niedziela, 30 sierpnia 2009

Nomen omen

A deszcz padał i padał... Baronowa von Glienevitz osobiście i z zapałem chłostała stajennego Rudolfa, który nie wyrychtował na czas kolaski na schadzkę baronowej z hrabią Adamazym de Koschelev.

– Będziesz mi, ospalcze, czas mitrężył? – retorycznie zagadywała po każdym mlaśnięciu bata o kubrak nieszczęsnego Rudolfa. – Myślisz może, że hrabia Adamazy anielską cierpliwość ma? Najmłodszym nie będąc, w gotowości nie może bez końca pozostawać wszak. Donnerwetter, rychtuj kolaskę, a żywo!

Stajenny wstał z okraka, otrzepał kubrak z obroku, wyciągnął deskę, którą miał na plecach pod odzieniem, i żwawo zabrał się do pracy. W pięć minut kolaska była gotowa.

– Widzisz, gamoniu, jak chcesz, to potrafisz - pochwaliła czule baronowa. – Arnoldzie, ruszamy.

Stangret posmyrał konie batożkiem i po chwili powóz znikł w chmurze kurzu. Stajenny Rudolf Szuwaśko zmrużył oczy i zaciął usta w wąską kreskę. Podrapał się po jajcach i po płowej czuprynie.

– Dam ja ci gamonia, nomen omen prukwo – zachichotał marszcząc paskudnie nos. – Oj, nie będzie dziś romantycznie, zdaje się dla mnie.

Fakt, pierdząca poduszka pod siedzeniem kolaski powinna zrobić swoje. Pradziad koszelewskiego sołtysa kopnął leniwie snopek walający się w wejściu do stajni i poszedł spakować swój malutki kuferek.

3 komentarze:

  1. Jak widać, to u nich rodzinne, już jego prapradziadek taki był. No, byle ciapa sołtysem nie zostaje.

    OdpowiedzUsuń