Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kotlet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kotlet. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lutego 2012

Modernizacja schaboszczaka


Schaboszczak jaki jest, każden jeden widzi, a coponiektórzy nawet lubieją. Było już tutaj o tym arcytradycyjnym daniu, ale bardziej w ujęciu dla moich sąsiadów, którzy jak mają pasztetową i gulasz ze świńskiej pachwiny z zasmażką, to są kontenci i tryndom kuchennym nie hołdują nic a nic. Jednakowoż dzisiaj wpadł mi w łapki cudnej urody schab prosto od zaufanego rzeźnika. Pożałowałem ja jego masakrować tłuczkiem i panierować w jajku i bułce, bo tak to można robić pięciokrotnie odświeżane ścierwo z hipermarkietu.

Zrobiłem go jeszcze prościej, niż tradycyjny kotlet schabowy, ale mimo wszystko połakomiłem się na pyszną duszoną kapustę, czyli odwieczny superowy dodatek do schabowego, która to kapusta może najzdrowsza nie jest, gdyż wzdyma czy tam coś (nie wiem, nie znam się, ja to chyba kamienie mógłbym wpaździerzać i potem co najwyżej grzechotać łapawszy pekaesa), ale za to ekologiczna, własnoręcznie wyhodowana, własnonożnie udeptana przez Pałąkową. Moją sąsiadkę, znacie może.

Powstało danko niby przypominające schabowego, ale jakieś jak gdyby inne. Taki stek ze schabu. Ekskluzyjny więcej i nowoczesnością waniający, bym powiedział, a przynajmniej nowoczesnością na miarę naszej wioski. Nu, jaka wioska, taka nowoczesność. Posłuchajcie, jeśliście ciekawi.

Składniki:
 śliczny plajsterek schabu,
 25 dkg kiszonej kapusty,
 1 cebula,
 sól, pieprz, cukier, kminek.

Grube na 3 centymetry plajstry schabu osalamy, opieprzamy, oprószamy szczyptą majranku, skrapiamy odrobiną soku z cytryny albo octu balsamicznego, lekko masujemy paluchami i odstawiamy, najsamwpierw zabrawszy się za kapuchę, bo mięso zrobi się w kilka minut, a kapucha nie. No a z nią to wiadomo, trochę posiekanej cebulki, olej, kilka łyżek wody, sporo kminku i niech się pod przykryciem poddusza do miękkości na małym gazie. Aha, otwieramy szeroko okno...

... bo niestety, zbyt światowo
to nie pachnie ta kapucha.
Z przeproszeniem za to słowo —
jedzie, jakby kozie z ucha. *

Ja wolę własny smak kapusty do kotleta, ale dla urozmaicenia można dodać koncentratu pomidorowego albo pomidorów z puszki. Można też dać suszonej śliwki, żurawiny, ale wtenczas z kanoniczności wyjdą nitki. 

Kiedy kapusta przelewa się przez łyżkę, przyprawiamy do smaku, ewentualnie dodając cukru jeśli kwaskawa, i bierzemy się za mięso. Pisać tu nie ma o czym, więc żeby nie myśleliście, że się obcyndalam, opowiem wam o moim cud-miód grillu elektrycznym, co ja jego od moich sąsiadów z okazji Międzynarodowego Dnia Świszczypały i Birbanta dostałem, gdyż obchodzę to święto z racji cech osobowościowych, a nawet, jak głosi rozpoznanie doktora Wądołowskiego z gminnego ośrodka zdrowia, rozdwojonych cech osobowościowych. 

