niedziela, 30 sierpnia 2009

Nomen omen

A deszcz padał i padał... Baronowa von Glienevitz osobiście i z zapałem chłostała stajennego Rudolfa, który nie wyrychtował na czas kolaski na schadzkę baronowej z hrabią Adamazym de Koschelev.

– Będziesz mi, ospalcze, czas mitrężył? – retorycznie zagadywała po każdym mlaśnięciu bata o kubrak nieszczęsnego Rudolfa. – Myślisz może, że hrabia Adamazy anielską cierpliwość ma? Najmłodszym nie będąc, w gotowości nie może bez końca pozostawać wszak. Donnerwetter, rychtuj kolaskę, a żywo!

Stajenny wstał z okraka, otrzepał kubrak z obroku, wyciągnął deskę, którą miał na plecach pod odzieniem, i żwawo zabrał się do pracy. W pięć minut kolaska była gotowa.

– Widzisz, gamoniu, jak chcesz, to potrafisz - pochwaliła czule baronowa. – Arnoldzie, ruszamy.

Stangret posmyrał konie batożkiem i po chwili powóz znikł w chmurze kurzu. Stajenny Rudolf Szuwaśko zmrużył oczy i zaciął usta w wąską kreskę. Podrapał się po jajcach i po płowej czuprynie.

– Dam ja ci gamonia, nomen omen prukwo – zachichotał marszcząc paskudnie nos. – Oj, nie będzie dziś romantycznie, zdaje się dla mnie.

Fakt, pierdząca poduszka pod siedzeniem kolaski powinna zrobić swoje. Pradziad koszelewskiego sołtysa kopnął leniwie snopek walający się w wejściu do stajni i poszedł spakować swój malutki kuferek.

piątek, 28 sierpnia 2009

Zawszepolkowa sałatka łososiowa. Ze śpinakiem













Lubicie odwiedzać blogi o kucharzeniu? Nawet nie gadajcie, wiem, że lubicie. Ja też. Sobie, jak to letniki mawiają, serfuję. Blogów dużo na świecie, i dużo dobrego jedzenia tam można znajść. Jak zobaczę co ciekawego, a już szczególne u moich koszelewiaków, to zaraz do Ulubionych, i mam. Co jakiś czas robię przegląd i wybieram coś fajnego. Czasem jakiś przepis utkwi w głowie i mruczy „zrrrrób mnieee”, jak kot jaki normalnie. Mam ja tego w Ulubionych, oj, mam. Jak się tak serfuje, to się nazbiera tyle, że człowiek mógłby sam nie wymyślać, tylko pichcić i pichcić co mądre i utalentowane ludzie zrobią.

Dzisiaj padło na sałatkę, która pięknie się zapowiadała odkąd przeczytałem jej składniki, i chodziła za mną jak Bura za kościelnym Koszelewskim w porze karmienia. Ulubiony szpinak, ulubiony łosoś, cytrynka, pomidory, samo dobre. Miałem nawet ładnego łososia prosto znad morza - wędzonego na zimno, ciemnoróżowego, a pysznego! Ale wyszedł był zanim znalazłem szpinak. Ile można czekać w końcu. No nigdzie śpinaku nie było, psia mać. W końcu Pałąkowa na targu w Paździerzownicy u baby kupiła, ale niemłody był. Co robić, lepiej stary, niż ma się dla mnie danie po nocach śnić, czy nie tak, co?

Sałatka jest autorstwa Zawszepolki, z bloga Arontkicientable. Zajrzyjcie, bo pysznie tam jest okrutnie.

Powiem ja wam, że dobrze się dla mnie wydawało, że musi to fest smakować. Połączenie kaparowego winegreta ze szpinakiem, łososiem, awokado i jajkami daje kompozycję niebagatelną. Zazdrośćcie mi, że miałem okazję się rozkoszować, albo wpadajcie szybko: dla jednego głodnego jeszcze będzie. Tylko migusiem, bo nie wieczerzałem jeszcze, a oskoma mię chwyta i łakomie na niedobitki do kuchni zerkam. Ponieważ nie zmieniałem składników, po dane odsyłam Was do strony z przepisem. Tak, tędy, trochę w lewo, za bardzo, o, to tu. No, można po prawdzie dać ząbek czosnku i więcej kaparów i soku cytrynowego do winegreta.

O, wiem, niezadługo jubiliantem ja będę, to zrobię dla was tego dobra trochę. Schowamy tylko przed Szuwaśką, bo zapluje chałupę jak zobaczy, że nie ma w tym golonki ani słoniny. Dla Szuwaśki usmażę cycki krowiacze w panierce z pokruszonego smażonego boczku. Bywajcie, muszę jeszcze gumiaki opukać. Kalarepę rwałem, a dżdżyło.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Śniadanie. Sodomia na bakłażanie










Miałem bakłażana. Sechł ze smutku i tęsknoty za swoją ukochaną Rabarbarą. Pomyślałem, co ma się chłop męczyć, zjem go. W międzyczasie nabroił, więc kiedy go spożywałem, był w pasiaku i pilnowała go posterunkowa Pola Dwica oraz Ementaler. Sir Ementaler. Dla pewności otoczył go też ze wszechstron kapral Bazyli z batalionu Zielone Czapeczki, a POM Idor, Wydział Maszyn Przyskrzyniających Pegieeru Paździerzownica Kościelna, przyskrzynił go na ament najnowszym Urządzeniem do Przyskrzyniania Bakłażanów. Ot i masz, głupawka od samego rana.

