wtorek, 16 czerwca 2009

Basta, srasta

Do naszego sołectwa to jakowychś oczadziałych nabrali. Uradzili oni, od kawy nadmiaru musi, a może od niewietrzenia pokojów służbowych, że znaka gmina nasza potrzebuje. Logo oni na to mówią. Wiecie, takie cuś jak na dropsach, że wyprodukował Iwaszko Zbigniew i sru, pieczęć jego. O masz ci piotruś blaszanne buciki, a na co dla nas to? Że nasza gmina jak sprzęt sportowy ma być oznakowana? Jak syn Borysiuka, co w portkach z pasami białymi lata i kijaszkiem wymachiwuje? I na tych portkach ma znicza jak na zaduszki wymalowanego, i „adzidas” napisano. Toż bójcie się Boga, ludzie!

Nu, ale nic. Żeby one tam podumały, przydatność swoją pozorując, premię wzięły i zapomniały, to jeszcze uszłoby w tłoku. Ale nie, światowe one chciały być. Zakontraktowały Czymielskiego Jakuba żeby za nich nawymyślał. Wiecie, którego? Tego, co hoduje perszerony w Kościałowie i z bratem oblepia autokary folią samoprzylepiającąsię. Nu, i dla tych urzędasów wyszło, że jak on oblepia, to w świecie reklamy i promoncji bywały jest. Flota on to przedsięwzięcie nazwał, czy jakoś tak. Yhy, z kosmosu musi ta flota. Jak ta flota ze szrota wzięła się za robotę, to klękajcie narody. Wyczmoniła, rozumiecie, takie cuś jakby ananas albo odpryski od spawania. Toż u nas ananasów nie ma nawet w gieesie w Gliniewicach, a spawać to tylko kowal z kolonii spawał, ale warstat zamknął i koniki polne hoduje na handel do Afryki.

No i słuchajcie dalej. Siostrzeniec Koszelewskiego na holidejs przyjechał z Hameryki. No jak on zobaczył tego znaka, to za brzuch się złapał, turlał się po sionce i zachłystywał się, wykrzykując Gliniewice – zboczkowice. Koszelewski do porządku jego szklanką barbeluchy doprowadził i on mu powiedział wtedy, że w Niujorku takie samiusieńkie słonko to ma organizancja, co za członków (pardą) ma samych ped... ukaz Unii Europejskiej o poszanowaniu mniejszości. Ten wpis został skontrolowany botem szpiegującym i oznaczony jako szkodliwy i zagrażający bezpieczeństwu Wspólnoty Europejskiej.

Jak to wydało się, to wtenczas wójt wkroczył i zamieść pod dywan chciał, że to niby bez przypadek się stało się, że to dla organizancji budżetowej Tęczowe przytulaki miało być, i takie tam. I że mieniać znaka Czymielski będzie. Nu, pomieniał. Wyciął pół tego ananasa z jednej strony i powiedział, że to jedna wersja jest. Potem z drugiej upaździerzył, i miał drugą. Bukwy na inną stronę przełożył i wyszło dla niego, że trzy nowe wersji już ma. Razem naczmonił on 10 kuńcempcji! Robotny chłop, nie ma co. Pokażę ja wam dla przykładu obrazek jeden, bo oni wszystkie toczka w toczkę takie same:













Szopki w tej gminie, mówię ja wam, robaczki, bo potem wójt wziął namyślać się srogo, żeby jeden znak z tych dziesięciu wybrać. Ze dwie niedzieli dumał, ale wybrał. A wy nie śmiejcie się. Zdaje się wam, że to łatwo wybrać z dziesięciu, kiedy wszystkie że nie odróżnisz? Jak my jego podziwiali, to ja wam i nie opowiem. I tak my jego podziwiali, i tak. Ja to sobie myślę, wiecie, że on tak zrobił, bo bał się, że jak dla tych swoich bystrzachów sołeckich pokaże wszystkie te ananasy zaodraz, to one od nadmiaru wrażeń zawiesić mu się mogą, jak szuwaśkowy służbowy lamptop kiedy sołtys trzy pasjanse w jednym czasie stawia.

Ale to nie koniec, bo najlepsze dopiero zbliża się. On, wójt znaczy się, tego jednego, wybranego przez siebie i uświęconego znaka pod głosowanie poddał radnym swoim sołeckim! Rozumiecie?

– Daję ja wam tu, chłopy, znak taki, co jak świat długi i szeroki naszej gminy znamionem ogłoszony będzie – powiedział on pewnie do nich; może i głośno powiedział, że niektóre te radne mogli pobudzić się z drzemki. – Ja jego, tego znaka ma się rozumieć, skupcie się, no więc ja tego znaka zaakceptował, czego i wam po dobroci życzę. A tera wybierzta, który ma być i idziem do stołówki, bo obiad wydają.