Fajny on, nie powiem. Srebrzanny! Mówię o grillu, doktor Wądołowski srebrzanny jest tylko po bokach głowy, gdyż dziewiąty krzyżyk dla niego bije; na reszcie fizjognomii popielaty więcej. I dwustronny do tego (cały czas ja was tu grillem bajeruję, wszak każdy, kto go zna, wie, że doktorem Wądołowskim to i stracha na wróble nie zbajerujesz — co najwyżej wystraszysz), znakiem mówiąc — że się przez chwilkę spróbuję nie rozwojażać — kładnie się mięsko albo warzywko na poteflonie, zamyka się jak gofrownicę i zaodraz z obuch stron podpieka się. Polędwiczka gotowa w pięć minut, cienkie płaty piersi kurczaczej w dwie, a cukinii nawet nie zdąży się zamknąć i już trzeba zdejmować. Ruchome zawiasy ten grill ma, więc i grube kawałki się elegancko zrobią. Teflonowe tacki nawet nie idą do zmywarki, bo wystarczy pod bieżącą wodą spłukać, tak nic nie przywiera. Jest on od firmy Tefal, dla której ja z tego tu mojego zydelka pięknie za wydumanie tego ustrojstwa dziękuję, mimo że nie chcieli dać litra gazu do kucheneczki gazowej emaliowanej za wzmiankę zaszczytną na blogu o czytelniczości zbliżonej do frekwencji na kursie robienia ludków z kocich bobków i resztek watoliny. Ludzie skąpe teraz**.

Apropos gazu. Ja tam, o czym wy mogliście już słyszeć, wolę pogotować na gazie, ponieważ albowiem człowiek lepszy nastrój potem ma, szczególnie że gaz ekologiczniejszy od monopolistycznego prądu z Zakładu Energetycznego. Ale że elektryfikancja do nas już ze dwadzieścia lat będzie, jak dotarła, tak więc ujmy nie będzie od czasu do czasu chabaninę prądem potraktować. No to cyk!



Oczywiście można upiec steka na patelni grillowej (sołtys nasz odnosi nawet pewne, choć umiarkowane, sukcesy z pokrywą od parnika i palnikiem acytelynowym), tylko że mnie się to raczej nie udawało i nawet jak plajster miał centymetr grubości, to był najpierw surowy w środku, a potem od razu stawał się kandydatem do Podeszwy Roku. A na grillu to jest robota! Sok nie zdąży się wylać, bo pieczenie trwa minut cztery, odsurawia się równomiernie, ze środka po rozkrojeniu wręcz bucha pyszny sosek. Stek jest mięciuśki jak bimbały Możejko Waldemary i z kapustą smakuje wybornie. Przy okazji można sikorki obłaskawiać daniem fjużyn, czego i dla was życzę, amen.

———————————————————
* Adelina Gremplina i Zespół Kołowatych z Kośmierzyna, O kapuście, słoninie i chruście. Antologia poezji bez tołku

** No dobra, nie złożyłem im propozycji (czyli jest plus, bo nie odmówili), a nazwę wymieniam w całości wbrew własnym zasadom, bo uznałem, że trzeba gadać o dobrych rzeczach, a nazwy przycinać dla tandeciarzy tak jak się na facjaty w gazecie nakłada czarny pasek jak kto w biznesie przekozaczy. Od dziś będą się pojawiać wtręty bezinteresownej reklamy jak co dla mnie przypadnie do gustu. Taki sos pomidorowy z oliwkami z Lidla na ten przykład... Mmm... Uznałem że najgorzej jest jak kto zobowiąże się do reklamowania czegoś, weźnie fanty w rodzaju dwie kostki z glutaminianem i solą o nazwie kostka bulionowa, naochuje się co niemiara, ale nie poinformuje, że tekst sponsorowany. Jak promocja wypływa z potrzeby serca i zadowolenia żołądka, to można, jak sądzę. Koniec gwiazdki.

piątek, 15 kwietnia 2011

Miętowe hamburgiery z cukinią















Hamburger to jest dobra rzecz. Soczysty, smakowity, idealny na poprawiający nastrój obiad. W zależności od użytego mięsa i dodatków albo solidny, mocny w smaku, albo delikatny jak dym z maciaszczykowej wytwórni. Ugrillowany w paski, z dodatkiem warzyw, podany na dobrym chlebie... Zawsze zrobię za mało i się potem ckni.

