czwartek, 15 grudnia 2011
Pierogi z łososiem. Z kaparami, z sosem chrzanowym... czad na kółkach
Chodził za mną ten łosoś odkąd go zobaczyłem w gieesie. Nie żeby jakiś szczególnie śliczny, ale kiedy tylko moje oczęta chabrowe na nim zawisnęły, wiedziałem, że coś będzie. I było. Dni kilka tak za mną ten łosoś łaził i mendził zrób mnie, zrób mnie, że już pomyślałem, że może producent mączki rybnej z reklamą podprogową w target nie utrafił, aż w końcu nie zdzierżyłem i kupiłem go.
Koniecznie się dla mnie zamaniło żeby ta ryba w pierogu była i z kaparami. Sądziłem nawet, że może w ciąży jestem, że takie wielkopańskie zachcianki mam, które w dodatku spokojnie napić się śliwowincji nie pozwalają, ale jak zagadnąłem o to doktora Wiciorka z ośrodka zdrowia, to tylko machnął ręką, popatrzył w niebo, westchnął i powiedział coś, że degrengolandia i żebym przyszedł do niego na wizytę to pogadamy o terapii odzwyczajeniowej i że mi coś wszyje pod skórę. Że niby potem nie będę ciągot miał, tak powiedział, i jeszcze że śliwowincja to całe zło światowe jest. Jednakże hola hola, integralność skórną naruszać żeby o łososiu wędzonym nie myśleć? Aha, zaczipować mnie musi, łajza jedna, umyślił, i potem śpiegować zamiaruje, bo on usilnie o względy Ludwiczak Jadwini zajzdrosny jest. Niedoczekanie! To ja już wolę jak mnie łosoś prześladuje.
Składniki:
1 opakowanie ciasta francuskiego,
15 dkg wędzonego łososia,
5 dkg żółtego sera,
2 łyżki kaparów,
2 łyżki posiekanej czerwonej cebuli,
2 łyżki sosu Worcester,
1 łyżka octu balsamicznego,
pół pęczka koperku,
200 ml śmietany 30%,
3 łyżeczki chrzanu,
curry.
Łososia lekko rozdrabniamy. U mnie nie było dużo roboty, ponieważ on był w cieniuśkich plajsterkach, na tacce taki, a drogi! jak jasna cholera. Że też na nich liszaj nie wlezie za takie ceny! No ale dobra, do łososia dokładamy kapary (jak duże, deczko siekamy). Kapary oczywiście w zalewie solnej, a nie te ohydne na occie spirytusianym, tfu, chadość! Podlewamy sosem Worcester, octem balsamicznym i kapką oliwy. Dodajemy ser (cheddar ładnie się topi i wybornie smakuje), drobniuśko posiekaną cebulę, koperek i odstawiamy na 15 minut przykrywając talerzykiem aby kot Henryk się nie dorwał.
W rondelku odparowujemy śmietanę. Kiedy nieco zgęstnieje, dokładamy chrzan, curry, sól, pieprz i chwilę jeszcze podgrzewamy. Na koniec można zmiksować, bo chrzan napucha i sos wygląda troszkę jakby śmietana się zwarzyła.
Ciasto francuskie lekko rozwałkowujemy, kroimy w prostokąty, napełniamy łososiowym farszem, składamy na pół albo nazukos, dociskamy widelcem, smarujemy żółtkiem i wkładamy do nagrzanego piekarnika. Kiedy pierożki się zrumienią, wyciągamy i podajemy z sosem.
Mniam, cebulka lekko chrupie, mocne smaki ryby i kaparów fantastycznie łączą się ze słodko-kwaśną delikatnością sosu Worcester i octu, ciasto chrupie, łosoś w środku się pyszni, sos się chrzani. Tegom chciał, jak powiedział Czarniecki na widok Szweda po drugiej stronie brodu.
