki kaparów,
▪ kilka suszonych pomidorów z zalewy,
▪ sok z cytryny,
▪ parmezan,
▪ garść posiekanej pietruszki,
▪ sól, pieprz, tymianek.
[Listonic]
Paprykę i pół cebuli kroimy w drobną kostkę, podsmażamy z tymiankiem na oliwie aż warzywa trochę zmiękną. Zdejmujemy do przestudzenia, osączając z tłuszczu. Upijamy trochę śliwowincji ze szklanki. Jajka, mąkę i mleko łączymy, bełtamy żeby nie zostały kluchi, troszku solimy i pieprzymy. Dodajemy przestudzone warzywka i pietruchę, energicznie wymieszywujemy i wlewamy na gorącą patelnię z oliwą. Smażymy na niedużym gazie pod przykryciem, popijając śliwowincję aż płynny zostanie tylko wierzch. Odkrywamy, wkładamy do piekarnika ustawionego na grzanie od góry i czekamy aż się zetnie. Dopijamy śliwowincję, bo to i koniec naszego kucharzenia. Na omlecie układamy mieszankę posiekanych oliwek, kaparów, pokrojonego wędzonego łososia, pomidorów świeżych i suszonych, posiekanej połówki cybuli, posypujemy wiórkowanym parmezanem, skrapiamy sokiem z cytryny, polewamy jeszcze oliwą dla smaku i koloru, i miszmasz gotowy. Wejdź, wiosno.
A, i dopiero teraz wydało się, dlaczego w składnikach pisałem o dwóch szklankach śliwowincji. No bo przecież gdybyśmy wzięli jedną - tę, którą właśnie dopiliśmy kiedy omlet się nam dokańczał - to co byśmy mieli do niego na zapojkę? Musi tylko wodę z wiadra. A tak proszsz, siadamy jak pany i się delektujemy omletem i śliwowincją, omletem i śliwowincją. Wiosno, polać i dla ciebie, kochanieńka?
sobota, 16 stycznia 2010
Jarmużowo-łososiowa sałatka serowa dla pani Kasi
Wspominałem już, że lubię jarmuż? Nie? A, może dlatego, że sam nie wiedziałem. Teraz już wiem, bo spróbowałem. Jutro zrobię na parze, bo mówią, że też świetny, a wczoraj podsmażyłem na oliwie. Podpieczony, czipsowaty, lekko kapustny, łamliwie delikatny zrobił na mnie spore wrażenie. Może nie takie jak dynia kilka miesięcy temu, ale poczułem się miło zaskoczony. Proste smaki zaznawane po raz pierwszy potrafią zafrapować. Jak tylko go spróbowałem, już wiedziałem, co będzie na kolację. Kiedyś robiłem już podobną sałatkę, ale z jarmużem smakuje inaczej.
Składniki (2 osoby)
▪ 4 garści jarmużu,
▪ 0,5 szklanki mleka,
▪ 0,5 serka topionego,
▪ kawałek sera pleśniowego,
▪ 2 ząbki czosnku,
▪ pół cebuli,
▪ wędzony łosoś,
▪ sok z cytryny,
▪ rozmaryn, curry, pieprz.
Najpierw mój ulubiony sos serowy. Do rondelka wlewamy mleko i wkładamy gałązkę rozmarynu i przekrojony na pół czosnek. Podgotowujemy dwie minuty, dokładamy sery i posypujemy curry i pieprzem. Gotujemy aż ser się rozpuści a nasz serowy sos nieco zgęstnieje. Kiedy uzyska pożądaną konsystencję, wrzucamy posiekaną cebulę i wyłączamy gaz. Cebula straci dzięki temu nieco swej ostrości.
Z jarmużu po umyciu wycinamy łodygę, a listki dzielimy na mniejsze kawałki. Na rozgrzaną patelnię wlewamy nieco oliwy i wkładamy zieleninę. Można dodać ociupinkę soli, ale sery i łosoś są słone, więc ostrożnie. Cały czas mieszając podgrzewamy go na dość silnym gazie aż straci surowość, nabierze głębokiego, wyśmienitego smaku i stanie się leciuśko chrupiący. Właściwie nie chrupiący, tylko taki mniej miękki. Podobno jak się podgrzewa za długo, robi się gorzki. Taki podsmażony jarmuż już jest rewelacyjny. Wystarczy posypać odrobiną soli, może kapka soku z cytryny i jesteśmy szczęśliwi. Tym razem jednak idziemy na bogato.