Tylko nie myślcie sobie, harmiderki szczebiotliwe, że naszło mnie hamerykanizować nasz piękny język. Wiecie, że niektóre gadają "dżipies" kiedy jak wół stoi napisano "giepees" albo "personal assistant", a za biurkiem sekretarka siedzi. Nie nie,  hamburgera używam dla odróżnienia od kochanego kolteta mielonego, ale nie żeby więcej światowo brzmiało, a dlatego, że tego hamburgera ciut inaczej robi się: nie dodaje się bułki tartej, jajka rzadko, do masy mięsnej nie idzie cebula, za to keczup i musztarda, no i smaży się na patelni grillowej zamiast na zwykłej na tłuszczu.

Tym razem kiedy byłem w jednym fajnym sklepie, moje czujne oko wypatrzyło świeżo zmieloną chudą cielęcinę. O, taka cielęcinka to jest delikatesik, delikatniuchny niczym atłasowa skóra na pupie Ludwiczak Jadwini. Wiem, bo razu jednego widziałem jak cepowała w spódnicy i wiatr powiał. Od razu zobaczyłem ją z orzeźwiającą miętą. Cielęcinę, Ludwiczak Jadwinię widziałem z cepem. Żeby zwiększyć delikatność i soczystość (cielęciny), dałem też starkowanej cukinii. Posłuchajcie jeśliście łaskawi.

Składniki:
 50 dkg mielonego mięsa cielęcego,
 pół cukinii,
 pęczek mięty,
 pęczek kolendry albo pietruszki,
 1 jajko,
 2 ząbki czosnku,
 2 łyżeczki łagodnej musztardy,
 sól, pieprz.

Cukinię tarkujemy na tarce do warzyw, posypujemy solą i odstawiamy na minut pięć czy tam dziesięć. Akurat tyle żeby pójść zadać świnkom z parnika. Odciskamy i same suche warzywko dodajemy do mięsa. Dajemy też grubo posiekaną zieleninę, drobno posiekany czosnek i musztardę. Odstawiamy na kilkanaście minut aby czosnek i musztarda się wgryzły w mięcho.

Kiedy robię moje ulubione hamburgiery z wołowiny, dodaję sporo keczupu i ostrą musztardę rosyjską albo angielską, czasem gruboziarnistą francuską. Keczup słodzi mięso, musztarda upikantnia i kiedy rozmaryn da zapach, jest niebo w gębie. Cielęcina słodzenia nie wymaga, bo sama słodka, a i cukinia pomaga. Keczup więc został w lodówce. Obawiałem się też, że ostra musztarda przesłoni mięso delikatne jak... a nie, to już było. Jajko dodałem, bo ta cielęcinka była chudziutka, a była już w niej nie za tłusta cukinia, więc miałem obawę, czy mi z tego hamburgera sos mięsny do makaronu nie wyjdzie.

Czekajcie, to może już. Patelnię grillową rozgrzewamy dość mocno, pędzelkiem smarujemy odrobiną oliwy, wkładamy uformowane na cienko kotleciki i smażymy po dwie minuty z każdej strony, tyle żeby pokazały się grillowe paski. Zdejmujemy, odstawiamy na kilka minut żeby doszły do siebie.

Na jakimś fajnym stostowanym chlebku układamy ulubione warzywa, polewamy majonezem (leniłem się zrobić, więc zamiast majonezem pokropiłem olejem rzepakowym z Bornholmu, o wyraźnym aromacie orzechów) i kładziemy hamburgera. Przyznam, że tak soczystego jeszcze nie jadłem. Po brodzie leciał sok, a smak był rześki od mięty i kolendry, zwiewny i delikatny jak dym z maciasz...oj, to też już było.

Z rozsądku staram się ostatnio robić tylko taką porcję, którą da się od razu zjeść (użyłem połowy podanych wyżej składników). No dobra, nie obżeram się, ale od razu nachodzi złość, dlaczego tak mało zrobiłem.