Tego bakłażana to ja od wczoraj szykować zacząłem. Chciałem go spiknąć z Golonką Lubą, żeby choć na chwilę zapomniał o swej Rabarbarze, ale w porę strzeliłem baranka w ścianę chlewika z okrzykiem „Toż gdzie rozum!". Jak to, gdzie. Gdzie indziej widocznie. Po dojściu do siebie, łyku maciaszczykowej śliwowincji i upewnieniu się, że bakłażan do tej Golonki Luby nie pasuje charakterologicznie choćby nie wiem co, namówiłem ja tego fioletowego nieszczęśnika żeby został na śniadanie. Nie sprzeciwiał się, więc rozebrałem go na centymetrowe plastry i położyłem na noc w lodówce obok mortadeli i słoniny z Klubu Godzinnych (co najmniej) Grubasów. Wiecie, tej, którą tak lubi nasz sołtys. Trochę się pan B. mazgaił, bo nasmarowałem go posolonym czosnkiem, ale zaraz dostał w skórkę od pietruszki i ścichł. Pietruszka to niezły zakapior jest, na bakłażana cięty. A wydawałoby się, że jeden na drugim dobrze leży... Oż tfuj, co za bezbożne bezeceństwa ja tu wypisuję! Nu, jak nic, dostanę nagrodę od Unii za tulerancję dla heterycznych inaczej.

Ten posolony czosnek, co ja go od wczoraj opiewam, to ten sam, który zrobiłem w czerwcu. Doszedł do siebie i jest cudownie aromatyczny i pachnący. Nawet nie wiem, do czego porównać jego smak, bo drugiego takiego nie ma i basta. Zbieram z wierzchu oliwkę, zaczerpując ciutkę czosneczku i pietruszki (no właśnie, pietruszka i tam rozrabia; z czosnkiem, mój Boże! Sodomia i Gomoria, że też sól może na to spokojnie patrzeć; a może i nie może, bo sól bywa zazdrosny; tfu, wrrróććć!), no więc zbieram tę oliwę, choć i tak przesiąknięta solonymi w piętkę rozpustnikami, a jak jej poziom zrównuje się z tamtymi oczajduszami, dolewam jej znowu żeby była ponad to, i od razu mam nowe aromatyczne cudo. Normalnie sto czterdziesty piąty cud świata, któren zdałoby się wpisać na Światową Listę Dziewictwa, czy czegóś tam.

No dobra, wszystko pięknie ładnie, ale przecież nie o tym ja miałem. No więc imaginujcie sobie, duszki, że kiedy rano rozpluszczyłem jedno oko, zadałem kurkom i świnkom, narwałem koniczyny dla jutrzejszego obiadu, rozpluszczyłem drugie oko i zajrzałem do lodówki, to mości bakłażan leżał jak trusia. Nawet był suchy, widać, że w nocy nie beczał. Pietruszki się bał albo spał. No to ja go znowu pastą włoską i z jednej, i z drugiej, i tak, i siak, i dawaj go na patelnię grillową.

Najwyraźniej właśnie wtedy coś w nim pękło. Zaczął się rzucać, prychać, aż służby porządkowe musiały wkroczyć do akcji. Szybko obezwładniłem awanturnika, położyłem na łopatki, czyli na drugą stronę, i wtedy zauważyłem, że już miał na sobie pasiak. Zaraz też usiadła na nim okrakiem Pola Dwica i założyła mu solne kajdanki. Nie oszukujmy się, nie sprawdziła się, bo kiedy tylko go dopadła to się rozczuliła, a nawet, powiem wam z lekkim zażenowaniem, nieźle się rozgrzała i cała zrobiła się wilgotna. Ech, kobiety, kawałek fioletowej skórki i nogi im miękną. Następnym razem rozbiorę bakłażana ze skórki przez snem. Nie będzie już takim twardzielem, to może nie będzie uwodził funkcjonariuszek.

Do akcji musiał wtedy przystąpić Sir Ementaler. Związał dwójkę, której zachciało się igraszek z kajdankami i zażądał izolatki dla opanowania sytuacji. No to do pieca ja ich, i 100 stopni. Ze trzy minuty minęły, nie więcej; zaglądam, patrzę, a ten łajdak klei się do posterunkowej Dwicy! Niby Brytyjczyk, niby nie wiadomo jaki Sir, a tu proszę: zamiast należytego porządeczku, się mi w piecu rozpusta serzy! Nie było rady, zadzwoniłem do POM-u Idor w naszym paździerzownickim pegieerze żeby mi tu zaraz maszynerię do okiełznania bakłażanowych szaleństw sprowadzili. POM Idor przyjechał na sygnale i podszedł do sprawy na chłodno. Przydepnął, przycisnął czerwonym Urządzeniem Okiełznującym, że ani te rozpustniki jęknęły. Kapral Bazyli, który akurat był nieopodal na poligonie ze swoim batalionem, dopomógł w pacyfikacji porutowiska.

Dopiero po tych perypetiach mogłem spokojnie zjeść śniadanie. Nienajgorsze ono było. W tajemnicy wam powiem, że wtedy jeszcze byłem zdrowy i inaczej bym to śniadanie opisał. Czort mnie jednak podpuścił i napiłem się yerby. Pysznej, mocnej yerby. Co z tego wynikło, sami widzicie.

To by było na tyle, konwalijki wy moje wiosenne. Lecę, bo muszę jeszcze pochodzić po ścianie. No to spadam. Auć.