Na talerki wykładamy jarmuż, polewamy serowo-cebulowym, pachnącym rozmarynem sosem, układamy kawałki wędzonego łososia, kropimy sokiem z cytryny i już. Muszę zapamiętać, bo to niezłe danko na lekką letnią kolację. Zamiast łososia, tak mi się przynajmniej wydaje, dobra by była kiełbasa chorizo. Może z lekka przyrumieniona?
Teraz wam, życzliwości wy moje, powiem, dlaczego ta sałatka nazywa się dla pani Kasi. Ano bo na Durszlaku jest taka akcja, że szykujemy papu dla pani Kasi Cichopek, która uczy się gotować, gdyż tańcować i aktorzyć już umie. Ta sałatka jest taka prosta (przygotowanie zajmuje ok. 15 minut) i taka smaczna (a jednocześnie zdrowotna), że świetnie nadaje się jako wprawka przed nauką przyrządzania skomplikowanych dań w rodzaju faszerowana gęś po polsku czy te nowomodne specjały, co to człowiek nie wie, czy dostał je do jedzenia, czy ma się tylko pogapić. Kojarzycie te śmichotki, które Modesty Amary robią: obcharkają śledzia czymś w rodzaju spienionej śliny i są z siebie nie wiedzieć czemu zadowolone.
Wam wszystkim i pani Kasi życzę smacznego i spadam. Bazyluk Kazimierz z małżonką proszą dziś na kosztowanie nowej nalewki na rdeście. Zajrzę tylko po drodze, czy u Maciaszczyka wszystko w porządku. Pogadamy z Bazylukami o życiu, może zaśpiewamy jakieś ziołowe pieśni... A głosy nasze czyste przejrzyste pójdą po rosie jak radziulisowa kasztanka do koryta z wodą. Co ja gadam, po jakiej rosie, toż minus pitnaście, to chyba po grudzie raczej. Nu, bywajcie. Sprawdźcie, czy kurnik domknięty.
piątek, 4 grudnia 2009
Do spróbowania: Łosoś po polsku
Dzień dobry się z nimi. Pospaliście? Ja tu od świtu robię przymiarki żeby chlewik nowy postawić, bo stary czegoś podupada. Akuratnie przerwę mam, bo się jebłem młotkiem w obojczyk. Oprócz chlewika chciałem też piwniczkę na kalwadosik wykopać, ale zima za pasem, to do wiosny będę tę jabłkówkę sezonował w stodole. A nie zakradać mi się tam, bo policzone wszystko! Jak czego zbraknie, będę od chałupy do chałupy chodził i chuchać kazał.
No i ten, wziąłem się deski heblować. Wynoszę ja ich ze składzika, patrzę, a tam popod ścianą kuferek stoi. Ładny, drzewnianny. Meselkiem podważyłem wieko i za głowę się złapałem. Znakiem mówiąc za czapkę uszankę, bo akurat ja ją na łbie miałem. Same papierzyska w tym kuferku: receptury na maść od kaczych łap grzybicy, co robić jak się kobyłka ochwaci, numery lotka na przyszłą sobotę, wycinki z „Gliniewickich Nowości” o drzymieniu strabągów. Jak to w kuferku, wiecie. A co tam gazetowych skrawków do skręcania machorki było! Oj, Szuwaśko nie będzie zdanżał śliwowincji donaszać żeb się wypłacić dla mnie za tę bumagę drogocenną.
Ale nie o tym ja. Między tymi wszystkimi skarbnicami wiedzy i mądrości ludowej znajszedłem karteluszek własną ręką nabazgrany z przepisem ładnym, co jego - tak sobie dumam - popróbować warto. Zapisuję ja to tu żeb nie zapomnieć i na okoliczność że karteczka na rozpałkę by poszła. Nie wiem tylko, czy „łosoś” tam stoi, czy „wędzona konina”, bo zamazano troszku - jakby towotem przeciągnięte. Musi łosoś, bo wędzona konina nijak nie idzie do wina. No i oczy nie widziały: do koniny pchać migdały?!
Hehe, stało tam naskrobane, że ten łosoś po polsku jest. Normalnie z molo w Sopocie łapany, czort. Łosoś najbliżej w Norwegii musi. Wino ze strzyszku znoszę, „Chile” na nim stoi; a migdały prosto z Hiszpanii. No dobra, jajca nasze polskie, od po polsku gdaczących kur. Normalnie fjużyn jakiś. O, taka to nasza kuchnia fajowa jest. Jak co dobre, bierzemy bez szczypania, a nie jak te Francuzy czy Włochy, że tylko ich najlepsze i nosa poza swoje gumno nie wystawią, choćby i psuli. Nu, dosyć czepialstwa, daję.