To by było tyle na dzisiaj. Idę, zrobię coś pożytecznego. Miałem dziś być na miłym wypoczynie, ale nie wyszedł. To, myślę, okna pomyję, bo czarniawe czegoś.

niedziela, 27 marca 2011

Klops, a po klopsie prowokacyjny konkurs

Cie florek, jakieś obcyndalanko nastąpiło? Oj, nastąpiło. Śliczna pogoda, słonko napindala, a mnie się nie chce nic a nic. Nie żebym nie pitrasił, ale wszedłem w taką fazę, że robię rzeczy, do których boję się podejść z aparatem. Same pyszne kupy. Potrawka z kurczaka w moim wykonaniu do pokazywania społeczeństwu nadaje się jak wpis kondolencyjny prezdenta, a kiedy następnego dnia do resztek mięsa i sosu dodaję ślicznie zrumienione pieczarki, to... no, jakby zabrać barwnik identyczny z naturalnym z puszki dla psa. No to dziś rozgrzewający, wesoły klops na pożegnanie zimy i kilka nie za kolorowych fotek z prowokacyjnym konkursem. Jadę, nie?

Kiedy myślę „klops”, mam na myśli właśnie ten. Od wielu lat nie eksperymentuję z tym pysznym daniem i zawsze robię w jeden sposób, co należy odnotować z tej przyczyny, że uświadczyć u mnie tę samą potrawę dwa razy, to jakby zobaczyć wzmiankowanego prezdenta ze słownikiem ortograficznym (ale nie podkładającego ów słownik popod szlaban żeby się nie chitał, tylko pogrążonego w odkrywczej lekturze). Tfu, ja politykuję, ja?! Koniec świata, poruta i dowód, że nie wszystko gra, buczy i koliduje.

Dobra, ale do klopsa. Dodatek płatków owsianych i soku pomidorowego nadaje temu klopsu lekkości i soczystości, o aromacie nie wspominając. Posłuchajcie.
















Składniki:
75 dkg mielonego mięsa (wołowo-wieprzowego, indyczego, wolna wola),
2 jajka,
3/4 szklanki soku pomidorowego,
3/4 szklanki płatków owsianych,
2 cebule,
4 ząbki czosnku,
cząber, gałka muszkatołowa, sól, pieprz.

Cebulę i czosnek siekamy i wrzucamy do dużej miski. Zalewamy sokiem pomidorowym, połową szklanki wody, dodajemy płatki owsiane i przyprawy. Odstawiamy na 15 minut żeby płatki napuchły. Dodajemy mięso, jajka, wymemłujemy metodą manualną na jednolitą masę. Obrzucanie się taką paciają jest niezwykle inspirujące i stymulujące, ale należy pamiętać, że po skończonej zabawie nie będzie obiadu.

Keksówkę smarujemy oliwą, wkładamy masę mięsną, posypujemy, jak mawiał pewien policjant, byłką tyrtą i skrapiamy oliwą lub stopionym masłem żeby uzyskać chrupiącą skórkę. Pieczemy w piekarniku około 50 minut, czyli do czasu kiedy pierwsze ślinotokowe krople skapną nam po brodzie na widok brązowiutkiego wierzchu klopsa.

Po dziesięciominutowym niecierpliwym odczekiwaniu wyjmujemy ciacho z foremki, odkrajamy grube plajstry i serwujemy z kaszą i buraczkami czy tam ze sosem grzybowym. Albo jak kto woli, taki klops jest świetny z czymkolek, i zachowuje soczystość nawet po wystudzeniu, więc na kanapki jak znalazł.