wtorek, 6 grudnia 2011
Letni makaron z sosem oliwkowym z pomidorów
A jednak okazało się, że Mikołaj do nas zawitał o czasie. Pozawczoraj falstart był, a nawet nie falstart, bo to nie on, tylko straż ogniowa przemknęła jak się w Kaźmirówce stodoła fajczyła. Nawet wybuchi byli, bo chłop popod siankiem półroczny zapas samogonki trzymał na okoliczność wojny. No a dzisiaj poznajdowaliśmy przy kominie różne fajne rzeczy. Sołtys Szuwaśko słój ogórców dostał, u Pałąków była wielgachna torba landrynek i grzebień, a Radziulis Czesław wzbogacił się o całe mnóstwo gazet na podpałkę. To znaczy on myślał, że dostał te gazety, ale potem doszedł, że sam je przy piecu zostawił, a od Mikołaja otrzymał różową fufajkę. Tylko że kiedy on się spostrzegł, że fufajka zahaczyła się o gwózdek w kominie, to za późno było, ponieważ w piecu już buzowało i z fufajki marne resztki ostały się, w dodatku takie więcej czarniawe.
Dla mnie Mikołaj litr gazu do mojej emailowanej kucheneczki gazowej i książeczkę z przepisami przyniósł. Widzi mi się, że Pałąkowa w tym palce maczała, bo raz że jej paluchy na obkładce odbite, a dwa że niezadawno temu ona na pokazie garnków była, co to potem dwa dni po wiosce latała i wiszczała, że jak można za garnek żądać tyle mamony, że i traktor kupiłby. Używany to używany, ale zawsze. A tę książeczkę to ten sam producent, co te garnki toczy, wydał, więc może moja sąsiadka podciągnęła cichaczem ze stolika. Karola Okrasy receptury tam są. Dietetologiczne. Takich naszemu sołtysowi i pokazać nie można, bo zaraz sarka, pluje i złorzeczy. On jak coś nietłuste jest, to go wzdryga.
I tego, zaraz umyśliłem przyrządzić coś z tej książeczki, bo Okrasa po kuchni fajnie hasa i ma chłopak polot. Padło na przeuroczy makaron z sosem z pomidorów i oliwek. Bo to, rozumiecie, na jesień dwie metody są: albo ją satyrką i bigosem, albo takim daniem, że powąchasz, zamkniesz oczy, i jakbyś, nie przymierzając, na stokach Toskanii znajszedł się, albo i popod Paździerzownicą w czas żniw. To daję, co nie?
Składniki:
▪ 20 dkg makaronu,
▪ 5 dkg wędzonego boczku,
▪ 6 pomidorów,
▪ 5 pomidorków koktajlowych,
▪ po garści zielonych i czarnych oliwek,
▪ 1 pęczek bazylii,
▪ 2 ząbki czosnku,
▪ nie za duża cebula,
▪ 1 łyżka masła,
▪ 2 łyżki twardego sera.
Na patelnię wlewamy oliwę z oliwek (ja lubię dać ciut więcej, niż potrzeba, bo potem ona tak pięknie błyszczy i dodaje subtelnego smaczku), krótko podduszamy pokrojony boczek, a potem dorzucamy i szklimy szklimy posiekaną cebulę i czosnek. Dodajemy obrane ze skórki i pokrojone w kostkę pomidory. Dusimy na niezbyt dużym gazie. Kiedy pomidory się rozgotują, dorzucamy przepołowione pomidorki koktajlowe oraz oliwki, połowę posiekanych, połowę w całości. Całość doprawiamy solą, pieprzem, dorzucamy masło i wyłączamy gazowanie. Kiedy się masło roztopi, dorzucamy posiekaną bazylię, mieszamy z makaronem i już (ja dałem nitki, bo innego nie miałem, tagliatelle byłyby lepsze). A nie, jeszcze starkowanego sera na wierzch sypiemy. Robi się to tyle czasu, co się kluski gotują. Ach, ten aromat... radosny, słoneczny, pełny. A poszła ty, jesieni, w kibieni, że poetycznością polecę.
Po prawdzie, teraźniejsze grudniowe pomidory to się do zakwaszania octu jedynie nadają, ale zawsze można użyć takich z puszki. I tak zaodraz letnie ciepełko człowieka owionie, ciemne myśli pójdą precz, i aż się będzie chciało nad rzeczkę plażować iść. Byle się w porę opamiętać, bo zapalenie płuc i odmrożenie schabów gotowe. Ale o schabie opowiem wam jak skończę jeść budyń.
niedziela, 4 grudnia 2011
Mikołaj je we wiosce!!!