Składniki
▪ 75 dkg łososia,
▪ 1 szklanka białego wina (resztę wypić, bo wietrzeje prędko),
▪ 2 żółtka,
▪ migdały.
Łososia ugotować w winie na małym gazie. Tak sobie myślę, że nie zawadziłoby wrzucić do tego wina czosnku i jakiegoś ziółka (sołtys nasz z pewnością zaordynowałby natopić słoniny). Popieprzyć trochę z sąsiadem póki nie przestygnie, posolić, smarować rozbełtanym żółtkiem, panierować w migdałach. Mielonych chyba, co nie? Czy płatkowanych? Smażyć.
Dobre to może być, jejbohu. Proste, uroczo niezmanierowane. Na Święta będzie można wykonać dla odsapki od mięs wszelakich. Do tego na tym winie od gotowania ryby lekki sos cytrynowy może? I podać na sałatach z rukolą. Abo nie. Dżingyl bels, dżingyl bels...
No i ten, wziąłem się deski heblować. Wynoszę ja ich ze składzika, patrzę, a tam popod ścianą kuferek stoi. Ładny, drzewnianny. Meselkiem podważyłem wieko i za głowę się złapałem. Znakiem mówiąc za czapkę uszankę, bo akurat ja ją na łbie miałem. Same papierzyska w tym kuferku: receptury na maść od kaczych łap grzybicy, co robić jak się kobyłka ochwaci, numery lotka na przyszłą sobotę, wycinki z „Gliniewickich Nowości” o drzymieniu strabągów. Jak to w kuferku, wiecie. A co tam gazetowych skrawków do skręcania machorki było! Oj, Szuwaśko nie będzie zdanżał śliwowincji donaszać żeb się wypłacić dla mnie za tę bumagę drogocenną.
Ale nie o tym ja. Między tymi wszystkimi skarbnicami wiedzy i mądrości ludowej znajszedłem karteluszek własną ręką nabazgrany z przepisem ładnym, co jego - tak sobie dumam - popróbować warto. Zapisuję ja to tu żeb nie zapomnieć i na okoliczność że karteczka na rozpałkę by poszła. Nie wiem tylko, czy „łosoś” tam stoi, czy „wędzona konina”, bo zamazano troszku - jakby towotem przeciągnięte. Musi łosoś, bo wędzona konina nijak nie idzie do wina. No i oczy nie widziały: do koniny pchać migdały?!
Hehe, stało tam naskrobane, że ten łosoś po polsku jest. Normalnie z molo w Sopocie łapany, czort. Łosoś najbliżej w Norwegii musi. Wino ze strzyszku znoszę, „Chile” na nim stoi; a migdały prosto z Hiszpanii. No dobra, jajca nasze polskie, od po polsku gdaczących kur. Normalnie fjużyn jakiś. O, taka to nasza kuchnia fajowa jest. Jak co dobre, bierzemy bez szczypania, a nie jak te Francuzy czy Włochy, że tylko ich najlepsze i nosa poza swoje gumno nie wystawią, choćby i psuli. Nu, dosyć czepialstwa, daję.
Składniki
▪ 75 dkg łososia,
▪ 1 szklanka białego wina (resztę wypić, bo wietrzeje prędko),
▪ 2 żółtka,
▪ migdały.
Łososia ugotować w winie na małym gazie. Tak sobie myślę, że nie zawadziłoby wrzucić do tego wina czosnku i jakiegoś ziółka (sołtys nasz z pewnością zaordynowałby natopić słoniny). Popieprzyć trochę z sąsiadem póki nie przestygnie, posolić, smarować rozbełtanym żółtkiem, panierować w migdałach. Mielonych chyba, co nie? Czy płatkowanych? Smażyć.
Dobre to może być, jejbohu. Proste, uroczo niezmanierowane. Na Święta będzie można wykonać dla odsapki od mięs wszelakich. Do tego na tym winie od gotowania ryby lekki sos cytrynowy może? I podać na sałatach z rukolą. Abo nie. Dżingyl bels, dżingyl bels...
wtorek, 29 września 2009
Żółto-zielony serowy łosoś szpinakowo-oliwkowy z makaronem razzz!