A teraz prowokacyjny konkurs. Prowokacyjny on się nazywa bez to, że rozwiązanie może znać może z pięć osób zaglądających na tego bloga (czyli połowa ogółu czytelników), ale za to do wygrania jest butel śliwowincji żytniej od Maciaszczyka (dla przyjaciół Olka). Skoro na fotach jest najprawdziwsze zadupne zadupie bez znaków szczególnych, jasnym się dla was staje, moje wy bystrzaki radosne, że właściwie są to pozdrowienia dla Sulejuków Anieli i Ździsława, u których w gościnie ja zimą na skraju Puszczy Knyszyńskiej przebywałem (te koleiny to od mojego traktorka). Jednak słowo się rzekło i jak kto wie, gdzie te zdjęcia zrobione, niechaj się wpisuje się, a nagroda nie ominie jego.



















Ktoś wyrzucił dobrą babę?


No to poskakałem z tematu na temat. No i dobra. Żeby jeszcze bardziej poplątanie z pomieszaniem wyszło, a nie że to normalny blog jest, na koniec mały wierszyk na cześć takiego jednego, co o nim dziś tu się pisało  (gdyż chłop żywemu nie przepuści, a jak się do czego przyssie to niech się kleszcze edukują) jako zapowiedź, że chcę niezabawem zarzucić numer „Gliniewickich Nowości” ażeby wyście się poczuli jak u siebie w domu i zaznajomili się z bolączkami i radościami naszego powiatu. Idzie mi niesporo, jak to na przednówku, ale może z początkiem kwietnia coś wesołego namodzić się uda. Rymujemy (na wzór tej wyborczej rymowanki) i do uwidzenia się z kochanieńkimi.

Pan Bolesław Konaroski
został królem naszej wioski.
Cały naród wiwatował,
pił bimberek i świętował.
Któż przypuszczać mógł, nasz królu,
że nie umiesz pisać „bólu”...

poniedziałek, 19 lipca 2010

Falafele, falafele, na piąteczki i niedziele! Koomuuu, komu komu?!

















Pragnę uprzedzić, iż poniższy przepis, choć do kategorii „Krótka Forma” na festiwalu „Opowieści-Rzeki” nie zakwalifikowałby się, wszelako nie jest tak krótki jak receptura parówki-krok-po-kroku-dla-zabieganych-japiszonów-v. skrócona 1.234.77, gdyż zbytnio zagubia się w meandryczności słowotoku. Tylko po co ja to mówię? Słowotok jak słowotok, a w innych wpisach to niby inaczej? Kto odważny albo też poczyprakować lubi, niechaj wbija.

Ojejku, niech będzie: możliwe, że nie mówi się falafele, tylko falafle (albo jak bufetowa Danuta, falafli), językowo trochu obświadomiony jestem, toż po księdzu proboszczu i kościelnym Koszelewskim ja prawie że najwięcej uczony w naszej wiosce jestem, ponieważ prawie że dostałem się przecież do maturalnej klasy technikum rolniczego. I mówię poważnie, byłbym się dostał, ale, gadziny, zamki pozmieniali. Ale ja nie o tym. A właśnie, jak wy takie wykształciuchy jesteście, weźcie znajdźcie rym do "falafle", cwaniaki, aha! Falafle twarde jak kafle? To nie może być.

Na wszelki wypadek, dla zażegnania sporów linguinistycznych, będę pisał o tych fala... tego, ten, będę o nich pisał w liczbie pojedynczej. Czyli że na ten przykład zrobiłem jednego falaf... fala... No więc dziś będzie o kotlecikach z cieciorki.

Składniki
40 dkg namoczonej na noc cieciorki,
3 marchewki,
1 czerwona cebula,
1 jajko,
mały gęsty jogurt,
5 ząbków czosnku,
1 cytryna,
2 pęczki pietruszki/kolendry,
garść bazylii,
garść mięty,
garść tymianku,
pół pęczka szczypiorku,
2 łyżeczki kminu rzymskiego,
sól, pieprz.

Najpierw cieciorka. Namoczoną zalewamy nową wodą i wstawiamy do ugotowania. Oczywiście można użyć cieciorki z puszki, ale to jakby jeść puszkowanego ananasa albo chłostać Baciuka przez blachę. Samodzielnie ugotowana lepsza..