Nu, to one pod pachami podrapały się, pochrząkały, i jednogłośnie powiedziały, że dla nich najwięcej podoba się ten, co im go wójt pokazał. Niby dobrze powiedzieli, bo niby który miał się dla nich bardziej podobać? Masz tu, synek, psią kupę i powiedz, serce ty moje, czy bardziej ci się widzi kupa, czy kupa. Nu, myśl, budyń stygnie.

Szuwaśko kiedy się o tej głupocie nie z tego świata dowiedział, to – jak to on – zapienił się, zaklął szpetnie i łapska zacisnął aż mu kostki pobielały. Dla zachowania zdrowotności zaraz my odwiedziliśmy maciaszczykową wytwórnię dóbr wszelakich, bo jakoś tak się złożyło, że akurat niedaleko byliśmy. Pić się chciało od tego stresu, czort. No i potem, ale to potem, nie żeby zaraz-zaraz, tylko jak my już pierwsze pragnienie zaspokoiliśmy, to szliśmy naszą szutrówką i śpiewaliśmy wymyślony na kamieniu - tak to letniki mówią? – protestacyjny song. Przepowiem ja wam, bo czegoś was lubię:

O cześć wam, panowie radniacy
za nerw ananasem zszargany.
O cześć wam, w gajerach z sołectwa cwaniacy
za wstyd nam przed światem zadany.

No ładnie, ale my tu pośmichujki, a oni tam radzili. Radzili, huechuech. My tu próbujem koniec z końcem zawiązać, a tam głosowali. My tu kombinujem żeb dobrze dla wszystkich żyło się, a tam oni mogli pojechać wtenczas na ryby, bo i tak było wiadomo, co uradzą. Oj, przyjdzie jakim transatlantyckim parochodem za morze uchodzić żeby poruty nie doświadczać.

Na drugi dzień siedzieliśmy na gumnie u Szuwaśki lecząc tego stresa, co się nam we znaki od wczoraj dawał i pragnienie potęgował, i dumaliśmy nad durnotą padołu tego psia mać. I że takiego ananasa to każden jeden namalować by mógł, kiejby chciał. I że w ogóle dlaczego zamorski owoc, a nie nasz. Toć nasza gmina ze śliwek słynie, co z nich Maciaszczyk napoje wytwarza. I z wisionek też słynie, bo moc tu u nas wiśniowych sadów. Pałąkowa to kiedyś powiedziała dla mnie, że u nas tyle wiśniowych drzew jest, bo szpaków dużo, a zawsze jak gdzie szpaki są, to i wiśnie zaodraz pojawiają się.

Tak po prawdzie, to dla mnie śliwki ważniejsze, ale Szuwaśko dobrze prawi, że jak kto śliwki ma, to do Maciaszczyka na przepędzenie oddaje. Do skupu nie trafia nic a nic, i one tam w słupkach mają, że u nasz ani jedna śliwa nie rośnie. A wiśnie to i owszem, do gieesu chłopy kontraktują, bo i więcej ich, i Maciaszczyk na przetwórstwo nie bierze. Nu, jak tak, to tak. Mogą być i wiśni.

Wziął ja kijek, umaczał w smole, bo akuratnie my smołowali oponę do szuwaśkowego traktorka. Pękła była, a z pękniętą nie honor jeździć, rzecz to wiadoma. Zaczął ja malować na pustaku tym kijaszkiem i wymodzili my kunkurencyjnego znaka z trzech wisionek składającego się. Owoc też tam jest, i to trzy, ale swój - nie zamorski. I hasło, co my je wymyśliliśmy, mówi o naszej działalności rolniczej, a nie że jakieś wschodzące Gliniewice. Że jak wschodzące? Jak oni dopiero wzeszli, a czerwiec już, to oni może jakieś parchate są, może na nich co rzuciło się, jeszcze mogą nie udać się. Wszystkie chłopy, co my ich popod klubokawiarnią spotkali, jak jeden zeznali, że dla nich moja z Szuwaśką robota bardziej widzi się. Nawet litra jeden z drugim postawili za pomyślność. Zanieśli my tego pustaka do wójta, ale i słuchać nas nie chciał, pomorek. Logo wybrane, prawił, i basta.

I tak to my zostaliśmy Gejowicami. Basta, srasta.

3 komentarze:

  1. Najwyraźniej my z Szuwaśką nową technikę artystyczną wynaleźliśmy: smołografię.

    OdpowiedzUsuń
  2. Buehehe, że też mi to umknęło! :D

    OdpowiedzUsuń