Noo, wzięło mnie na ryby, nie ma co. Od tygodnia chyba tylko w niedzielę niczego z płetwami na stole nie było (ze dwa przepisy, w tym jeden z grzybami, które latoś obrodziły, czekają w kolejce i zniecierpliwione tupią nóżkami). Szkoda, że nie mam tak na stałe, bo to i zdrowe, i smaczne pożywienie. Ale nie, zaraz, jak znam życie, przejdzie mi na kilka miesięcy. Potem znów dopadnie na tydzień, i tak w kółko macieju. Niedługo będzie okazja do zmiany menu, bo już puka w drzwi zamrażarki solidny kawał jagnięcych żeberek z przyległościami i pyta, czy może się wprosić na obiad. Rozmarynie, drżyj, będzie kośba. Mięto, kolendro, nie liczcie na litość. Sklepikarze, uzupełnijcie zapasy czosnku i oliwy!
Ale nie o tym ja. Dzisiejszy obiad ma solidne usprawiedliwienie, bo szkoda mi było mrozić doskonałego łososia, o którym pisałem wam wczoraj. Chciałem go zrobić z makaronem i dziś długo szukałem jakiegoś przepisu (Grażynko, dzięki za inspirację), ale Durszlak nieczynny, a jakoś tak zatęskniłem do świetnego przepisu Lisiczki, który prezentowałem tu onegdaj. Mała modyfikacja i wuala.
Składniki:
▪ 20 dkg świeżego łososia,
▪ makaronu ile trzeba, jak powiedziałaby Ćwierczakiewiczowa,
▪ 1 opakowanie serka topionego,
▪ 1/2 szklanki mleka,
▪ 1 ząbek czosnku,
▪ 3 garści młodego szpinaku,
▪ 1 pęczek kolendry albo pietruszki,
▪ 2 garści czarnych oliwek,
▪ 2–3 łyżeczki curry,
▪ 2 łyżeczki kurkumy,
▪ 1/2 cytryny,
▪ sól, pieprz.
Na patelnię ciutkę oliwy lu, na to pokrojonego w sporą kostkę łososia ciach, króciutko. Zdjąć, na pachnącą rybką oliwę mleko dalejże, serek łubudu, mieszać aż powstanie gładka masa. Syp curry, kurkumy, pociachane oliwki hajda. Teraz czosnek i szpinak aż lekko zmięknie; mmm, pachnie. Sól, pieprz, uwaga, łosoś wraca! Puk puk. Kto ty? Kolendra. Właź. Makaron na to (u mnie zielone tagliatelle). Mieszu, na talerzu kap kap sok z cytryny niemało i już pycha. Czas stop, 10 minut.
Najedzony, oddalam się, bo widzę, że lezie Szuwasko. Z gumiaka mu coś sterczy – pewnikiem o kulturze wysokiej pogadać przyszedł, bo w niebo się gapi. Oj, nie zreperuję ja dziś budzika. Jak nic kurki jutro głodne do podobiadku chodzić będą, bo tam zakutany w onucach to widzimisię nie kompot u niego jest. A nie ma kto budzika pożyczyć? Bo żywina nerwowa robi się jak o szóstej żryć nie dostanie.
poniedziałek, 28 września 2009
Łosoś w aksamitnym sosie pieprzowym
Oj, jadłem dziś może i najlepszego łososia w życiu. Aromatyczny, soczysty... Pani w takim jednym hipermarkecie na „C” wycięła mi ze świeżej sztuki kilogramowy filecik. Nawet nie bardzo było od niego czuć rybą, taki świeży, a na patelni ciężko było przewracać, bo delikatniuchny był jak cera Zabłockiej Marzenki z Paździerzownicy, tej, wiecie, co Miss Kartofla łońskiego roku została. Zrobiłem tego łososia na modłę jednego pana Włocha, gdyż albowiem chodził za mną ten przepis i marudził „zrób mnie, no zróóób mniee”. Normalnie jak kot kiedy poczuje rybę. Aha, ta zwarzona śmietana na zdjęciu to mój autorski wkład w tę potrawę, huechuech.
Składniki:
▪ filet z łososia bez skóry,
▪ 1 łyżeczka masła,
▪ naparsteczek wódki albo czegoś, co ma 40% (będzie palone),
▪ łyżka gęstej śmietany,
▪ 1 łyżeczka czerwonego pieprzu,
▪ posiekana kolendra albo pietruszka,
▪ sól.