Dipek musi się przegryźć, zatem nie zwlekajmy, gdyż dla ostatnich polewają z dna gąsiorka. To będzie coś silnie ziołowego. Pół ząbka czosnku przecieramy z solą i razem z posiekaną garścią pietruszki, szczypiorku, mięty, tymianku, które mogą być oczywiście dowolne, choć mięta i pietruszka/kolendra są raczej pewnymi (przepraszam za wyrażenie) członkami tego peletonu, wsypujemy do miseczki z jogurtem. Można przy okazji trochę popieprzyć, zwłaszcza jak kto do chałupy wlezie i zagajkę strzeli. Sosek do lodówki. Jak zagajający przynudza, jego też. Tylko na pustą półkę, bo słoninę wyżre po ciemaku.

Marchewkową surówkę też dobrze zrobić wcześniej, aby z marchewki zrobiły się ładne, giętkie makaronki. Świeża marchewka jest sprężysta niczym krok Pocielskiej Kazimiery (ale w sensie że chód, a nie to, co wy - już ja was, huncwoty, znam - pomyśleliście), która jak chodzi, to słychać jak dla niej muskulatura się spina. Od cepowania tak ma.

Jak kto lubi żeby chrupało, niechaj zajada na świeżo, ale marchewkę, gdyż z Pocielską Kazimierą niejednemu już się nie udało i zasilił szeregi poetów. Tłuszczu odrobinkę do marchwi dać, bo tylko wtedy korzyści odnaszamy z betakaretonu. Dla Pocielskiej Kazimiery najlepiej dać tiramisu i likier brzoskwiniowy, gdyż po nich najwięcej łaskawa bywa. Ja tam nie wiem, ale tak gadają.

Makaronki z dwóch marchewek wyciąłem nietolerancyjnym narządziem do wycinania makaronków z marchewek. Nietolerancyjne narządzie do wycinania makaronków z marchewek wygląda tak, że trzeba być ekwilibrystą albo prestididi... ekwilibrystą żeby użyć go lewą ręką. Czekajcie, jeszcze zrobię paradę mańkutów (o, przepraszam, praworęcznych inaczej) w centrum miasta, z którego przyjeżdżają letniki!

Tak więc nietolerancyjnemu narządziu do wycinania makaronków z marchewek dałem radę, z wyjątkiem tego, że skończył mi się zapas bandażów i plajstrów. Bandaży? Czort, nie mogli tatulo z mamulą emigrować do Anglii? Szprechałbym sobie teraz językiem skomplikowanym jak język plemion polodowcowych z okolic Kromanją, i miałbym luz.


Pociętą ładnie marchewkę uzupełniamy skórką otartą z cytryny (również użyłem nietolerancyjnego narządzia, ale tym razem krwotok zatamowałem gazetą, bo bandaże wyszły), odrobiną soku, brązowego cukru, soli i pieprzu, dodajemy posiekany ząbek czosnku. Zalewamy kapką oliwy i odstawiamy w chłodne miejsce.

To teraz klu. Pod koniec gotowania cieciorki wrzucamy ostatnią marchewkę aby ją zblanszować, ale zaraz wyjmujemy. Jak ziarenka miętkie i jędrne jak pośladki Solskiej Ludwiki, osączamy i międlimy w robocie z dodatkiem pozostałej pietruszki, czosnku, soku z cytryny do smaku, a także kminu rzymskiego, soli, pieprzu, jajka i tego, co nam przyjdzie do głowy (ale nie lucerna, ani nie Baciuk, bo on nóg nie myje). Osobno ścieramy na tarce lub blendujemy na niezbyt drobno półmiękką marchewkę i cebulę, które oczywiście dodajemy do cieciorki, bo inaczekj bez sensu by było je ciąć. Mieszamy wszystko razem i formujemy zgrabne kotleciki, które smażymy na oleju na brązowo po obtoczeniu w sezamie. Zasadniczo podaje się je w picie, ale przy tym upale nie chciało mi się stać przy gorącej kuchni.