Na wiosce gruchnęła wieść, że Mikołaj jedzie. Niby nic dziwnego, gdyż dwa razy w roku on nas odwiedza: w swoje imieniny, znaczy się szóstego grudnia, i potem normalnie, na Boże Narodzenie. No ale dzisiaj dopiero czwarty grudnia jest, więc letki popłoch zapanował. My zawsze staramy się tego Mikołaja ugościć salcesonem, pasztetową, słoniną z ogórcami. Maciaszczyk wyciąga najprzedniejszą pięcioletnią śliwowincję, a bufetowa Danuta warzy bigos z dziczyzną. Niby że nie bezinteresownie się to dzieje. Mikołaj swój chłop, bez prezentów - nawet z okazji swoich własnych imienin - nie pojawia się, to i wywdzięczyć się wypada. A to onuce kościołowe haftowane w janiołki podaruje, a to krawatkę fioletową czy beczułkę bimbru, a że w kaptur on nie wylewa i mnóstwo pikantnych krotochwil o reniferach, elfach i Śnieżynce opowiada, to i pobiesiadować miło. Śnieżynka to podobno „święty” o nim mówi, taka rada z niego jest. Musi on nie ociągać się z wynoszeniem śmieci i trzepaniem chodników, tak se myślę.
Tego, co to ja miałem? Aha, no więc nie spodziewali myśmy się dzisiaj Mikołaja i jak zwykle nieśpiesznie sączyliśmy w klubokawiarni wino marki Gibrartra... Gibarbarbar... a nu ich, kto takie durne nazwy dla wina daje, że przepowiedzieć nie idzie? No i siedzimy, galaretą przekanszamy, a tu dzieciaki przybiegają, zaaferowane, zapowietrzają się, i jeden przez drugiego się drą, a najwięcej Małgośka od Pałąków:
— Mikołaj, Mikołaj jedzie, o, tam, od Gliniewic sunie! Sanie nowe ma, czerwone, ale na kółkach, musi bez to, że śniegu nie ma! I fufajkę taką czerwoniuchną, i beretkę nową ubrał, i światełka pyłgające zaświecił! Jezusieńku, jak cudnie! I wiezie więcej Mikołajów! Olaboga, prezentów moc muszą mieć! A tatulo komina nie wyczyścił, to się nieboraki usadzują jak będą włazić!
— A ja trzy tony krówek ciągutek schowanych w plajstikowym słoniu zamówiłem i się nie zmieszczą w kominie i coo too będzieeee?! - rozpaczał zasmarkany Aruś od Pietruszaków, który właśnie zorientował się, że nasmarował chybiony list do Mikołaja i prezent może anulowany być.
Dawniej, ale to jeszcze za komuny było, w ramach prezentów trafiał się, nie powiem, dziwny podarunek taki, jak te trzy tony Arusiowych krówek: sznurek do snopowiązałek, dzieła zebrane Lenina albo kanki na mleko. Najsamwpierw myśleliśmy, że może ludziska po pijanemu głupoty w liście życzeń wypisywali, ale wkrótce wydało się, że to sekretarz gminnego komitetu podszywał się pod Mikołaja, bo chciał zabobon religijny rugować, co zresztą się dla niego nie udało, gdyż u nas ludzie może i proste, jednakowoż rozum mają. Teraz też chłopy zaczęli podstęp wieszczyć, że jak kiedyś sekretarz, tak może i teraz jakiś Smalipies z bandą obszczepieńców sekciarstwo przedterminowo odprawować zamiaruje i różowe kutasy pod pierzynę podkładać będzie, ale baby ich zakrzyczały, że niby co złego w różowym kolorze.
Jak tylko rozeznaliśmy się, co czereda dzieciaków wykrzykuje, zaraz wylegliśmy na szutrówkę, kombinując, jak prędko gościnę dla hojnego sponsora naszykować. Jednak okazało się niezabawem, że to straż ogniowa na Kaźmirówkę na sygnale gnała, i tyleśmy Mikołaja widzieli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