Ładne kawałki łososia wrzucamy na sporą ilość oliwy i dusimy na małym gazie żeby trochę pyrkał, ale nie pryskał. Zrumieniamy z obu stron, zlewamy oliwę i wkładamy masło. Po roztopieniu podgrzewamy chwilkę żeby weszło w rybę, po czym wkładamy śmietanę zmieszaną z solą i całymi ziarnami czerwonego pieprzu. Dusimy małą minutkę, w międzyczasie przewracając rybę żeby otoczyła się śmietaną. Już. Na talerzu posypujemy zieleninką, ja dołożyłem trochę marynowanych papryczek jalapeno. Wyżerka, mówię wam!
A jutro, ponieważ zostało mi tego łososia trochę, zrobię go z makaronem. Tylko jak... Cieekawe, kto by mógł mi coś podpowiedzieć...
sobota, 12 września 2009
Z cyklu „Do spróbowania”: Łosoś w aksamitnym sosie pieprzowym
Przed chwilą w programie „Buon appetito” pan Włoch kucharzył jak zwykle: prosto i smakowicie, po włosku. Potrawa wygląda niezwykle apetycznie, a jej prostota chwyta za serce. Auć. Notuję zatem, bo pamięć mam jak pluszowy miś. Albo jak strach na wróble. A, nie, jak strach na wróble to mam aparycję. No to jak miś. Zaraz, co „jak miś”?
O czym to ja... Aaa, nie podpowiadajcie, mam to! Łosoś ledwo oprószony mąką, bardzo, bardzo lekko. Żadnych przypraw. Na patelnię ze sporą ilością oliwy, smażyć na niedużym gazie żeby nie pryskało, a bardziej się w tej pysznej oliwie dusiło. Kiedy złociutki z obu stron, zlać oliwę, wlać 50 ml wódki, flambirować. Włożyć łyżeczkę masła. Rozpuścić, dodać łyżkę gęstej śmietany. Zamieszać, wrzucić grubo tłuczony różnokolorowy pieprz. Chwilę potrzymać, gotowe. Na talerz. Na wierzch odrobina zieleninki, dookoła pokropić octem balsamicznym i oliwą. Ja tym octem i oliwą nie będę, bo po pierwsze nie mam takiego wyczesanego balsamico, tylko rzadki jak piwo Wigry, jeśli wiecie, co mam na myśli; a po drugie, bo zawsze kiedy próbuję tak ładnie przyozdobić octem czy oliwą, wychodzi mi jakbym talerz obsyfił utytłanymi paluchami, błe.
Na poszukiwania nieśmierdzącego łososia w hipermarkecie – marsz.
EDIT: Wykonano tutaj.
O czym to ja... Aaa, nie podpowiadajcie, mam to! Łosoś ledwo oprószony mąką, bardzo, bardzo lekko. Żadnych przypraw. Na patelnię ze sporą ilością oliwy, smażyć na niedużym gazie żeby nie pryskało, a bardziej się w tej pysznej oliwie dusiło. Kiedy złociutki z obu stron, zlać oliwę, wlać 50 ml wódki, flambirować. Włożyć łyżeczkę masła. Rozpuścić, dodać łyżkę gęstej śmietany. Zamieszać, wrzucić grubo tłuczony różnokolorowy pieprz. Chwilę potrzymać, gotowe. Na talerz. Na wierzch odrobina zieleninki, dookoła pokropić octem balsamicznym i oliwą. Ja tym octem i oliwą nie będę, bo po pierwsze nie mam takiego wyczesanego balsamico, tylko rzadki jak piwo Wigry, jeśli wiecie, co mam na myśli; a po drugie, bo zawsze kiedy próbuję tak ładnie przyozdobić octem czy oliwą, wychodzi mi jakbym talerz obsyfił utytłanymi paluchami, błe.
Na poszukiwania nieśmierdzącego łososia w hipermarkecie – marsz.
EDIT: Wykonano tutaj.
środa, 9 września 2009
Makaron z łososiem

Zachwycił mnie taki jeden przepis na blogu Lisiczki. Taki prosty, a taki obiecujący! Jako że czasu pozawczoraj nie miałem bo bronowałem, umyśliłem go zrobić, bo przyrządza się go tyle, ile się makaron na aldenta gotuje. Śmietany u mnie nie było, bo rano nawiedził mnie Szuwaśko Grzegorz idący wypełniać sołtysowe powinności, i wypił. Ale co tam, dałem radę. Opowiem wam, jak.