No, fajny obiad. Falaflowe kotleciki są bardzo sycące. Można je też zrobić z surowej cieciorki, na przykład tak, jak u Moniki. Myślę, że następnym razem zrobię je właśnie tak. To na koniec przepraszam za przynudzanie i nadmiar literek

środa, 28 października 2009

Kotleciki drobiowe z marchewką






Głowy nie dam, ale być może to są najlepsze kotlety, jakie jadłem. Mówię to jako kotletożerca i pochłaniacz kotlecisków wszelkiej maści. Przepis znalazłem na świetnym blogu Majki, której z tego zydelka dziękuję pięknie za inspirację i wyszperanie tej receptury. Wyszło coś szalenie delikatnego, a dzięki pietruszce i marchewce – pięknego. Marchewka zrobiła tu też taką dobrą robotę, że nadała słodczy i przemiłej delikatności. W efekcie wyszło to, co lubię najbardziej: silnie chrupiąca skórka, a w środku mięciutko, słodko i delikatnie.

Składniki:
60 dkg kurczaka (ja dałem pierś),
1 duża marchewka,
1 cebula,
2 ząbki czosnku,
1 jajko,
1 kajzerka,
0,5 pęczka pietruszki,
kmin rzymski, sól, pieprz.    

1 nieduża garść młodego szpinaku na osobę,
błyskawicznie zamarynowana papryka,
garść oliwek,
rozmaryn,
pół łyżeczki mąki ziemniaczanej.

Kotlety zrobiłem tak, jak radzi Majka, tylko dodałem maggi, kmin i czosnek, bez którego nie umiałbym żyć. Zamiast sosu musztardowego zrobiłem natomiast sałatę ze szpinaku z prędko zamarynowaną papryką i azjatyckim winegretem. Tak więc bułkę namaczamy w wodzie lub mleku, odciskamy. Mięso drobno siekamy, dorzucamy startą na tarce jarzynowej marchewkę, drobno posiekaną cebulę, roztarty ząbek czosnku, jajko, posiekaną pietruszkę, kmin, sól i pieprz. Kminu nie za dużo, w małej ilości dodaje pewnej tajemniczości naszym kotlecikom. Dodałem jeszcze odrobinę Maggi dla podkręcenia aromatu.

Mieszamy ładnie. Można pozwolić odetchnąć z godzinkę i dać czosnkowi zrobić swoje. Formujemy kotlety. Powinno wyjść około 12. Obtaczamy w bułce tartej i smażymy najnormalniej na świecie, niedługo, bo kurczak ścina się szybko.














W międzyczasie przygotowujemy karmelizowaną paprykę. Robimy do niej więcej bejcy (miałem chętkę na coś orzeźwiającego, więc wybrałem wersję azjatycką z sosem sojowym, curry i imbirem), której nie wlejemy wraz z papryką na patelnię, tylko wykorzystamy do zrobienia winegreta do sałaty szpinakowej. Wlewamy tę resztę na patelnię i redukujemy o połowę. Dostajemy gęsty, brązowy, słono-słodko-kwaśny płyn. Wlewamy na to rozrobioną w połowie szklanki wody mąkę ziemniaczaną. Mieszamy aż uzyskamy sos o konsystencji niezbyt gęstego kisielu.

Już prawie gotowe. Na talerzu układamy pocięty grubo młody szpinak, posypujemy go posiekanymi (lub nie) oliwkami (na zdjęciu oliwek nie ma, bom sierota sklerotyczna), polewamy słodko-kwaśnym sosem, obkładamy jeszcze ciepłą marynowaną papryką, posypujemy siekanym rozmarynem i już. Wuala, pyszne delikatne kotleciki, przełamane kwaskowatą papryką i winegretem, który wbrew pozorom nie zagłusza mięsa, podkreślone oliwkami gotowe. Komu dokładka?