Składniki:
▪ makaron, a jakże,
▪ 1/2 opakowania serka topionego,
▪ 1/2 szklanki mleka,
▪ garstka tarkowanego żółtego sera,
▪ kilka plastrów wędzonego boczku,
▪ 5–10 dkg wędzonego łososia,
▪ pęczek pietruszki,
▪ 2 ząbki czosnku,
▪ sok z cytryny,
▪ kurkuma,
▪ sól, pieprz.
W rondlu podgrzewamy mleko z serkiem topionym aż ser się rozpuści i utworzy ładną emulsję. Odparowujemy dla zgęstnienia albo sypiemy garstkę sera żółtego. Dodajemy czosnek i natkę. Na patelni podsmażamy pokrojony boczek. Kiedy chrupiący, dodajemy nasz serowy sos i wrzucamy makaron, solimy i pieprzymy. Mieszamy żeby makaron apetycznie się ubrał w ten żółtawy w zielone cętki kubrak.
Na talerzu układamy makaron z sosem, kładziemy trochę łososia (niedużo, bo ma intensywny smak i lubi dominować), kropimy sokiem z cytryny. Świeży sok nadaje rześkości. Jemy, próbując nie ciamkać z rozkoszy i nie mruczeć zbyt głośno. Ciam. Oj, wiem ja, komu to będzie smakować ;)
piątek, 28 sierpnia 2009
Zawszepolkowa sałatka łososiowa. Ze śpinakiem

Lubicie odwiedzać blogi o kucharzeniu? Nawet nie gadajcie, wiem, że lubicie. Ja też. Sobie, jak to letniki mawiają, serfuję. Blogów dużo na świecie, i dużo dobrego jedzenia tam można znajść. Jak zobaczę co ciekawego, a już szczególne u moich koszelewiaków, to zaraz do Ulubionych, i mam. Co jakiś czas robię przegląd i wybieram coś fajnego. Czasem jakiś przepis utkwi w głowie i mruczy „zrrrrób mnieee”, jak kot jaki normalnie. Mam ja tego w Ulubionych, oj, mam. Jak się tak serfuje, to się nazbiera tyle, że człowiek mógłby sam nie wymyślać, tylko pichcić i pichcić co mądre i utalentowane ludzie zrobią.
Dzisiaj padło na sałatkę, która pięknie się zapowiadała odkąd przeczytałem jej składniki, i chodziła za mną jak Bura za kościelnym Koszelewskim w porze karmienia. Ulubiony szpinak, ulubiony łosoś, cytrynka, pomidory, samo dobre. Miałem nawet ładnego łososia prosto znad morza - wędzonego na zimno, ciemnoróżowego, a pysznego! Ale wyszedł był zanim znalazłem szpinak. Ile można czekać w końcu. No nigdzie śpinaku nie było, psia mać. W końcu Pałąkowa na targu w Paździerzownicy u baby kupiła, ale niemłody był. Co robić, lepiej stary, niż ma się dla mnie danie po nocach śnić, czy nie tak, co?
Sałatka jest autorstwa Zawszepolki, z bloga Arontkicientable. Zajrzyjcie, bo pysznie tam jest okrutnie.
Powiem ja wam, że dobrze się dla mnie wydawało, że musi to fest smakować. Połączenie kaparowego winegreta ze szpinakiem, łososiem, awokado i jajkami daje kompozycję niebagatelną. Zazdrośćcie mi, że miałem okazję się rozkoszować, albo wpadajcie szybko: dla jednego głodnego jeszcze będzie. Tylko migusiem, bo nie wieczerzałem jeszcze, a oskoma mię chwyta i łakomie na niedobitki do kuchni zerkam. Ponieważ nie zmieniałem składników, po dane odsyłam Was do strony z przepisem. Tak, tędy, trochę w lewo, za bardzo, o, to tu. No, można po prawdzie dać ząbek czosnku i więcej kaparów i soku cytrynowego do winegreta.
O, wiem, niezadługo jubiliantem ja będę, to zrobię dla was tego dobra trochę. Schowamy tylko przed Szuwaśką, bo zapluje chałupę jak zobaczy, że nie ma w tym golonki ani słoniny. Dla Szuwaśki usmażę cycki krowiacze w panierce z pokruszonego smażonego boczku. Bywajcie, muszę jeszcze gumiaki opukać. Kalarepę rwałem, a dżdżyło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














